Zanim powiemy rzecz oczywistą - że wojna jest złem - trzeba powiedzieć coś innego, bez czego trudno zrozumieć "Walc z Baszirem":
Izrael był zmuszony do wojny. I tej Sześciodniowej, i Jom Kippur, i tej najtragiczniejszej, w Libanie w 1982. Ari Folman - jej 19-letni uczestnik - usiłuje w swoim filmie po latach przywołać tamtą wojnę, jak na seansie terapeutycznym, za pomocą hiperrealistycznych animowanych obrazów, zarazem wyrazistych i nierealnych jak ze snu.
Tragizm sytuacji - może w ogóle tragizm wojny z terroryzmem - polega na tym, że choć ma ona charakter obronny, odium ludobójstwa spada nie na terrorystów, ale na tych, którzy ich zwalczają. Terroryści kryją się wśród ludności cywilnej i to ona pada ofiarą wojny. Do jednego zła zostaje dodane inne, większe.
Filmy takie, jak "Walc z Baszirem" (można tu dodać liczne dokumenty, m.in. głośne "Czy się uśmiechnę?" o kobietach żołnierkach) wyraża izraelski kompleks ludobójstwa, głębokie poczucie winy, w jakie zostali wpędzeni potomkowie Żydów ocalałych z hitlerowskiej Zagłady. Palestyńska propaganda robi z nich teraz "nazistów". Folman w swoim filmie w masochistycznym geście przejmuje to określenie.
W 1982 w Libanie stała się rzecz najgorsza: rzeczywiście doszło do potwornego ludobójstwa, wprawdzie nie dokonanego rękami Izraelczyków, ale za milczącym przyzwoleniem ich dowództwa. Minister obrony Ariel Szaron, nazwany "rzeźnikiem Libanu", został po wielkich protestach społecznych zdjęty ze stanowiska i uznany przez specjalną komisję "pośrednio odpowiedzialnym" za masakrę w bejruckich obozach uchodźców Sabra i Szatila, gdzie przebywała ludność palestyńska. Pisał o tym w "Gazecie" Dawid Warszawski. Zamordowano tam od kilkuset do 4 tys. mężczyzn, kobiet, dzieci.
Skąd izraelskie wojska znalazły się w Libanie? Chodziło o to, żeby zniszczyć ulokowane tam bazy terrorystyczne OWP. Liban był wtedy pogrążony w wojnie domowej. Izrael wszedł w sojusz z oddziałami libańskich katolików obrządku maronickiego, dążących do przejęcia władzy w kraju. Maronitą był uwielbiany Baszir, wybrany na prezydenta Libanu i zabity przez terrorystów tuż przed zaprzysiężeniem. Odpowiedzią była masakra w Sabrze i Szatili dokonana przez chrześcijańską falangę. Na piersiach Palestyńczyków wycinali nożami krzyże.
Bohater filmu Folmana był blisko miejsca masakry, ale jak inni udawał przed sobą, że nie wie, co się dzieje. Później wyparł ze świadomości całe zdarzenie. "Walc z Baszirem" jest opowieścią o tym, jak wypierana jest pamięć. "Nie mam tego w systemie" - słyszy Folman od kolegów z wojska, których odwiedza, żeby po latach ustalić kolejność zdarzeń. Sam nie pamięta nic - poza jednym obrazem. Trzech nagich żołnierzy wychodzi z morza na bejrucki bulwar, pod niebem, na którym wybuchają rakiety. Zakładają mundury. Z wąskiej ulicy wylewa się na nich tłum rozpaczających palestyńskich cywili uciekających przed rzezią.
Ta wizja jest ilustracją izraelskiego kompleksu: wychodzą z morza nadzy, niewinni jak nowo narodzeni, ale będą ich ścigać zbrodnie, których albo sami dokonali, albo których byli biernymi świadkami.
Ta wojna rozgrywa się na tle morza, w klimacie nieustających wakacji. Rano się opalamy, po południu idziemy na akcję. We śnie Karmiego z morza wyłania się olbrzymia kobieta, jak w wizjach Felliniego - bierze go w objęcia, ratuje. Intelektualista Karmi zwierza się po latach koledze, że poszedł na wojnę, bo miał problemy z kobietami, chciał zmężnieć. Z kolei Ari wstąpił do wojska, gdy rzuciła go Jael. Wojna w "Walcu z Baszirem" tworzy szczególną męską komitywę. Ma swój szpan, swoje szlagiery ("Bombardowałem Sydon" na wzór amerykańskiego "Bombardowałem Koreę"). To taki "Czas apokalipsy" po izraelsku, chwilami przechodzący w rodzaj orgiastycznej zabawy - bo tylko w ten sposób da się znieść zagrożenie, które może przyjść skądkolwiek. Jadąc wozem opancerzonym, trzeba strzelać nieustannie do wszystkiego, co żyje.
Będąc na wojnie, na różne sposoby oszukujemy rzeczywistość.
Wojna jako pornografia - regres do stadium chłopięcego autoerotyzmu, zwolnienie wszelkich hamulców. W sztabie mieszczącym się w bejruckiej willi, do którego trafia Ari, oficer wydaje rozkazy, onanizując się przed telewizorem, w którym leci niemieckie porno, wołając raz po raz do adiutanta: przewiń, przewiń!
Wojna jako trans - gdy żołnierz o nazwisku Frenkiel wyrywa koledze broń maszynową i strzelając we wszystkie strony, wyskakuje na środek ulicy i wykonuje coś w rodzaju walca na tle wielkiego plakatu z Baszirem. Stąd tytuł filmu - Folman podłożył pod tę scenę walc Chopina. Musi stać za tym autentyczne wspomnienie, bo tylko autentyk potrafi być tak surrealistyczny.
Wojna jako teatr - gdy jeden z głównych bohaterów "Walca z Baszirem" słynny reporter Ron Ben Yishai idzie przez piekło ostrzału wyprostowany, jakby się go kule nie imały, przed nim na czworakach posuwa się kamerzysta, a nad nimi z balkonów bejruckich wieżowców mieszkańcy całymi rodzinami obserwują walkę jak telewizyjny show na żywo.
To właśnie Ben Yishai, strzeliwszy sobie whisky, zatelefonuje do ministra Szarona, powiadamiając go o masakrze. Przekona się, że generał wcale nie śpieszy się, aby jej przeciwdziałać. Rozkaz zaprzestania ognia wyda falangistom - poniewczasie - inny izraelski oficer. Relację obecnego w Bejrucie kolegi Rona Thomasa Friedmana, oskarżającego na równi wszystkie strony biorące udział w tej wojnie, "New York Times" opublikuje na pierwszej stronie, kierując uwagę świata na to, co stało się w Sabrze i Szatili.
"Walc z Baszirem" ma formę animowanego komiksu, który zachowuje charakter dokumentu, rozrysowanej fotografii. Postacie mają twarze rzeczywistych osób i mówią w filmie - z dwoma wyjątkami - własnym głosem. Reżyser wybrał formę animacji, ponieważ jego film rozgrywa się w sferze wyobrażeń, wspomnień i snów byłych żołnierzy. To właśnie dzięki animacji udało się pokazać, że bycie na wojnie wymaga dystansu, odrealnienia tego, co widzimy, oswojenia okropności. "Walc z Baszirem" pokazuje, jak to się dzieje, że wojna znieczula moralnie. Nie może być inaczej, jeśli mamy przetrwać. Zaczynamy patrzeć na rzeczywistość jak na niewinny animowany film, gdzie jak w dziecięcych kreskówkach - które również bywają okrutne - wszystkie chwyty są dozwolone. I jeśli się zdarzy, że zobaczymy z daleka - jak w Sabrze - rozstrzeliwanych pod ścianą ludzi, może nie dotrzeć do naszej świadomości, co to naprawdę oznacza.
Czy bohaterowie "Walca z Baszirem" naprawdę nie zorientowali się, że dwieście metrów od nich dzieje się ludobójstwo? Czy dopiero później wyparli to ze świadomości? Tak czy inaczej pozostali znieczuleni. W "Walcu z Baszirem" udało się sfilmować tę obojętność, aby w ostatniej minucie filmu pozwolić bohaterowi odzyskać moment ostrego widzenia. Gdy animacja ustępuje miejsca dokumentalnym zdjęciom, działa to jak szok, jak ocknięcie się z transu. To konfrontacja z rzeczywistością, odkrycie czegoś oczywistego: że wojna to zabijanie, zadawanie cierpienia i znoszenie bólu, choroba, z której się nie wychodzi.