Małgorzata I. Niemczyńska: To prawda, że mówi pan po polsku?
James Hopkin: Nie. Pamiętam kilka zwrotów, resztę zapomniałem, odkąd mieszkam w Berlinie.
Jak to było, gdy odwiedził pan Kraków po raz pierwszy?
- Miałem podobne wrażenia jak mój bohater Joseph. Była zima, święta, a ja krążyłem po mieście i nie mogłem się nadziwić. 20 minut piechotą od centrum panowała całkowita cisza. Ale to było dziesięć lat temu, teraz już wszędzie jest pełno turystów. Nawet kawiarnia Moliere, w której teraz rozmawiamy, wyglądała zupełnie inaczej.
Chciał pan uchwycić moment zmian w Polsce, ale pisze pan: "Tutaj wszyscy są tak katoliccy, że musisz odwiedzić prostytutkę trzy razy, zanim będziesz się mógł z nią przespać".
- To dowcip, który usłyszałem w Krakowie. Po polskiej premierze książki padły zarzuty, że są w niej same stereotypy, że przedstawiłem Polskę zacofaną i konserwatywną. A moja książka jest o tym, jak ogromnie Kraków się zmienił. Dziesięć lat temu był znacznie bardziej staromodny.
Ludziom się wydaje, że skoro napisałem o Polsce, to powinienem mieć jakieś zdanie o polskich pracownikach w Londynie. A ja nie mam o tym pojęcia, nawet nie mieszkam w Anglii.
"Zatopiona zima" opowiada o tym, jak być obywatelem świata?
- Jak najbardziej. W jednym z listów Marta pisze do Josepha, że być Europejczykiem oznacza, że ma się swój drugi dom, ale nie ma pierwszego. Wszystko, co najważniejsze w tej książce, jest w relacji pomiędzy nimi dwojgiem. Właśnie dlatego każdy rozdział ma dwie części. Fragmenty poświęcone Josephowi są rozfalowane, pełne impresji - pokazują doznania Brytyjczyka w obcej rzeczywistości. Marta jest bardziej racjonalna. Angielszczyzna, którą pisze listy, jest poprawna, ale nieco sztuczna, czego nie dało się oddać w tłumaczeniu. Chciałem pokazać, że nie posługuje się swoim językiem, że też mierzy się z obcością.
Pewien nieznajomy mówi Josephowi, że od razu go rozpoznał jako kogoś nie stąd. Porównuje go do kameleona, który zapomniał, jak się zmienia barwy. Ale można mieszkać w pozornie obcym kraju i czuć się jak u siebie. To sposób na życie, do którego aspiruję. Mieszkałem już w kilku miejscach w Europie.
Przytacza pan w książce słowa Miłosza o tym, że różnica pomiędzy intelektualistą wschodnio- a zachodnioeuropejskim jest taka, że ten pierwszy nigdy nie dostał porządnego kopa w tyłek.
- Bo się z tym zgadzam. Bardzo cenię to, co Miłosz napisał w "Zniewolonym umyśle". Jako poeta znacznie bardziej trafia do mnie Herbert.
To dlatego Miłosza nie zamieścił pan na swojej liście dziesięciu polskich książek, które Brytyjczycy powinni przeczytać?
- Cóż, musiałem się ograniczyć do pozycji, które można zdobyć po angielsku. Chodziło o to, aby czytelnik "The Guardian" wiedział, po co pójść do księgarni. Nobliści są już na Wyspach znani. Wolałem raczej polecić Stasiuka, Tokarczuk czy Konwickiego.
Mottem "Zatopionej zimy" zrobił pan cytat z Juliusza Słowackiego.
- Po prostu pasowały mi słowa: "Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu/Gniazdo na skałach orła".
Źródło: Gazeta Wyborcza