http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bojkot TVP czy dyskusja?

Konrad Szołajski
2009-04-30, ostatnia aktualizacja 2009-04-29 17:08

Kiedy przeczytałem słowa Krzysztofa Krauzego o "brunatnym przewrocie" w TVP, z jednej strony się ucieszyłem, że wreszcie ktoś zaczął o tym publicznie mówić. Z drugiej jednak mam nieodparte wrażenie, że nastąpiło to o kilka, a może kilkanaście lat za późno

Budynek TVP
TVP/AG
Budynek TVP
ZOBACZ TAKŻE


Zawłaszczanie telewizji publicznej trwa właściwie od czasu, gdy stała się ona z agendy rządowej (Komitet ds. Radia i TV) "niezależną" spółką (SA), własnością skarbu państwa. A w istocie - zabawką w ręku kolejnych ekip sprawujących władzę. Przy okazji - idealnym wehikułem do umieszczenia "swoich", by zarabiali, pilnując interesów politycznych mocodawców.

W lutym, podczas festiwalu filmowego w Berlinie, spotkałem się z przedstawicielem telewizji ARTE. Opowiadał o stosunkach swojej telewizji z TVP SA, z którą miała wówczas umowę o współpracy - obecnie już, z powodu przeszłości Piotra Farfała, oficjalnie zerwaną. Wstydziłem się, bo wyglądało na to, że przyjechałem z dzikiego kraju, którego telewizją publiczną rządzą degeneraci. Ale zdaniem niemieckiego redaktora działo się tak nie od kilku tygodni, lecz od wielu lat. Nie owijając w bawełnę, Niemiec z ARTE narzekał, że kolejni polscy wysłannicy odwiedzający Strasburg byli głównie zainteresowani krajoznawczą wycieczką. Jeden okazał się - wedle jego słów - "antykomunistycznym świrem", drugi - bełkoczącym alkoholikiem, trzeci zaś na umówione spotkanie w ogóle nie dotarł. Darujmy sobie nazwiska.

Chodzi przecież nie o kolejnych prezesów, którzy przelicytowali swoimi wybrykami komunistycznych aparatczyków, tylko o problem: polska telewizja publiczna jest od lat pośmiewiskiem wśród zachodnich nadawców. "Brunatny zamach stanu" nie jest dziwnym wybrykiem, ale naturalną konsekwencją wielu lat partyjno-towarzyskich rządów sprawowanych nad tym medium przez kolejne ekipy, od lewicy po prawicę.

Kropką nad "i" w zakopywaniu misji stały się rządy pana Bronisława kontynuowane przez pana Andrzeja. Jakoś wtedy do bojkotu nikt nie wzywał, choć działy się rzeczy ponure - łącznie z powstaniem całej półki zakazanych filmów, cenzurą personalną etc. Ale przed tamtymi panami był czerwony Robert, także noszący przydomek "brunatny", który skomercjalizował Woronicza w stopniu nieznanym wcześniej. Trudno też nie wspomnieć o aferze Rywina. A jeśli sięgniemy pamięcią nieco wstecz, to sobie przypomnimy, że to pan Wiesław w ogóle rozpoczął ten proces. Barwa polityczna nie ma więc tu żadnego znaczenia - telewizja publiczna przekształciła się w ciągu kilkunastu lat z instytucji wyznaczającej standardy w kalekiego konkurenta kanałów komercyjnych, coraz bardziej skorumpowanego i obarczanego przez kolejnych polityków propagandowym balastem.

Przy każdej zmianie ekipy przychodzą kierować nią mniej kompetentni ludzie, którzy często w ogóle nie mają nic wspólnego ze sztuką czy dziennikarstwem, a co najwyżej z biznesem. Na tym tle na tyle dawni prezesi - jak Szczepański czy Sokorski, a po przełomie Drawicz i Zaorski - wydają się wręcz herosami, mężami opatrznościowymi telewizji publicznej.

Na pytanie, czy lepsze jest utrzymywanie patologicznej od lat sytuacji, czy nowelizacja ustawy, odpowiedź wydaje się więc oczywista. Ale nagle okazało się, że tekst nowego prawa medialnego, nad którym pochylają się teraz posłowie, wzbudził powszechny sprzeciw większości ludzi sztuki, którzy wyrazili swoje pryncypialne potępienie.

Istotnie, projekt ten może nie jest najlepszy, ale da się go przecież poprawić - o to głównie powinno nam chodzić. Torpedowanie zmian oznacza zgodę na ostateczne bankructwo TVP jako instytucji publicznej, potrzebnej przecież obywatelom - widzom. Nasza uwaga powinna się skupić nie na negowaniu pomysłu nowelizacji, tylko na tym, co w nowej ustawie powinno być, by nie wróciły rządy politycznych komisarzy - czy to czerwonych, czy to czarnych.

Starałem się w miarę możliwości śledzić opinie o ustawie, ale nie spotkałem wypowiedzi konstruktywnych - albo ktoś był "za", albo "przeciw", w większości wypadków bez głębszego uzasadnienia merytorycznego. Spory dotyczyły głównie pieniędzy i kontroli nad ich przepływem. O programie TV i gwarancji jego jakości nie mówił właściwie nikt - co powinno być jeśli nie istotą, to ważnym elementem zmiany medialnego prawa.

A kto z ustawodawców lub konsultujących ustawę ekspertów zadał sobie trud sprawdzenia, jak działa to prawo w krajach, gdzie telewizje publiczne funkcjonują po prostu normalnie - dając widzowi dobrą ofertę jak ARTE czy BBC?

Choroba tocząca TVP SA nie jest w naszym rejonie Europy czymś wyjątkowym: przypadłość instytucji z ul. Woronicza podzielają w mniejszym lub większym stopniu wszyscy postkomunistyczni nadawcy na wschód od Łaby. Dlatego trzeba sięgnąć po wzorce gdzie indziej - na zachód, do Niemiec, Francji, Anglii czy krajów skandynawskich.

Istnieją tam proste i skuteczne rozwiązania - np. wymagana przez ustawodawcę liczba godzin emisji filmów dokumentalnych i fabularnych wyprodukowanych przez niezależnych rodzimych twórców, które nadawcy muszą emitować. Tego rodzaju zobowiązanie wydaje się niezwykle efektywne - jednak nie słyszałem, by ktoś o nim teraz w Polsce rozmawiał, podobnie jak o innych rozwiązaniach gwarantujących, że publiczna stacja będzie dawała widzom ofertę kulturalną, a nie prymitywnie komercyjną czy propagandową, jak to się dzieje dzisiaj.

Nie chodzi tu zresztą tylko o społeczne środki przydzielane na realizowanie misji (o co toczył się publiczny spór). Sama bowiem licencja na nadawanie sygnału telewizyjnego może być przecież obwarowana warunkami zmuszającymi nie tylko podmioty publiczne, ale też komercyjne do działań dobrych dla widza, a niekosztujących go nic jako podatnika. Nie trzeba sięgać daleko - Canal+, gdy wchodził na polski rynek, był zobowiązany do finansowania polskiej produkcji filmowej, ale z czasem jakoś ten zapis przestał działać ze szkodą dla kinematografii.

Dlatego może zamiast wzywać do bojkotu telewizji publicznej - którą i tak mało kto z nas ogląda - rozpocząć dyskusję o tym, jakie zapisy warto w ustawie zawrzeć, gwarantując nadawanie dobrego programu. Zachęcam więc nie do wyłączania odbiorników (czy przełączania na inne - komercyjne - stacje), ale do rozmowy, jak można zepsutą zabawkę naprawić - także, a może przede wszystkim, w okienkach, jakie w tym celu TVP SA powinna udostępnić.

Proponuję Piotrowi Farfałowi, by wykorzystał tę niezwykłą szansę. Niech pokaże, że oskarżenia dotyczące jego poglądów są bezpodstawne. Może oddać np. godzinę dziennie czasu antenowego na dyskusję o nowym kształcie telewizji - i nie cenzurować nawet najbardziej krytycznych dla siebie wypowiedzi. Im będą ostrzejsze, tym dla niego lepiej. A w pierwszym rzędzie powinien zaprosić swoich adwersarzy z Krzysztofem Krauzem na czele. I stanąć z nimi oko w oko do dyskusji.

Czy przyjąłbyś, Krzysztofie, takie zaproszenie?



*Konrad Szołajski - reżyser i scenarzysta. Autor takich filmów, jak m.in. "Człowiek z...", "Musisz żyć", "Operacja 'Koza'", a ostatnio dokumentalnego "Good morning, Lenin". W 1999 wybrany został na przewodniczącego zarządu nowo powołanego Stowarzyszenia Autorów Filmowych (SAF). W latach 1998-2002 był członkiem rady programowej TVP SA

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 23 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':