Jacek Szczerba: Widziałem, jak księgarz, rozpakowując paczkę z pana nową powieścią, był zdziwiony, że znów pisze pan o radcy kryminalnym Eberhardzie Mocku.
Marek Krajewski: Ale potem pewnie zdziwił się, gdy zauważył, że w tytule nie pada nazwa Breslau, a jak całość przeczytał, to musiał się zdziwić, że Mock jest w tym tomie zmarginalizowany.
Miałem już trochę dosyć niemieckiego Wrocławia. Pomyślałem więc, że trzeba dokonać liftingu mojej twórczości, tak jak to się robi, projektując nową wersję jakiegoś samochodu. Dlatego wyekspediowałem Mocka do Lwowa.
Wybrał pan Lwów, bo po wojnie wiele osób z Kresów przesiedlono do Wrocławia?
- Dlatego, że moja mama pochodzi spod Lwowa. Jej ojciec był we Lwowie kelnerem. Dziadka nie znałem, ale znałem wujka mojej mamy, któremu zresztą dedykuję tę książkę. Gdy byłem dzieckiem, opowiadał mi wspaniałe historie. Lwów jawił się w nich jako przestrzeń idylliczna, piękne miasto park, zgodne, dodajmy, w którym Polacy, Ukraińcy i Żydzi żyli w przyjaźni.
Czy przed napisaniem "Głowy Minotaura" pojechał pan do Lwowa?
- Po raz pierwszy byłem tam w roku 2007, na targach książki. Zachwyciłem się i parę razy powiedziałem tam w wywiadach prasowych, że akcję następnej powieści umieszczę we Lwowie. W Polsce w tej sprawie trzymałem buzię na kłódkę.
Te wypowiedzi dotarły do mera Lwowa, który ucieszył się, że polski pisarz, którego książki są przełożone na kilkanaście języków, zamierza pisać o Lwowie. Na jego zaproszenie spędziłem tam prawie dwa tygodnie. Dostałem do pomocy wspaniałych historyków, którzy pieczołowicie odnawiają tamtejsze polskie ślady, tak jak my to czynimy z niemieckimi we Wrocławiu.
Chodziłem z nimi po ulicach, robiłem dokumentację fotograficzną. Lwów jest prostszy do opisania niż Breslau, bo wojna obeszła się z nim łaskawie, prawie wszystko się zachowało. Nie jest może tak piękny jak kiedyś, ale choć to dość biedne miasto, dużo pieniędzy idzie na jego restaurację.
Jak fakt istnienia wyraźnej sylwetki Mocka wpłynął na proces kreowania jego lwowskiego współpracownika - komisarza Popielskiego?
- Ludzie szukający w moich kolejnych powieściach jakichś nowości, a zwłaszcza krytycy, których opiniami się przejmuję, zarzucają mi, że powielam te same schematy i formułę. W tym przypadku muszę się z nimi zgodzić: ja tu Mocka zreplikowałem, dorzucając Polaka, który jest do niego bardzo podobny. Zrobiłem to, bo po prostu lubię takich bohaterów.
Ale są i różnice. O ile Mock ma wiele moich cech - np. umiłowanie filologii klasycznej, to Popielskiemu, który też kocha łacinę, dodałem jeszcze inną moją fascynację - matematykę. Mock jest bezdzietny, a Popielski ma dorastającą córkę. W tym także jest trochę do mnie podobny.
Źródło: Gazeta Wyborcza