http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

''Baader-Meinhof'' - komiks o duszy niemieckiej

Adam Krzemiński, Polityka
2009-03-20, ostatnia aktualizacja 2009-03-19 20:54

W kinach jest już głośny niemiecki film "Baader-Meinhof" o terrorystach z grupy RAF. Stara się odpowiedzieć na pytanie: Dlaczego w Republice Federalnej Niemiec lat 70. grupa młodych ludzi nie miała skrupułów, by zabijać niczym "świnie" funkcjonariuszy demokratycznego państwa?



Ten film można sobie obejrzeć i nic z tego nie wynika. "Baader-Meinhof" jest równie płytkim kinem akcji jak "Walkiria". Kolejny komiks filmowy z dobrze obfotografowanych i zagranych epizodów, w których trudno znaleźć odpowiedź na zasadnicze pytania:

Dlaczego wrażliwa dziennikarka pisze w poczytnym lewicowym magazynie, że "oczywiście wolno strzelać"?

Dlaczego ona sama bierze te słowa na serio, chwyta za spluwę i strzela do niewinnych ludzi?

Dlaczego w Republice Federalnej lat 70. grupa młodych ludzi nie miała skrupułów, by zabijać niczym "świnie" funkcjonariuszy demokratycznego państwa?

I wreszcie, dlaczego antypatyczny terrorysta lowelas i neurasteniczna intelektualistka są w Niemczech od 30 lat bohaterami mediów?

Na początku lat 70. niemiecka RAF (Frakcja Czerwonej Armii) kojarzyła się lewicowo-liberalnej opinii publicznej ze "Zbójcami" Schillera; buntownikami przeciw pokancerowanej niemieckiej demokracji, w której policjant strzela demonstrantowi w głowę, a ataki prawicowej prasy prowadzą do zamachu na przywódcę lewicowych studentów.

Potem w Ulrice Meinhof i Andreasie Baaderze dopatrywano się niemieckiej wersji Bonnie i Clyde'a - pary kochanków, którzy zeszli na manowce.

O rozpętanie "wojny sześciu przeciwko sześćdziesięciu milionom" lewicowi intelektualiści oskarżali nie tyle terrorystów, ile państwo wprowadzające stan "oblężenia", inwigilujące lewicowe środowiska i wprowadzające represyjne prawo. Winą obarczano także bulwarowe media, które współdziałając z policją, prowokują przemoc. Taki był sens opowiadania Heinricha Bölla "Utracona cześć Katarzyny Blum". Aby przerwać eskalację przemocy, noblista domagał się "listu żelaznego" dla Meinhof, by mogła zerwać z terroryzmem.

Po wyłapaniu i skazaniu "twardego rdzenia" grupy Baader-Meinhof do akcji włączyła się "druga generacja" RAF, by porwaniami wymusić zwolnienie z więzienia skazanych na dożywocie przywódców. W 1975 r. to się udało. W zamian za uwolnienie porwanego polityka CDU Petera Lorenza władze pozwoliły czwórce terrorystów wyjechać do Jemenu. To zachęciło do powtórki. Jesienią 1977 r. terroryści RAF porwali Hannsa Martina Schleyera, przewodniczącego związku przemysłowców, byłego SS-mana, a zaprzyjaźnione komando palestyńskie porwało samolot Lufthansy. Jednak tym razem władze nie poszły na kompromis i Schleyer został zamordowany. Państwo złożyło swego przedstawiciela na ołtarzu racji stanu.

Wydarzenia "niemieckiej jesieni" stały się wielkim tematem medialnym. Dostarczały sensacji, z drugiej strony - skłaniały do pogłębionej refleksji. Znakomicie przeprowadzoną akcję uwolnienia pasażerów samolotu na lotnisku w Mogadiszu media wychwalały niczym kolejne zdobycie mistrzostwa świata w piłce nożnej. Zarazem nie brakowało pomówień, że samobójstwa Baadera i towarzyszy były w istocie skrytobójstwem w imię racji stanu.

I wreszcie pod koniec lat 70. wybuchła nowa debata: jak głęboko korzenie Baader-Meinhof sięgają w niemiecką przeszłość. Wywołała ją amerykańska autorka Jillian Baker: to przecież Hitler's children, pisała - dzieci Hitlera. Pokolenie RAF-u - uważa Baker - zwracając się przeciw swoim rodzicom, mentalnie było podobne do nazistów.

Kolejna fala medialnego zainteresowania RAF-em wybuchła już po zjednoczeniu Niemiec, gdy terroryści "trzeciej generacji" zamordowali szefa urzędu powierniczego prywatyzującego postenerdowskie przedsiębiorstwa. I choć w 1998 r. RAF podał do wiadomości publicznej, że się rozwiązuje, dla mediów wciąż był wdzięcznym tematem. Otwarcie enerdowskich archiwów pozwoliło zdekonspirować nie tylko operacyjne powiązania terrorystów ze Stasi, ale i tych, którzy w NRD znaleźli spokojną przystań. Posypały się reportaże o miłych terrorystach z sąsiedztwa. Potem - wraz z pierwszymi amnestiami - zaczęły się debaty, jak resocjalizować tych, którzy nie chcą się odciąć od przeszłości, i czy można podawać sobie byłych terrorystów jako "świadków historii" z jednego talk-show do drugiego.

Baader-Meinhof to dla niemieckich mediów never ending story.

W kinach - nie tylko "Baader-Meinhof", ale cała seria filmów kręconych od 1977 r.

W telewizji - bardzo dobre dokumenty i coraz bardziej banalne wywiady.

W prasie - dysputy o istocie niemieckiego terroryzmu i (rzekomych) analogiach między rokiem 1933 i 1968.

W butikach - koszulki z emblematami RAF-u.

W teatrach - sztuki, jak choćby znakomita "Ulrike Maria Stuart" Elfriede Jelinek.

W galeriach zbiory relikwii po RAF-ie: grypsy, ulotki, maszyna do pisania, na której pisano pierwszą i ostatnią odezwę.

A w księgarniach stosy książek o wszystkich aspektach B&M: biografie, wspomnienia. I "Weekend", nowa powieść Bernarda Schlinka - tego od "Lektora", i bardzo do "Lektora" podobna.

Oto fabuła: Jörg, terrorysta, został po 24 latach więzienia ułaskawiony. Siostra Christine, która troszczyła się o niego przez te lata, zabiera go do zrujnowanego dworku w Brandenburgii, dokąd zaprasza na weekend także dawnych jego znajomych. Wszyscy są pod sześćdziesiątkę - Henner jest gwiazdą dziennikarstwa, Karin - biskupką protestancką, Ulrich - właścicielem tuzina przychodni dentystycznych, Andreas - adwokatem, Ilse - nauczycielką. Każdy na stole znajduje swe zdjęcie z tamtych czasów. Zaczynają się wspominki jak na spotkaniu absolwentów. Przyjaciółka Christine - Margarete - obserwuje tymczasem Jörga i dochodzi do wniosku, że ktoś, kto morduje ludzi, musi być chory, trzeba mu współczuć.

A zatem klasyczne niemieckie "seid nett zueinander", czyli "kochajmy się"? Nie.

Aby trochę zamieszać, Schlink wprowadza postać syna Jörga, który rzuca ojcu w twarz: "Tak samo jak naziści nie potrafisz przyjąć prawdy i poczuć żalu. Akurat ty powinieneś wiedzieć, co to znaczy być synem mordercy, a jesteś moim ojcem mordercą!".

Niestety, cała ta opowieść beznadziejnie szeleści papierem. Papierowa jest impotencja Jörga, któremu daremnie narzuca się nastolatka. A już kompletnie sztuczna jest biografia Jana, innego terrorysty, któremu udało się uciec za granicę. Za to 11 września 2001 r. był w Nowym Jorku w jednej z wież zaatakowanych przez al Kaidę. Zanim zginął, zdążył uratować sekretarkę. Tak prawnik Schlink wyobraża sobie sprawiedliwość - każdy sam ją sobie wymierza poprzez dobrowolne zadośćuczynienie. Cza to nie to samo przesłanie, co w "Lektorze", gdzie Hanna nie chce skorzystać z prawa łaski, odbierając sobie życie w celi więziennej, a uciułane marki przekazuje żydowskiej organizacji?

Czytelnik "Weekendu" zastanawia się, jak długo można żerować na kompleksie Baader-Meinhof, nie próbując niczego zrozumieć. I to samo dotyczy wchodzącego właśnie na nasze ekrany filmu "Baader-Meinhof". Widz patrzy na akcje RAF, i nie rozumie, co im strzeliło do głowy, i co tak naprawdę grało wtedy w duszy niemieckiej. "Baader-Meinhof" - został wyprodukowany przez Bernda Eichingera, scenarzystę "Upadku", innego filmu o problemach z niemiecką historią. I tak jak na podstawie filmu o ostatnich dniach Hitlera trudno dociec, skąd to wszystko, tak i na podstawie "Baader-Meinhof" niepodobna się zorientować, co to takiego było. I w jednym, i w drugim wypadku sama "action". To za mało.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 16 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':