http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Tajny agent na tropie Rembrandta

Rozmawiała Anna Arno
2009-03-18, ostatnia aktualizacja 2009-03-18 13:49

Robert Wittman - tajny agent FBI do spraw kradzieży sztuki
Robert Wittman - tajny agent FBI do spraw kradzieży sztuki
Fot. ANDREW BRUSSO

W mojej pracy chodzi o to, żeby zaprzyjaźnić się i zdradzić. Trudno zapomnieć to spojrzenie, kiedy kogoś aresztuję - mówi Robert Wittman, jedyny tajny agent FBI do spraw kradzieży sztuki

Do przejścia na emeryturę we wrześniu ubiegłego roku Robert Wittman był głównym specjalistą i jedynym tajnym agentem FBI do spraw kradzieży sztuki. Przez dwadzieścia lat przyczynił się do odzyskania dzieł wartych 225 mln dol., m.in. autoportretu Rembrandta, obrazów Brueghla, Renoira i Moneta, jednego z 14 oryginalnych egzemplarzy Karty Praw Stanów Zjednoczonych. Działał w 18 krajach, udając pasera powiązanego z kolumbijskimi kartelami narkotykowymi, pozbawionego skrupułów kolekcjonera albo zaprzedanego mafii profesora.

Spotykamy się w Wilmington w stanie Delaware (Pensylwania), gdzie mój rozmówca mieszka. Niedawno założył firmę Robert Wittman Inc., która doradza muzeom i kolekcjonerom, jak uniknąć zakupu zrabowanych dzieł albo odzyskać skradzione skarby. Wittman ma 53 lata i przeciętną powierzchowność: średni wzrost i waga, twarz, którą łatwo zapomnieć. Nadal nie pozwala, by go fotografowano.

Anna Arno: Czym kradzieże sztuki różnią się od innych przestępstw?

Robert Wittman: Kradzieże sztuki od pospolitego rabunku różnią się tym, że łupu nie można zwyczajnie sprzedać. Cała trudność dla złodzieja nie polega na tym, jak obraz czy rzeźbę ukraść, ale jak się ich pozbyć i na tym zyskać.

Jak to się stało, że wyspecjalizował się pan w tropieniu przestępstw związanych ze sztuką?

- Moi rodzice byli marszandami w Baltimore, więc już w dzieciństwie poznawałem tajniki handlu sztuką. Kiedy przyszedłem do FBI w Filadelfii w 1988 roku, przez czysty przypadek powierzono mi na początek dwie sprawy związane ze sztuką. Udało mi się wtedy odnaleźć brązową maskę skradzioną z filadelfijskiego Muzeum Rodina. Złodziej, bezrobotny tancerz, owinął ją w papier pakowy i trzymał pod grzejnikiem w domu swojej mamy. Z kolei skradziona z muzeum uniwersyteckiego chińska kryształowa kula odnalazła się w salonie szeregowego domu w Filadelfii; nowa właścicielka przykrywała ją materiałem, bo skupiała światło i wzniecała pożary.

Wtedy FBI wysłało mnie na studia historii sztuki - i tak stałem się pierwszym w firmie specjalistą w tej dziedzinie. Wcześniej kradzieże sztuki traktowano w FBI raczej ulgowo. Nic dziwnego, dla rządu są ważniejsze sprawy, jak choćby terroryzm.

Na czym polegała pana praca tajnego agenta FBI do spraw sztuki?

- Kradzieże sztuki często są związane z innymi przestępstwami - dzieła bywają wymieniane za ułamek swojej wartości na narkotyki czy broń. Ale najczęściej złodziejom zależy po prostu na pieniądzach. Tu pojawia się szansa dla policji. Jako tajny agent przekonywałem złodziei, że jestem gotów kupić ich łup i zapłacić gotówką. Najczęściej dawali się oswoić.

Jak się oswaja złodzieja obrazów?

- W tej pracy podstawą jest zaprzyjaźnić się i zdradzić - trzeba po prostu dać się lubić. A żeby ktoś mnie polubił, ja też muszę czuć do niego odrobinę sympatii. Zaczynam więc od tego, że znajduję w nim cechy, które mi się podobają. Szukam tematów do rozmowy, najczęściej ogólnych, wspólnych dla wszystkich, jak zdrowie czy dzieci. W końcu złodziej to też człowiek.

W mojej ostatniej tajnej sprawie z FBI w 2008 roku oswajanie trwało dziesięć miesięcy. Z tym człowiekiem - francuskim gangsterem Bernardem Jeanem Ternusem - piłem nawet szampana na jego jachcie. Udawałem, że jestem gotów zapłacić 4,6 mln dol. za cztery obrazy skradzione rok wcześniej z Musée des Beaux Arts w Nicei; dwa Breughle oraz pejzaże Claude'a Moneta i Alfreda Sisleya. Ternus został potem skazany na pięć lat więzienia.

Do tej pracy potrzebne są stalowe nerwy i sporo aktorskich zdolności - tyle że nie masz dubli i musisz pamiętać wszystko, co kiedykolwiek powiedziałeś.

Co się dzieje, kiedy nagle aresztuje pan kogoś, kto panu zaufał?

- Trudno zapomnieć to spojrzenie, kiedy kogoś aresztuję. Ale zdarza się, że ci ludzie wracają do mnie, pozostajemy w kontakcie. Kradzież sztuki to jest w pewnym sensie biznes. Kiedy ktoś wpada i idzie do więzienia - traktuje to jako ryzyko handlowe.

Kim są złodzieje sztuki?

- Czasami zdarzają się zwykli kryminaliści, którzy kradną obraz, ponieważ jest cenny, a potem dopiero zastanawiają się, co z nim zrobić. Ale trzeba mieć pojęcie o tym, co się kradnie, żeby na tym zyskać. Dlatego w kradzieże sztuki zamieszana jest szczególna klasa przestępców.

Jest wśród nich grupa fanatycznych koneserów, którzy kradną nie dla zysku, ale dla własnej przyjemności - uważają, że tylko oni mogą pewne dzieła naprawdę docenić. Te przypadki są najtrudniejsze i skradzione obiekty nie odnajdują się nigdy albo dopiero po kilkudziesięciu latach, po śmierci złodzieja.



W muzeach kradzieże popełniane są najczęściej przez pracowników albo osoby jakoś z muzeum związane, takie które mają uprzywilejowany dostęp do zbiorów. W jednym z muzeów w Filadelfii dozorca przez wiele lat wynosił cenne zabytki amerykańskiej historii, w sumie około 200 eksponatów. Kiedy go nakryliśmy, w jego domu znaleźliśmy filiżanki George'a Washingtona.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1
  • 23 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':