Zatopiona zima
James Hopkin
przeł. Dagmara Waszkiewicz, Paweł Waszkiewicz
Znak, Kraków
Historia stara jak świat: zamężna Polka spotyka na stypendium naukowym mężczyznę swojego życia. Cudzoziemiec zakochuje się i jedzie za nią do dziwnego kraju, gdzie ludzie myją się szarym płatkiem mydła, a kobiety są szczupłe i wyprostowane - do Polski. Historia stara jak świat: kiedy wirtualna miłość z listów i marzeń zderza się z rzeczywistością, zostają z niej szczątki - niezręczności, znaczące spojrzenia. Bez uwodzącego kontekstu wakacji w obcym kraju zaklęcie jest zbyt słabe, by zmienić cudze życie. W "Zatopionej zimie" James Hopkin pokazuje nam początek i koniec tej miłości
Prosta historia i od początku wiadomo, jak się skończy. Co z tego? To nie kryminał, raczej zbiór sugestywnych obrazów, miłosnych listów, prawd i półprawd, jakie próbują sobie sprzedać bohaterowie Marta i Joseph. Ale dla nas najciekawsza jest perspektywa typu - współczesna Polska oczami cudzoziemca, emigranta. Wrażenie brudu i biedy wzmaga szara zima, błotniste odwilże, kolejne, coraz bardziej spartańskie
mieszkania bohatera.
Chcielibyśmy kogoś w tej powieści polubić, ale przecież nie Josepha Eadema - niedojrzałego, irytującego niespełnionego artystę ("jechał przed siebie, przeliczał mile na papierosy"), który wciąż się łudzi i jest tak beznadziejnie naiwny. Masochistycznie zajęty swoim wielkim żalem i samotnością.
Przecież nie Martę, która pisze pretensjonalne listy i gra odważną, bezkompromisową intelektualistę, a jest bohaterką słabą, zwodzącą, tchórzliwą. Drażni nas jej dobre o sobie mniemanie i wyłażąca na wierzch megalomania.
Można za to polubić Polskę Hopkina: mroczną i fascynującą zarazem, nieobliczalną i smutno-piękną. Gdzie na równych prawach funkcjonują snobistyczne lokale, globalne sieciówki i bary mleczne. Skansen i europejska nowoczesność, żeliwna woda i kosztowne
perfumy.
Do grzeszków tej książki trzeba dołączyć grzech ciężki - monotonii: facet chodzi po błocie, obserwuje krakowskie kamienice i użala się nad umierającą miłością. Czemu, u licha, mielibyśmy o tym czytać? No dobrze, istnieje argument za, coś, co sprawia nam przyjemność - wyobraźnia i uwaga autora. Połączenie tych cech owocuje zaskakująco pięknymi porównaniami, metaforami, niespodziankami, które Hopkin poukrywał w języku powieści.
Jest też kilka sugestywnych obrazów, mocnych scen - jak ta, kiedy małżeństwo zaprasza kochanka na
obiad i wszyscy obchodzą się na palcach, niepewni, winni i przestraszeni: "Jej mąż stoi z tyłu, miesza coś w garnku na kuchence, bardzo powoli, jakby zwijał naprężoną nić". Gorzej, gdy czytamy zdanie typu: "To zapewne bezsenność każe mi przelewać moją duszę na papier". Oby Hopkin miał dobry sen. Niech mu się przyśni, że nie jest prozaikiem, tylko zupełnie niezłym poetą.