Stadion X: miejsce, którego nie było
redakcja Joanna Warsza
Fundacja Bęc Zmiana, korporacja Ha!art, Warszawa - Kraków
„Pierwsze rośliny, w skali dostrzegalnej z samolotu, zaobserwował on w pierwszych latach XXI wieku. Były to tylko pojedyncze krzewy i gdzieniegdzie niewielkie skupiska roślin zielonych. Działo się tak do 2007 roku, kiedy to doszło do »eksplozji « roślinności na trybunach. Wyraźnie wzrosło zwarcie pokrywy roślinnej. Drzewa i krzewy stworzyły duże płaty gęstych zarośli, pokrywające całe sektory, dobrze widoczne z pokładu samolotu. W dwóch sektorach położonych na lewo od trybuny dla VIP-ów, w części Stadionu sąsiadującej z zadrzewieniami nadwiślańskich łęgów, na trybunach, uwidocznił się nawet zwarty zagajnik”.
Czy to opis jakiejś obcej planety? Właściwie tak, tylko że tej planety już nie ma. Album o Stadionie Dziesięciolecia jest jak sygnał świetlny z nieistniejącego obiektu w kosmosie. Stadion, jedno z najciekawszych dzieł architektury okresu PRL zbudowany w 1955 r. według projektu Jerzego Hryniewieckiego, Zbigniewa Ihnatowicza, Jerzego Sołtana i Marka Leykama, właśnie obrócił się w gruzy. Wyrastają na nich teraz fundamenty pod następny stadion - Narodowy. 160 gatunków roślin, które tam znalazł przyrodnik i fotograf Marek Ostrowski, też zostało wykarczowanych. Czy zginęły? Tego nie byłabym taka pewna. Nasiona szarłatu szorstkiego, żółtlicy drobnokwiatowej i żółtnicy owłosionej, sałaty kompasowej, komosy wzniesionej, lnicy małej, wiechliny wąskolistnej i stokłosy dachowej, teraz na pewno krążą nad Warszawą, poszukując dogodnego obiektu do lądowania.
Album jest przewodnikiem po miejscu, którego nie ma. Ma przez to wymiar fantastyki i pewnego absurdu. Ale jest w nim i masę konkretów. To po pierwsze rzut oka na historię tej budowli i zarazem powojennej Polski. Stadion jest jej częścią. Otwarty w czasie przełomowego Festiwalu Młodzieży w 1955 r., widział samospalenie Ryszarda Siwca w 1968 r. i mszę
Jana Pawła II w 1983. Przez ostatnie kilka miesięcy budowla rozrywana przez koparki i maszyny do wbijania pali ukazywała swoje wnętrzności. Wiosną 2008 r. widziałam tam powyrywane spod trybun dziwne sztuczne kamienie - zlepki. Składały się z fragmentów cegieł, żelastwa, starych dachówek. Trybuny postawiono na nasypach z warszawskich ruin zwożonych tutaj tuż po wojnie w czasie odgruzowywania Warszawy. Spod warstwy ziemi i betonu wyjrzała przez moment Atlantyda.
Obok pewnej melancholii książka jest także wyrazem bardzo konkretnego uczucia - straty po wciąż niszczonym estetycznym dziedzictwie PRL-u. Zaczęło się to po 1989 r. Najpierw tracono zabytki tego okresu z głupoty i nieświadomości, dzisiaj robi się to ze pełną świadomością, ile są warte, ale też ile można zarobić na tym samym gruncie. Tak zginęły ostatnio Supersam i perełka nowoczesnej architektury - Pawilon Chemii na Brackiej w Warszawie.
Drugi nurt książki to spojrzenie na Stadion jako zjawisko społeczne. Można się z niej dowiedzieć wielu fascynujących rzeczy, np. jak bardzo złożona była społeczność tworząca słynny Jarmark Europa. Ci ludzie - handlarze z Wietnamu i z Rosji, stereotypowo postrzegani byli jako gorsi, bo przybyli ze Wschodu. Słyszeliśmy o nich, kiedy
policja zamykała im stoiska albo odsyłała ich do domu. Tymczasem jak pisze redaktorka książki Joanna Warsza, ci, którzy w początku lat 90. zagościli na Stadionie, to była głównie wietnamska inteligencja. Przeczytajcie błyskotliwy tekst wykształconego w Polsce Ngo Van Tunga, który opisuje własną drogę: ze Szczecina, gdzie studiował budownictwo okrętowe, na Stadion, gdzie prowadził budkę z wyrobami ze skaju. "Handel na bazarach w Oświęcimiu, Tarnowie czy Nowym Targu to była czysta przyjemność, w gronie samych magistrów, doktorów i inżynierów" - pisze Ngo Van Tung. Pisze też, że kiedy zorientował się, że biznes nie jest raczej jego powołaniem, założył w Warszawie opozycyjną wobec polityki w Wietnamie gazetę i został dziennikarzem, dzisiaj jest dysydentem, od lat nie dostaje wizy do swojego kraju.
Ta książka to wreszcie retrospektywa działań, jakie w latach 2006-08 prowadziła na Stadionie Joanna Warsza wraz z Fundacją Laury Palmer. Były to działania bardzo różne, angażujące artystów, aktywistów, ludzi ze Stadionu, jak np. świetnie przyjęta akcja Massimo Furlana "Boniek!", w której szwajcarski artysta jednoosobowo odegrał mecz Polska -
Belgia z 1982 r. Szczególnie ważne były akcje o charakterze partycypacyjnym, w które była zaangażowana społeczność wietnamska, jak "Podróż do Azji - spacer akustyczny po sektorze wietnamskim Stadionu Dziesięciolecia" z 2006 r. albo "Radio Stadion nadaje" z 2008 r. Można było spotkać ludzi pracujących na Stadionie, posłuchać ich języka, rozmawiać. Choć nie ma już Stadionu, to problem, jaki poruszały akcje, istnieje nadal. Sumuje się on w pytaniu, jak traktujemy naszych współczesnych "obcych", jak o nich myślimy i czy myślimy w ogóle. Używając tonu wzniosłego, który jest chyba odpowiedni przy tematyce olimpijskiej, można powiedzieć, że idee, jakie zasiały akcje Joanny Warszy na Stadionie Dziesięciolecia, niczym nasiona trzcinnika piaskowego będą krążyć nad Warszawą, a może i dalej.