Święty Wrocław
Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo Literackie, Kraków
To, że akcja najnowszej powieści Łukasza Orbitowskiego rozgrywa się we Wrocławiu, nie ma większego znaczenia. Wszędzie są takie osiedla jak wrocławska Polanka - wybudowane za Gierka blokowiska zaludnione poczciwymi obywatelami. Nie trzeba być miłośnikiem współczesnego horroru, żeby wiedzieć, że to odpowiednia sceneria i właściwi bohaterowie. W zwykłych miejscach niezwykłe przeżycia staną się udziałem pospolitych postaci. Po stokroć sprawdzony patent.
Tytułowy Święty Wrocław to właśnie osiedle Polanka. Ni stąd, ni zowąd zmienia się w magiczną krainę. Ktokolwiek się tam zapuści, przepada bez wieści. Stali mieszkańcy osiedla popadają w obłęd. Rozrywają ściany i podłogi, żeby dobrać się do tajemniczej czarnej materii, która wydziela ciepło i emituje jakieś substancje. No właśnie - jakieś.
Nic tu nie jest pewne, na dobrą sprawę nie wiadomo, co się stało na osiedlu i dlaczego szerzy się kult Świętego Wrocławia. Zrazu jest to kult lokalny, ale od pewnego momentu uwielbienie wychodzi poza rogatki miasta i staje się kultem ogólnopolskim. Zewsząd przybywają pielgrzymi jak na Jasną Górę. Wielu chce, żeby Święty Wrocław ich pochłonął. Władze miasta zostają zmuszone do otoczenia osiedla kordonem
policyjnym.
Narracja jest rozwijana z punktu widzenia tajemniczego kronikarza, który chce potomnym przekazać miejską legendę; niejako opracowuje ją na naszych oczach. Zbiera tylko poszlaki, dysponuje rozproszonymi świadectwami. Zarówno on, jak i czytelnicy powieści Orbitowskiego nigdy się nie dowiedzą, co zaszło na osiedlu. Może to quasi-religijna histeria, może zbiorowa halucynacja, a może działanie sił nadprzyrodzonych?
Odwlekanie w nieskończoność rozwiązania zagadki, podtrzymywanie czytelniczej niepewności i dezorientacji to także sprawdzone chwyty współczesnej powieści grozy. Klasyka klasyki.
Wydobywam konwencjonalność powieści Orbitowskiego bynajmniej nie po to, żeby czynić pisarzowi wymówki. Wręcz przeciwnie - krakowski prozaik od lat uprawia z powodzeniem pisarstwo rozrywkowe i ma świadomość rzemiosła. Po prostu wie, jak to się robi. Jako rzemieślnik jest naprawdę niezły.
Wróćmy do fabuły "Świętego Wrocławia", a właściwie do personelu utworu, ponieważ tutaj skrywa się to, co przesądza o odrębności horrorów Orbitowskiego. Autor ten chętnie wybiera na bohaterów swoich opowieści osoby niedorosłe lub znajdujące się na progu dojrzałości. We wcześniejszej powieści ("Tracę ciepło", 2007) mieliśmy do czynienia z piętnastolatkami, w utworze najnowszym głównymi bohaterami są maturzystka Małgosia i jej o kilka lat starszy chłopak Michał. Owa skłonność pisarza rodzi pewne konsekwencje.
Orbitowski - zapewne świadomie - rezygnuje zarówno z warstwy problemowej powieści, jak i z czegoś, co zwykliśmy nazywać drugim dnem. W jakiejś mierze w wyborze bohaterów (wespół z ich dylematami, sposobami przeżywania świata) można rozpoznać adres czytelniczy.
W powieściach autora "Horror show" do głosu dochodzi czysta zdarzeniowość, przygoda goni przygodę, ale też - mówmy sobie prawdę - jedna bzdura walczy o lepsze z drugą bzdurą. Chcę przez to powiedzieć, że "Święty Wrocław" jest idealną propozycją dla czytelników raczej niewymagających, dla tych, którzy cenią sobie prostą literacką rozrywkę. Bez intelektualnych lub moralnych zobowiązań. Orbitowski - co w naszej prozie rzadko się zdarza i co należy docenić - potrafi odpowiedzieć na tak rozumiane potrzeby. Z wyczuciem i biegle.