Michael, bohater "Lektora", uczeń liceum w odbudowujących się powojennych Niemczech, ma kochankę. Wymyka się do niej z domu, oszukując rodziców. Hanna jest starsza od niego o 20 lat. Poznali się przypadkowo, zaprosiła go do siebie. Mieszka samotnie. Pracuje jako konduktorka. Dobrze wygląda w konduktorskim mundurze. Jest piękna, prymitywna, czasem nieoczekiwanie władcza, okrutna. Ale to ona nauczy chłopca miłości. Nikogo później nie będzie tak kochał. Choć do końca nie wie, czy ona kochała go, czy tylko "używała".
Hanna ma szczególny zwyczaj: każe sobie w łóżku czytać na głos książki. Zaczynają od niemieckich romantyków. Hanna płacze nad tragedią bohaterów, jest w tym bardzo ludzka. Michael spędza z nią coraz więcej czasu. Niemal zrywa ze swoją rodziną. Hanna jednak wkrótce zniknie z jego życia. Zobaczy ją dopiero jako student prawa, na sali sądowej. Dowie się, że była esesmanką, strażniczką w obozie koncentracyjnym. Brała udział w selekcji, jest oskarżona o spowodowanie śmierci 300 osób. Michael obserwuje ją podczas procesu. Kocha ją nadal, broniąc się przed tym - to jego dylemat. Wszystko, co nastąpi później, będzie próbą "nawrócenia" Hanny, obudzenia w niej świadomości, poczucia winy. Ale czy z takim poczuciem można dalej żyć?
Michael należy do niemieckiego pokolenia '68, które złamało zmowę milczenia na temat hitlerowskiej przeszłości społeczeństwa i oskarżyło pokolenie swoich rodziców o współodpowiedzialność za zbrodnię. Jednak jego doświadczenie jest odmienne - na tym właśnie polegała rewelacyjność powieści Bernharda Schlinka, która jest nie tyle historią "z życia wziętą", ile przypowieścią. Gestem przekory wobec pokolenia młodych Niemców rozliczających swoich rodziców.
Sytuacja Michaela jest paradoksalna: odwraca się od rodziców, którzy byli antyfaszystami, i zakochuje w esesmańskiej zbrodniarce, nie wiedząc, kim była. "Ja ją nie tylko kochałem. Ja ją wybrałem. Próbowałem sobie wytłumaczyć, że wybierając Hannę, nie wiedziałem nic o tym, co zrobiła. Próbowałem to w siebie wmówić i wrócić do stanu niewinności...". Nie udało się. Musiał wziąć odpowiedzialność za miłość do tej prymitywnej analfabetki, która dopiero w więzieniu nauczyła się czytać. Z więziennej biblioteki (o tym akurat nie ma mowy w filmie) Hanna zamawiała książki Tadeusza Borowskiego, Primo Leviego. Czy zdołała je przeczytać? Czy dowiedziała się z nich, kim była i co robiła?
Przed sądem - zauważa autor książki - bardziej wstydziła się ujawnienia tego, że nie umie czytać (swoją drogą - jak jej się udało z tym przemknąć przez sita SS?), niż tego, że brała udział w zbrodni. Rozmiar tej zbrodni, jej powszechność i legalność sprawiały, że potworność nie docierała do sprawców, tak jak nie docierała do świadków. Jedni i drudzy - pisze Schlink - byli jak znieczuleni. Potworność dociera dopiero do nas, dzięki filmom i przekazom literackim. Nie zapomnę obrazu z książki Stanisława Grzesiuka "Pięć lat kacetu": więzień spokojnie zjada zdobytą porcję chleba, siedząc na zamarzniętym trupie innego więźnia.
Czytaliśmy o tym wszystkim w szkole - my, Polacy, i nasi rówieśnicy
Niemcy. Ale była to wiedza abstrakcyjna. I sprawcy, i ofiary znajdowały się jakby poza nami. My, jako naród, byliśmy po dobrej stronie. Niesamowitość powieści Schlinka, skonstruowanej na zasadzie popularnego romansu, polega na tym, że niemiecki dylemat staje się dla nas odczuwalny. Michael chciał zrozumieć Hannę i zarazem potępić ją. Nie wyszło mu ani jedno, ani drugie. Nie mógł tylko przestać jej kochać, bo zostało mu to wdrukowane we wczesnej młodości - esesmanka była jego pierwszą kobietą. Przeniósł na nią - starszą od siebie - uczucia, jakimi darzył matkę.
Młodzi Niemcy, którzy w latach 60. zaczęli oskarżać własnych rodziców, byli uwikłani w ich winę, współodpowiedzialni przez miłość. Nie chcieli tego uznać - mówi Schlink - wypierali ten związek. Przed nim być może nikt tego tak wyraźnie nie powiedział. Bohater Schlinka, zdając sobie sprawę z całego zła, nie umie wytykać palcem winnych. Bo "jak można odczuwać winę i wstyd, a jednocześnie wynosić się bezkrytycznie nad innych?". Jesteśmy współodpowiedzialni za zło poprzedniego pokolenia, bo łączą nas z nim rodzinne więzy, które przemilczamy.
Oto sedno dramatu "Lektora" - i powód, dla którego ta powieść przed kilkunastu laty poruszyła Niemcy. Film twórców "Godzin", Stephena Daldry'ego i scenarzysty Davida Hare'a, jest dosłowną adaptacją książki. Fabuła została przeniesiona na ekran niemal kartka po kartce. Tyle tylko że niemiecki problem rozliczenia się pokolenia "dzieci Hitlera" z przeszłością rodziców film ubrał w ciała - piękne amerykańskie ciała mówiące po angielsku, co pozwala tym łatwiej się utożsamić z Kate Winslet i fenomenalnym młodym Michaelem - Davidem Krossem, sprawiającym wrażenie naturszczyka (Ralph Fiennes jako dorosły Michael schodzi właściwie na drugi plan). Nawet gdy znamy fabułę, historia nie traci na sugestywności i działa podstawowy chwyt, na jakim została oparta: Michael, poznając Hannę, nie wie, kim była. My też jakbyśmy nie chcieli tego wiedzieć.
Mamy do czynienia z klasycznym melodramatem - historią złej miłości, od której nie ma ucieczki. Kino wymusza współczucie do bohaterki. Sprawia to widok jej ciała. Obraz miłości działa zawsze hipnotyzująco - wie o tym każdy kinoman. Po to w końcu chodzimy do kina, żeby przeżywać cudze życie i żeby cudze życie stawało się naszym. Ale czy ma to dotyczyć także życia esesmanki? Z całą jej prostotą, ograniczeniem, a zarazem zniewalającym urokiem, ze splotem zła i dobra, z nierozpoznaną tajemnicą osobowości, którą sugeruje Kate Winslet? Gra człowieka, który nie zna samego siebie.
"Lektor" Daldry'ego jest prowokacją. Każe nam - lub inaczej: pozwala - przejąć się postacią oprawcy i asystować w obronie resztek jego człowieczeństwa. Czy stoi za tym moralny relatywizm, czy przeciwnie - potrzeba chrześcijańskiego sumienia? Idea filmu zawiera się już w samej koncepcji roli Hanny, która w pierwszej części, kiedy nie wiemy jeszcze, kim była w czasie wojny, i w drugiej części, gdy już niesie na sobie piętno SS, gra jedną i tę samą osobę. W zachowaniu kochanki Michaela można rozpoznać ślady obozowej przeszłości, kiedy była władczynią życia i śmierci. Z kolei postać Hanny postarzałej, już osądzonej, nie ma w sobie nic złowrogiego. Przeciwnie, przypomina pacjentkę trawioną przez śmiertelną chorobę.
Kilkakrotnie w filmie następuje znamienne zatarcie granic - niczym ostrzeżenie przed łatwym osądem. Kiedy oczami Michaela patrzymy na salę sądową podczas procesu esesmańskich strażniczek, nie wiemy, które z kobiet są oskarżone, a które były więźniarkami - wyglądają tak samo. Jeszcze w innym momencie film Daldry'ego dramatycznie łamie barierę solidarności. Jest to niema, wstrząsająca sekwencja: Michael jedzie do obozu odwiedzić miejsce, w których niegdyś "pracowała" Hanna. Dotyka drutów, w których nie ma już elektryczności, ogląda prycze, mija stosy butów, wchodzi do krematorium. Film narzuca niesamowity punkt widzenia. Michael pojechał do obozu, żeby zobaczyć ogrom winy Hanny i wyleczyć się z miłości do niej, ale to nie pomogło - znalazł w obozie nią samą.
Dlaczego w swoim podziwie dla tego filmu będę w Polsce raczej osamotniony? Od znanego intelektualisty z pokolenia '68 zajmującego się spadkiem po "epoce pieców" usłyszałem tuż po wyjściu z kina kilka inwektyw pod adresem Daldry'ego: "sentymentalny kicz", "melodramat", "zbezczeszczenie świętego tematu". Ktoś inny pytał: "Mam się wzruszać losem oprawców?". Zostanę przy swoim. Jestem pod wielkim wrażeniem filmowego "Lektora" i nie uważam melodramatu za gatunek godny lekceważenia.
Niepokoi mnie co innego: żyjemy w kraju, który nie umie osądzać swoich własnych zbrodni, a zarazem nie poczuwa się do związku ze zbrodniarzami, którzy byli jednymi z nas. "Lektor" dlatego wprawia polskiego widza w zakłopotanie, że nie ma odpowiednika w naszej literaturze ani filmie. Jedyny znany mi scenariusz próbujący ukazać polską "zbrodnię w rodzinie", tragiczny splot poczucia winy i rodzinnej miłości to "Kadisz" Pasikowskiego, dotyczący pogromu Żydów - ale przed filmem tym położono szlaban.
Mielibyśmy prawo osądzać z wysoka "Lektora", gdybyśmy sami mieli film lub książkę o tym, że - dajmy na to - prokurator stalinowski to nasz rodzony ojciec, że wśród tych, co przyglądali się płonącej stodole z Żydami, była nasza własna matka, że esbekiem był ktoś nam najbliższy. Film "Rysa" był krokiem w tę stronę. Może Stefan Chwin miałby odwagę napisać polskiego "Lektora"? Nasza historia, kultura, mentalność każą nam widzieć się zawsze, jako zbiorowość, po stronie ofiar. Sądzimy historię z pozycji niewinnych - winni są zawsze obcy. Dlatego "Lektor" w Polsce nabiera prowokacyjnego sensu.