Wyspa klucz
Małgorzata Szejnert
Znak, Kraków
"Twój dom płonie. Masz materac i lampę, które możesz uratować. Co wyrzucisz przez okno, a co wyniesiesz?". Jeśli odpowiedzielibyście poprawnie na to pytanie w jednym z kilkudziesięciu języków, którym władali tłumacze na Ellis Island, "wyspie kluczu" do
USA, wzrosłyby wasze szanse na otrzymanie nowej narodowości - amerykańskiej. Gdybyście oczywiście byli zdrowi psychicznie, nie mieli rzucających się w oczy wad fizycznych, mieli te 5, 10, 25 dol. (na przełomie XIX i XX w.). I gdybyście nie byli podejrzani o anarchizm.
Stuletnią historię maleńkiej wysepki leżącej u wejścia do nowojorskiego portu, opisaną przez Małgorzatę Szejnert, można czytać na kilka sposobów. Z misternie skomponowanego i skrupulatnie zebranego materiału dokumentalnego można się dowiedzieć, kto i jak przybywał do Ameryki, w jakich warunkach i na pokładzie jakich statków, skąd i dlaczego.
Ale znacznie więcej dowiemy się na temat tego, kto decydował o tym, że przybywające z Europy i świata tłumy (w latach 1892-1954 do NY przypłynęło ponad 16 milionów osób, większość przeszła przez Ellis Island) mogą dostąpić szczęścia zejścia na amerykańską ziemię. Jak to się odbywało? Jak wyglądała urzędowa selekcja i dobór, kto i na jakich podstawach, w wyniku jakich procedur (biurokratycznych, lekarskich, psychiatrycznych, ekonomicznych, politycznych) mógł przejść przez imigracyjne sito, ile trzeba było znieść, jakich upokorzeń i rozstań doświadczyć.
Poznajemy historię rodzin, które łączyły się po latach. Skoro zachował się przynaglający list Józefa Jagielskiego z Pittsburgha adresowany do Dulska, powiat Golub-Dobrzyń: "Kochana żono, i donieś mi jeżeliś odebrała, a nie chcesz mi odpisać, czyś się rozgniewała, czy o mnie nie stoisz, bo ja tysz mogę się pogniewać i co ci powiedzić dobrego, bo w Ameryce dużo żonów można kupić za małe pieniądze" - to autorka śledzi kolejne manifesty okrętowe, czyli listy przybywających, dzisiaj dostępne w wersji cyfrowej - szuka śladu przybywającej za mężem Franciszki Jagielskiej.
Ale ważniejsi w tej opowieści są ludzie władzy na Ellis Island, jej słynni i wszechmocni komisarze: John Baptiste Weber, William Williams, Robert Watchorn, Fiorello La Guardia (od jego nazwiska, późniejszego burmistrza, pochodzi nazwa jednego z nowojorskich lotnisk), Frederic Howe (podejrzewany o "socjalizm", pozwalał dzieciom deptać trawę). Obok nich poznajemy tłumaczy (poliglota La Guardia tak zaczynał karierę), lekarzy, psychiatrów, fotografów, matrony (opiekowały się dziewczętami zagrożonymi przez handlarzy żywym towarem), sprzątaczki, kapitanów i marynarzy promu, który transportował szczęśliwców do miasta. W drugą stronę odesłano ponad 600 tys. przybyszów. Niektórych wielokrotnie.
Oprócz historii rozbudowy (licząca hektar wyspa, miejsce indiańskich pochówków ludzi i psów otulanych skorupami małży, powiększyła się ośmiokrotnie) trafiają się historie pomieszczeń, placów zabaw dla dzieci, szpitali, przedmiotów (buttonhook - przyrząd ułatwiający zapinanie guzików, który potem służył do badania oczu w poszukiwaniu choroby). Mamy opowieść o intrygach, korupcji, o służbistach i ludziach uczynnych. O zmianach filozofii selekcji. O zaostrzaniu wymagań, o dyspozycjach doboru lub odrzucenia (kolejne ustawy precyzowały kategorie osób niepożądanych: "obłąkani, idioci, chorzy psychicznie, epileptycy, imbecyle, osoby chore psychicznie w przeszłości").
Być może najciekawsza jest rekonstrukcja myślenia i motywacji komisarzy wyspy, którzy byli mianowani każdorazowo przez prezydenta USA i przed nim tylko odpowiadali. Pierwszy z nich potrafił napisać: "Zarzuca się, że imigranci dostarczają większego procentu nędzarzy i kryminalistów niż element rodzimy. Może to prawda. Ale nie dlatego, że są cudzoziemcami, lecz dlatego, że stanowią biedniejszą część społeczeństwa i w konsekwencji są mniej zdolni do walki z niepowodzeniem lub pokusą. Gdy człowiek bogaty powstrzyma się od kradzieży kromki chleba, nie jest to tak chwalebne, jak gdy to czyni głodny."
Komisarze, demokraci czy republikanie, byli zwykle ludźmi z misją, choć mieli świadomość, że zarządzają terytorium, w którym króluje "brud, nieudolność i biurokracja" (wyspa bywała obozem dla internowanych, a więzieniem w czasie wojny, zarówno I, jak i II ).
Małgorzata Szejnert wydobywa opowieść z drobiazgów, szczegółów, zdjęć, dokumentów i opracowań. Rekonstruuje historię ludzką tego przecież strasznego w gruncie rzeczy miejsca, w którym urzędnicy, patrząc na śmierdzący, głodny, słaniający się z wyczerpania po kilkunastodniowym rejsie na steerage (pokładzie dla biedoty) tłum, decydują o jego losie. Wybierają, kim można przyprawić amerykański tygiel narodów.
Jest to historia doktryny imigracyjnej, a także zwykłego człowieczeństwa. Opowieść o tym, jak obcy może zostać wstępnie zaakceptowany. I jak mogła o tym zadecydować litera wymalowana kredą na płaszczu imigranta, którą podejrzliwi lekarze rysowali po sześciu sekundach obserwacji. Albo nieumiejętność odczytania fragmentu z Biblii we własnym języku. Albo poprawne ułożenie kilku puzzli, bo to był test, który nie dyskryminował kulturowo...
To zagadkowa i zaskakująca podróż na wysepkę, która była czyśćcem dla milionów ludzi. Miejscem narodzin, śmierci, śmiechu, strachu, upokorzenia. I nadziei - z wyspy widać przecież Statuę Wolności i wieżowce Manhattanu (przybysze dziwili się, że "na tych szczytach nie leży śnieg").
Dzisiaj jest tam muzeum. Wizyta w nim rozpoczęła historię tej książki - bogatej w ludzi, zapachy, grozę i jednak wiarę w lepszy świat. Lektura "Wyspy klucza" pomaga zrozumieć wielką Amerykę. A może by do niej pojechać? Może wpuszczą. Weźcie książkę Małgorzaty Szejnert i pokażcie razem z paszportem.