Rozmowa z Ari Folmanem
reżyserem izraelskiego filmu "Walc z Baszirem", który od piątku można zobaczyć w naszych kinach
Krzysztof Kwiatkowski: Zrobił pan animowany film o wojnie w Libanie. Niedawno Marjane Satrapi w "Persepolis "narysowała" najnowszą historię Iranu. Animacja zmienia się jako gatunek filmowy? Ari Folman: "Persepolis" przełamuje bariery, ale wciąż pozostaje bajką. Mój film jest mocniejszy. Mam wrażenie, że zrobiłem dla animacji to, co Art Spiegelman w "Maus" dla komiksu. Pokazałem, że film animowany może służyć do poważnego opowiadania o świecie, poruszania drażliwych tematów, rozliczania się z historią.
Wyobraża pan sobie "Walc z Baszirem" jako zwyczajną fabułę lub dokument?
- Nie, bo poruszam się po obszarach podświadomości, tym, co w ludzkiej psychice wyparte i stłumione. Dlatego od początku zależało mi na absolutnej wolności twórczej. Ten osobisty obraz miał odbijać moje widzenie świata, moje mgliste wspomnienia z armii. A czasem nawet moje sny.
Opowiada pan o drodze, którą musiał pan przebyć, aby odkryć własną przeszłość. W jaki sposób 20 lat po wojnie uświadomił pan sobie, że niewiele z niej pamięta?
- Żyję na co dzień w świecie filmowców, pisarzy i producentów o lewicowych lub liberalnych poglądach. W tym środowisku niechętnie rozmawia się o służbie wojskowej. Dlatego lata 80. wróciły do mnie dopiero niedawno. Chciałem wypisać się z armii rezerwowej i jednym z warunków była wizyta u psychoterapeuty, który kazał mi powiedzieć, co pamiętam z wojska. I nagle zorientowałem się, że w kluczowym momencie - masakry w Sabrze i Szatili - mam w pamięci czarne dziury. Poczułem potrzebę powrotu do przeszłości.
Nie bał się pan ?
- Nie, uznałem, że to właściwy moment. Liczyłem na to, że lepiej poznam siebie. A po zrobieniu pierwszego kroku nie miałem odwrotu.
Wrócił pan do czasów, kiedy jako 19-latek wkraczał pan z izraelską armią do Libanu.
- Byłem wtedy dzieckiem, które - nie z własnej woli - bawi się w chore
gry. Jednak już kilka godzin od początku inwazji zdałem sobie sprawę z tego, że jestem w miejscu, w którym nie powinienem był się znaleźć. Chciałem tylko przeżyć i wydostać się z tego piekła. Wiedziałem, że uczestniczę w bezsensownej jatce i narażam życie dla przywódców, którzy cudzą krwią podbudowują swoje ego. Odżyłem dopiero po powrocie do Izraela.
Podświadomie unikałem miejsc i sytuacji, w których mógłbym słuchać rozmów o wojnie, ale wciąż wracały do mnie jakieś pojedyncze obrazy z frontu. Zwłaszcza widok żołnierzy wychodzących z morza, który pokazuję w filmie. Wspomnienie armii wyrywało mnie z poczucia bezpieczeństwa. W końcu te najtrudniejsze chwile wyparłem z pamięci i poszedłem naprzód.
Jak pan zareagował na fakty z własnej przeszłości, które pan odkrył po latach?
- Spokojnie. "Walc z Baszirem" był częścią terapii. Spotykałem się z ludźmi, nagrywałem ich opowieści i słuchałem tych nagrań, pisząc scenariusz. Miałem czas, aby się z tym wszystkim oswoić. Poza tym wiele się w moim życiu zmieniło, od momentu gdy zaczynałem pracę nad filmem. Nie jestem już singlem - mam żonę i troje dzieci. Przez te pięć lat nie byłem skupiony wyłącznie na przeszłości. I to mnie chyba uratowało.
Pańscy rodzice pochodzili z Polski. Ma to dla pana znaczenie?
- Kupiłem niedawno prawa do ekranizacji "Kongresu futurologicznego" Stanisława Lema i przygotowuję się do zrobienia na jego podstawie częściowo aktorskiego, częściowo animowanego filmu. Myśli pan, że to przypadek, iż wyobrażając sobie przyszłość, sięgnąłem po książkę tego twórcy? Rodzinny kraj rodziców zawsze był dla mnie ważny. Kilka miesięcy temu odebrałem nawet polski paszport. Pamiętam swoją pierwszą wizytę w kraju. Był rok 1989, miałem 27 lat. Przyjechałem z Izraela, gdzie prawie wszystko jest intensywniejsze - od klimatu i kolorów po konflikty. Ale to w Polsce ludzie, miejsca, nawet język pachniały domem.
Co było panu bliskie?