Marek Edelman to instytucja. Instytucja jednoosobowa, założona przez niego samego i przez niego utrzymywana przy życiu. Reprezentuje tylko siebie, ale za nim tłoczy się nieobjęta pustka po tych, którzy wojny nie przeżyli. To ona zdaje się wypychać go do przodu, by mówił, nie zapominał, nie dał innym zapomnieć.
Tę książkę Marek Edelman opowiedział Pauli Sawickiej, która ją spisała i opracowała, doskonale zachowała styl i głębię jego wypowiedzi. Edelman chce nam opowiedzieć w tej książce, że miłość też jest losem ludzi, nawet w obliczu czy w cieniu śmierci. Miłość może być duchowym wybawieniem, obroną przeciw upokorzeniu, przeciw strachom czy zobojętnieniu. Miłość nie była jedynym uczuciem obecnym w getcie, może nawet nie tym, które dominowało. Ale z pewnością najrzadziej o niej pisano. Edelman chce rozszerzyć nasze pojęcie o tym, czym było życie w getcie.
Ci ludzie byli nie tylko ofiarami. To były osoby z krwi i kości, które nie tylko umierały, ale także kochały.
Miłość, którą Edelman opisuje, ma różne oblicza. Jest to miłość rodzicielska, miłość erotyczna, miłość przyjacielska. To córka, która nie zostawia matki, gdy ta idzie z wywózką, i matka, która oddaje numerek życia córce. To chłopak, który osłania przed kulami swoją ciężarną dziewczynę, i pielęgniarka, która idzie z dziećmi - swoimi młodymi pacjentami do gazu. To także powstaniec wypychający swą ukochaną na aryjską stronę po to, by uratować ją od pewnej śmierci. Są to historie oddania i poświęcenia, historie ludzkiej solidarności i braterstwa, któremu zazwyczaj nie stawia się pomników.
Edelman stawia tym ludziom pomnik. Kruchy to pomnik, bo z papieru, postawiony osobom zapisanym w jego życzliwej pamięci. Nie tylko zresztą tym, którzy kochali. Wydaje się, że Edelman chce zapisać jeszcze to, o czym dotychczas nie wspominał, tych, których być może kiedyś już opisał, ale nie utrwalając jakiegoś gestu czy wydarzenia z nimi związanego. W tym wysiłku uchwycenia ginących cieni ludzi dawno już nieżyjących Edelman przypomina Czesława Miłosza i jego "Alfabety". Miłosz często zapisywał coś na kształt lamentu nad upływem czasu i zacieraniu się konturów życia osób z przeszłości. I wierzył, że jego pióro - pióro polskiego poety - uratuje tych zmarłych od zapomnienia. Pamięć Edelmana jest inna, jednozdaniowa, eliptyczna, i bardziej tragiczna. Miłosz także czasami wspomina zabitych, jak np. swojego przyjaciela Teodora Bunickiego, ale śmierć jego zmarłych przeważnie nie była masowa. Miłosz opisuje ich życie, żeby śmierć nie zabrała temu życiu znaczenia. Edelman natomiast musi powtarzać, że jego zmarli mieli życie, bo my znamy tylko ich śmierć. Oni żyli, mówi Edelman, żyli pełnią życia, kochali swoich bliskich i byli kochani. Miłość jest losem ludzi, nie tylko śmierć.
Książka Edelmana przypomina mi więc wspomnienia Miłosza, choć Miłosz pisał je stylem kogoś, kto ma dużo czasu, a Edelman się spieszy. Dlatego lepszym porównaniem byłyby chyba wiersze Tadeusza Różewicza, szczególnie te, które dotyczyły wojny. W jego słynnym wierszu "W środku życia" jest pełno zdań deklaratywnych:
To jest człowiek
to jest drzewo
to jest chleb.
Ten wiersz jest lekcją człowieczeństwa odkrywanego na nowo po kataklizmie, lekcją odnajdowania wartości życia ludzkiego, wartości uczuć. Książka Edelmana jest też okrywaniem na nowo - nie dla siebie, a dla nas - wartości i godności poszczególnego życia ludzi, ujednoliconych przez śmierć. To archeologia, odtwarzanie ulic, po których chodzili, szpitala, w którym się ratowali. I ich samych, ich uczuć, urody, snów. Są to migawki, bo tyle zostało w pamięci jednego człowieka, ale te migawki oświetlają noc, wydobywają z ciemności tych, których śmierć skazała na zapomnienie. Niedoczekanie twoje, nie dam ci zwyciężyć - zdaje się mówić Edelman.
I była miłość w getcie
Marek Edelman
Swiat książki, Warszawa