http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Ostatni taki twardziel

Jacek Szczerba
2009-03-25, ostatnia aktualizacja 2009-03-25 14:02

 Gran Torino
Gran Torino

"Gran Torino" Clinta Eastwooda jest właściwie filmem familijnym, tyle że wyjątkowo niegrzecznym. Jego bohater Walt Kowalski to ostatni biały w kiepskiej dzielnicy prowincjonalnego amerykańskiego miasta

 Gran Torino
Gran Torino
 Gran Torino
Gran Torino
 Gran Torino
Gran Torino
 Gran Torino
Gran Torino
ZOBACZ TAKŻE
Filmy
"Gran Torino" jest filmem familijnym, bo kryje w sobie przesłanie przeznaczone dla ludzi w każdym wieku: że trzeba być tolerancyjnym, nie tylko szanować innych, ale otwierać się na nich. W ogóle pełno tu komunałów na temat życia, tyleż słusznych, co zbyt oczywistych, żeby je teraz przytaczać.

"Gran Torino" ma takiego bohatera i taką sytuację wyjściową, że od razu wiadomo, w którą stronę pogna fabuła. Walt Kowalski (Eastwood), emerytowany pracownik fabryki Forda i weteran wojny koreańskiej, to ostatni biały w kiepskiej dzielnicy prowincjonalnego amerykańskiego miasta. Właśnie zmarła mu żona. Ze dwoma dorosłymi synami nie umie się porozumieć: do jednego ma pretensję, że sprzedaje japońskie samochody, gdy oczkiem w głowie Walta jest jego ford gran torino, z roku 1972, bezustannie myty i glancowany.

Kowalski przed domem ma zatkniętą amerykańską flagę, a w domu ma psa. Tyle że to on częściej niż pies warczy na ludzi (Eastwood nieco nadużywa tego środka wyrazu), jest opryskliwy, zaś jego ulubiona kwestia brzmi: "Wynocha z mojego trawnika". To zaczyna się zmieniać, gdy do lokum obok trafiają Azjaci z ludu Hmongów zamieszkującego m.in. Wietnam.

Młoda i rezolutna Sue (Ahney Her) stopniowo zdobywa zaufanie Walta. Zaprasza go na azjatyckie party. Kowalski niby się opiera, ale wschodnie jedzenie mu smakuje, bo sam żywi się głównie piwem. Bratem Sue jest sympatyczny, trochę gamoniowaty Thao (Bee Vang), który najbardziej lubi pracę w ogrodzie. Rozlazłość chłopaka drażni jego kuzyna należącego do lokalnej azjatyckiej mafii. Ten postanawia zrobić z Thao macho. Jako chrzest bojowy wyznacza mu... kradzież gran torino Walta.

Skoro fabuła Eastwooda jest przewidywalna - Kowalski zaopiekuje się Thao, pomoże mu wyjść z tarapatów - to dlaczego chce się ją oglądać? Decydują o tym chyba dwa powody. Pierwszym jest zakończenie, którego nie mogę zdradzić. Dość powiedzieć, że przewrotnie odnosi się ono do finałów westernów Eastwooda, zwłaszcza oscarowego "Bez przebaczenia". Może z powodu owego zakończenia Eastwood ogłosił, że to jego ostatni film jako aktora.

Drugi powód to cokolwiek niekonwencjonalna metoda, przy pomocy której wykładane są tu różne mądrości. Tonu filmu nie narzucają na szczęście zapędy młodego księdza (Christopher Carley), który chce gadać z Kowalskim o życiu i śmierci, a ten opieprza duchownego, że ów nie ma pojęcia ani o jednym, ani o drugim. Nie, decydujące są rozmowy z włoskim fryzjerem Martinem (John Carroll Lynch), którego Walt odwiedza co trzy tygodnie. - Co u ciebie, pier... Polaczku? - wita go golibroda. - Nic ciekawego, włoski ch... - odpowiada tenże. - Ożydziałeś do reszty, żeby domagać się dziesięciu dolarów za marne strzyżenie?

Tak mniej więcej sobie gadają, z uśmiechami na ustach. I proszę się nie oburzać, "Gran Torino" to nie apologia chamstwa. Dwaj faceci zamiast pomstować na szarość egzystencji, naigrywają się z niej. Wszystko to odbywa się jednak jakby w cudzysłowie. Bo przecież wiadomo, że cokolwiek Polak i Włoch sobie powiedzą, i tak jeden skoczyłby za drugim w ogień. Tego połączenia twardości i szlachetnej nonszalancji obaj uczą Thao.

Nie ukrywam, że cenię Eastwooda i trochę go podziwiam. Facet 31 maja skończy 79 lat, a w ciągu minionego roku zdołał nakręcić aż dwa filmy - drugim była "Oszukana" z Angeliną Jolie. To dziś chyba ostatni fachowiec w starym hollywoodzkim stylu. Porządnie kręci różne rzeczy na podstawie scenariuszy, które wybiera z tego, co mu oferują. Jak powiedział o nim Jim Jarmusch - to jedyny prawdziwie niezależny mainstreamowy amerykański filmowiec. Nikt nie wtrąca mu się do roboty - Eastwood gra, reżyseruje, jest współproducentem swych filmów, czasem pisze do nich muzykę, a tu jeszcze śpiewa na napisach końcowych!

I przeszedł podziwu godną ewolucję. Z gwiazdora - ale jednocześnie przeciętnego aktora, o wąskim emploi twardziela - zmienił się, wziąwszy lekcje reżyserii m.in. od Sergio Leone i Dona Siegla, w rzemieślnika filmowego pierwszej klasy. Światek filmowej finansjery też go szanuje, bo jest dochodowy. "Gran Torino" od amerykańskiej premiery 12 grudnia 2008 r. zarobił już 191 mln dol., kosztując tylko 33 mln. Teraz Eastwood kręci "Human Factor" o Nelsonie Mandeli (Morgan Freeman) i Pucharze Świata w rugby rozgrywanym w RPA w 1995 r., które to zawody pomogły scementować po erze apartheidu tamtejsze biało-czarne społeczeństwo. Najsłynniejszego południowoafrykańskiego rugbystę François Pienaara gra Matt Damon.

Jedyne, czego nie lubię u Eastwooda, to to, że chirurgicznie "poprawił" sobie twarz. Oczywiście dla dużo młodszej kobiety.

"Gran Torino", reż. Clint Eastwood, USA 2008





Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 10 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Whitney Houston nie żyje

Mariah Carey, Alicia Keys, Rihanna, Justin Bieber - największe gwiazdy muzyki mówią dziś i piszą, że Whitney Houston była dla nich wzorem i inspiracją