Pokaz filmów Artura Żmijewskiego nakręconych w czasie różnych manifestacji, protestów, uroczystości, parad i pogrzebów odbywa się kilka dni po tym, jak izraelska grupa Public Movement przeszła przez teren warszawskiego getta w niesamowitej niezależnej manifestacji. Chodziło w niej nie tylko o przypomnienie bohaterstwa powstania w getcie, ale też o to, by pamięć nie była czymś martwym, by mogła prowadzić do odnawiających się emocji i myśli. Niezwykła była odmienność tego marszu. W pewnym momencie tłum ukląkł na ulicy, potem słuchano pieśni w esperanto odśpiewanej w miejscu, gdzie stał dom Zamenhofa.
Artur Żmijewski postąpił odwrotnie - nie zorganizował własnej manifestacji, ale sfilmował te, które można spotkać w różnych miejscach świata od Polski po
Izrael. Interesuje go ta sama sprawa: jak ludzie realizują swoje polityczne emocje. Co się dzieje, kiedy wychodzą z domu w przestrzeń publiczną i stają się tłumem? Jak zachowuje się człowiek w masie i co się z dzieje z taką masą, kiedy naprzeciw niej staje inna formacja - władzy, policji, wojska?
Ważne jest, że artysta też wyszedł na ulicę, że to nie jest tzw. found footage, czyli montaż cudzych filmów, choć czasami tak wygląda, bo mało w nich "artystycznego", indywidualnego podejścia. Spotkanie z masą może mieć moc wyzwalającą, dla Eliasa Canettiego taką moc np. miał pożar Pałacu Sprawiedliwości w czasie protestów robotniczych w Wiedniu w 1927 r. Gdyby nie wrażenie, jakiemu uległ, patrząc na walczący tłum, nie powstałaby "Masa i władza".
Co oglądamy na ekranie w Fundacji Galerii Foksal? Inscenizację Powstania Warszawskiego i pogrzeb Jorga Haidera, 1 maja w Berlinie i drogę krzyżową w Warszawie, demonstrację kobiet przeciw wojnie w Gazie i Paradę Lojalistów w Belfaście. Są filmowane z pozycji podobnej do pozycji reportera. Kamera go chroni i przeciera drogę - może z nią podejść bliżej niż zwykły człowiek - np. do trumny na pogrzebie Zbigniewa Religi czy do policjanta w kordonie. Ale w sytuacjach skrajnych wcale go nie chroni, przeciwnie - wywołuje agresję, jak na Paradzie Lojalistów w Belfaście, kiedy pijane dziewczyny wrzeszczą: "Polaku, sp do swojego kraju". Podczas demonstracji przeciw izraelskiej okupacji Zachodniego Brzegu filmowanej z palestyńskiej strony kamera nie chroni przez gazem czy gumową kulą. Z perspektywy oddalonych o kilkadziesiąt metrów żołnierzy żadnej kamery po prostu nie widać.
Te filmy przypominają to, co można czasem zobaczyć w wiadomościach telewizyjnych, ale jednocześnie się od tego różnią. Bardziej mogą się kojarzyć z fragmentami relacji, które nie wchodzą do wydania wiadomości, zostają wycięte lub odrzucone. Po pierwsze - nie słyszymy żadnego komentarza. Po drugie - mamy tu często marginesy polityczności, rzeczy drugorzędne: jakiś człowiek w ostatniej chwili wyciąga dziecko z tłumu idącego rzucać kamienie w izraelskich żołnierzy, dwaj młodzi ludzie wyraźnie zgubili się na tak świetnie przecież zorganizowanym pogrzebie Haidera. A ktoś inny - typowy obrazek - przejeżdża koło demonstracji na rowerze, jest ciekawy i chciał zobaczyć, ale się nie włącza. Są tu też marginesy zbyt polityczne na to, by znaleźć się w tzw. obiektywnej relacji: ludzie, którzy idą gwizdać na gwizdkach tuż pod nosem polskich narodowców w czasie Manify, żeby ich wyśmiać, albo niezamierzony komizm kazania księdza przeciw zapłodnieniu in vitro: "Dzieci są darem, a nie dobrem konsumpcyjnym".
Film trwa ponad dwie godziny, ale nie można się od niego oderwać, właśnie ten komiczny i dramatyczny szczegół przykuwa uwagę. Z tym, że to jest coś więcej niż "zapis socjologiczny", jak brzmiał tytuł fascynującego cyklu fotografii Zofii Rydet, która metodycznie chodziła od domu do domu, by fotografować mieszkańców w ich prywatnym otoczeniu.
U Żmijewskiego też jest coś z upartej metodyki - przez ostatnie dwa lata nie przepuścił żadnej ważnej demonstracji. Ale to także zapis polityczny. Po wiązance tych filmów człowiek sam ma ochotę wziąć udział w jakiejś demonstracji. Mówią one: polityka nie dzieje się w biurach poselskich czy na biurkach redaktorów lewicowych periodyków, ale między ludźmi, w tej dziwnej magmie, która często najpierw działa, a dopiero potem formułuje swoje programy. Jeśli Żmijewski, artysta i redaktor "Krytyki Politycznej", opublikował niedawno w tym piśmie manifest "Stosowane sztuki społeczne" - o tym, że sztuka musi mieć skutki społeczne i brać udział w publicznej debacie, to to, co teraz zrobił, to czysta realizacja tych postulatów.
Oczywiście pytanie brzmi: Czy to, na co patrzymy, ciągle jest sztuką?
Odpowiedziałabym tak: To nie jest sztuka w takim samym sensie, w jakim monochromatyczne "ostatnie" obrazy Rodczenki nie były sztuką. Namalowane w latach 20. nie miały być wypowiedzią artystyczną, tylko deklaracją, że w malarstwie powiedziano już wszystko i dalsze poszukiwania formalne nie mają w nim sensu. Były ukazaniem kresu, do jakiego może dojść sztuka. Ale swojego celu nie osiągnęły - pokazywane na wystawach, eksponowane w muzeach, z powrotem stały się sztuką. Za dużo znaczyły, by zostać wykreślonymi z tego obszaru.
Podobny paradoks jest udziałem Żmijewskiego. Im bardziej odmawia bycia artystą, tym bardziej nim się staje. I jest coraz bardziej znany. W ostatnim numerze prestiżowego pisma "Artforum" czytam o nim artykuł napisany przez Normana Kleeblatta, głównego kuratora z Żydowskiego Muzeum w Nowym Jorku. W jego filmach
wideo operujących drastycznym obrazem i ukazujących ludzi w skrajnie trudnych sytuacjach widzi on "dziedzictwo egzystencjalnego teatru Tadeusza Kantora i Jerzego Grotowskiego". We wrześniu nowojorska MoMA zapowiada jego indywidualną wystawę.
Dlaczego Żmijewski nie wycofuje się z obszaru sztuki? W"Manifeście" pisał, że artyści nie powinni się wstydzić sięgania po władzę. Ani swoich pragnień, by to co robią nie utknęło w próżni i miało jakieś społeczne skutki. Dla artysty ciągle nie ma lepszego sposobu sięgania po symboliczną władzę niż wykorzystanie w tym celu instytucji artystycznych.
Artur Żmijewski "Demokracje", Fundacja Galerii Foksal, Warszawa, do 12 maja