"Najpierw ona mi powiedziała, że ma dwie wiadomości: dobrą i złą" - mamrocze pod nosem dziewczynka w kapturze. Jest noc, przystanek, w oddali migoczą światła. Ekranizacja "Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną" Doroty Masłowskiej w reżyserii Xawerego Żuławskiego zaczyna się od sceny z udziałem pisarki. To ona jest tu stwórcą przedstawionej rzeczywistości.
Z jej głowy zrodził się Silny - dresiarz, który obija się o kolejne panienki i naćpany roztrząsa kwestie egzystencjalne. Dla tej roli Borys Szyc wyhodował sobie pokaźne bicepsy, ogolił się na zero, a nawet obciął rzęsy. Efekt to najlepsza kreacja w jego dotychczasowej karierze (aż trudno uwierzyć, że nie dorastał w osiedlowej siłowni!). Kroku dotrzymują mu też partnerki: podwórkowa femme fatale Magda (Roma Gąsiorowska), recytująca wyświechtane slogany metalówa Andżela (Maria Strzelecka), nadpobudliwa skaterka Natasza (Sonia Bohosiewicz) i katolicka okularnica Ala (Anna Prus).
Dziewczynka w kapturze programuje ich losy, jest administratorem absurdalnych historii w tekturowym świecie. Wedle jej woli bohaterowie porzucają się wzajemnie lub schodzą, toczą spektakularne bijatyki, odwiedzają festyn z okazji Dnia bez Ruska. Gdy Silny próbuje zbajerować Andżelę, autorka podpowiada mu z offu: "Że przede wszystkim mam jednak również fabrykę wesołych miasteczek, która pożera mnóstwo właśnie piasku". Czy Masłowska gra Masłowską? Raczej jest sobą sprzed siedmiu lat: pulchną nastolatką o niewyraźnej dykcji, na widok której w 2002 roku nie tylko mało kto wierzył, że sama napisała "Wojnę ", ale nawet że w ogóle ją przeczytała.
Powiedzieć, że film jest wierny książce, to mało. Literacki materiał co prawda skrócono tu i nieco przemontowano, ale zostały w nim wszystkie elementy, za które Masłowska była kochana i nienawidzona. Filmowcy na przykład dosłownie potraktowali sceny rzygania, ćpania albo rozmów z "dżordżem". Nie bali się też kiczu i tandety - zawarli je w muzyce, kostiumach, teledyskowych zdjęciach, a nawet aktorstwie (szczególnie w przypadku granej przez Strzelecką Andżeli). Z popkulturowej papki zgrabnie wyprowadzili jednak satyrę na polską mentalność zaściankową, by następnie pójść dalej i zmienić film w niepokojącą opowieść o tajemnicy istnienia, które tak łatwo może się rozmyć jak postać oddalającej się w finałowej scenie Magdy w czerwonej sukience.
Ale jest w tej "Wojnie " coś jeszcze. To niezwykła dekonstrukcja sztuki w stylu samej "Kochanicy Francuza" Johna Fowlesa. Masłowska umieściła swój literacki odpowiednik już w książce. Twórcy filmu efektownie wyeksponowali ten wątek i jest to zabieg zaskakująco udany. Podskórna wszechobecność pisarki sprawia, że film jest równocześnie opowieścią o samej Masłowskiej, której - pomiędzy odkurzaniem
mieszkania a zdawaniem matury - udało się zmienić bieg polskiej literatury.
Pierwszy publiczny pokaz "Wojny polsko-ruskiej" odbędzie się w sobotę na festiwalu Off Plus Camera w Krakowie.