Remigiusz Grzela: Planet Doc Review otrzymał właśnie nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... Artur Liebhart: W kategorii międzynarodowe wydarzenie filmowe w Polsce.
W ubiegłym roku w festiwalu uczestniczyło 25 tys. widzów. - Pod względem popularności staliśmy się trzecim festiwalem dokumentów w Europie. O nagrodzie chyba zadecydowało to, że zajęliśmy się promocją gatunku, o którym parę lat temu mówiło się, że jest w Polsce prawie nieobecny.
Ile filmów musi pan obejrzeć, żeby dokonać festiwalowej selekcji? - W ubiegłym roku - ok. 400. Już mogę zdradzić, co otworzy następną edycję: prawdopodobnie nowy film Wernera Herzoga, który dopiero za dwa miesiące zacznie go kręcić w Etiopii. Zaczynamy selekcję pod koniec lipca. Jeździmy na 12 festiwali na całym świecie. Kontaktujemy się m.in. z sześcioma najważniejszymi dystrybutorami filmów dokumentalnych. Główną selekcję staramy się zamknąć po festiwalu w Berlinie. Często dystrybutorzy ze świata wybierają nasz festiwal na miejsce polskich premier swoich filmów. No i szukamy kontekstów, dialogu pomiędzy filmami, zastanawiamy się, jak się uzupełniają albo jak sobie przeczą. W tym roku przyznajemy nagrodę dla filmu traktującego o ekologii, bo zauważyliśmy taką potrzebę. Obchodzimy 20-lecie upadku komunizmu, więc znaleźliśmy klucz w najsłynniejszym songu Jacka Kaczmarskiego, poszczególne wersy "Murów" są inspiracją do bloków filmowych, w których pokazujemy filmy polskie i niemieckie. W tym roku pojawia się sekcja "Anima doc", czyli dokumentu animowanego, a w niej "Kłamstwa" Szweda Jonasa Odella, które otwierały w zeszłym roku festiwal w Wenecji.
Jakie kino dokumentalne powstaje w Polsce? - Jeszcze na początku XXI w. głównym producentem dokumentów była
telewizja, która ma specyficzne wymagania, np. że film musi trwać 50 minut, opowiadać o sprawach łatwych do zrozumienia. Dokument powstaje długo, nawet kilkanaście lat. To gatunek angażujący duże siły i środki. Najczęściej to międzynarodowe koprodukcje. Budżet - od 800 tys. do 1,2 mln euro (dlatego PISF powinien podwyższyć dofinansowanie do dokumentów, bo wtedy polskim producentom byłoby łatwiej starać się o koprodukcję).
Polska
szkoła dokumentu to coś zupełnie innego, filmy typu cinéma vérité były dosyć skromne, oparte na obserwacji, nieingerujące w rzeczywistość. Cały czas się bronią, ale nie rozwijają współczesnego kina dokumentalnego. A na świecie to najszybciej rozwijający się gatunek filmowy. Jest wizytówką kinematografii takich krajów jak
Szwecja,
Dania czy
Kanada.
Stoi pan po stronie epickości kina dokumentalnego? - Kino w ogóle powinno być epickie. Bohaterem tegorocznej retrospektywy jest Nikolaus Geyrhalter. Jest dowodem na to, że duże kino artystyczno-dokumentalne może się obronić pod względem komercyjnym. Jego film "Nasz chleb powszedni" w samej Francji zobaczyło w kinach 800 tys. widzów. Był w normalnej dystrybucji.
Dlaczego mówi pan o wyższości dokumentu nad fabułą? - Fabuła zatraciła świeżość. Ekipa filmowa wychodzi na plan i od tego momentu wszystkim zależy, żeby się nic nie zmieniło. W dokumencie świat zaczyna się z początkiem zdjęć i nigdy nie wiadomo, dokąd to zaprowadzi. Potem z kilkuset godzin materiału można skleić kilka różnych historii.
Czeski film "René", opowieść o nastolatku z rozbitej rodziny, który pierwszy raz trafia za kraty w wieku 15 lat, kręcony był przez 25 lat. Pokazujemy też "Nawiedzenie" o jednej z dwóch kobiet, które w wieku 12 lat doznały objawienia. Stały się medium dla tysięcy ludzi na Słowacji, którzy przez nie komunikowali się z Matką Boską. Film wykorzystuje amatorskie nagrania z tamtego czasu, pokazuje, jak ta kobieta się zmieniła, kim jest dzisiaj. Takie filmy robi się najtrudniej, ale efekt jest niesamowity.
Gościem festiwalu będzie Garri Kasparow. - Z dwóch powodów: po pierwsze, 14 maja mamy polską premierę filmu "W świętym ogniu rewolucji" o jego ruchu demokratycznym i zmaganiach z reżimem Putina. Po drugie, Kasparow nazwał swój ruch Solidarnost. Udało nam się doprowadzić do spotkania Lecha Wałęsy z Kasparowem, odbędzie się w Gdańsku.
W pierwszy weekend festiwalu dziesięć wybranych filmów będzie można zobaczyć w 22 kinach studyjnych w całej Polsce. Projekcje będą odbywać się równocześnie - filmy przesyłane łączem internetowym projektory cyfrowe rzucą na ekrany. Ta technika nigdy jeszcze nie była u nas stosowana. Lansuje się w tej chwili w Polsce inną, drogą opcję cyfryzacji kin, która ma doprowadzić do tego, że w małych miastach premierowo może być grany np. "Harry Potter". My proponujemy inna metodę, która umożliwia małym kinom uzyskanie niekoniecznie komercyjnego repertuaru. Tak dzieje się np. w krajach Beneluksu, gdzie jest internetowa sieć kin studyjnych, nienależących do wielkich dystrybutorów. A dokument może stać się czarnym koniem ambitnego repertuaru.