Donata Subbotko: Mija 20 lat wolnej Polski. Jak pan widzi ich bilans? Wojciech Mann: Stanęliśmy na wysokości zadania. Mimo pułapek, zakrętów i paskudnej kampanii usmarowywania ludzi dawną współpracą czy jej brakiem. Denerwuje mnie cała masa politycznych lawirantów - tego kłamstwa, picowania o miłości do ojczyzny, a potem okradania tej samej ojczyzny z 20 zł diety. Ale uważam, że nie zmarnowaliśmy tego czasu.
Autorskie audycje ma pan tylko w TVP Kultura i radiowej "Trójce". To właściwie kulturalne getta, takie rezerwaty Indian. Czuje się pan jak Geronimo? - Nie myślę w tych kategoriach. Mam taką budowę, że nie pasują mi pióra wetknięte w jakiekolwiek miejsca ciała. W TVP Kultura pracuje mi się przyjemnie, nie odczuwam tam presji bawienia za wszelką cenę, co jest modne w dużych stacjach. Czy jestem ostatnim Mohikaninem? Nie. Grupa walcząca o inną twarz rozrywki nie sprowadza się do dwóch, trzech osób, ale do dużej grupy widzów, którzy nie dostają tego, co lubią, więc są zagubieni. Bo jednak TVP Kultura to nie jest program, który każdy ma w telewizorze, tylko dociera on drogą kablową czy cyfrową. Byłoby przyjemniej, gdyby to się rozprzestrzeniło bardziej.
Od 30 lat jest pan wierny TVP, ale jest w niej dość rzadkim gościem. - Odrzuciłem parę ofert. Jeśli w propozycji kryje się tylko oczekiwanie, że będę zabawnym, przebranym za indyka klaunem, to ja nie chcę. Lubię poczucie humoru, ale kierunek, w jakim poszła telewizyjna rozrywka, nie jest mój.
Żyję w poczuciu schizofrenii, bo
telewizja publiczna nie wykorzystuje mojej osoby w zbyt dużym stopniu, a z drugiej strony ciągle słyszę od różnych dyrektorów, że traktują mnie jako "twarz telewizji" i w kolejnych firmowych kalendarzach występuję na fotografii jako ulubieniec tej stacji. Ale już przywykłem, że tu nie można oczekiwać logiki, tym bardziej że za mojego pobytu na antenie prezesi TVP zmienili się ze 148 razy. Jestem chodzącą historią prezesów.
Zaczynał pan za Macieja Szczepańskiego. - Za "Krwawego Maćka", od programu o nowościach książkowych dla młodzieży, który prowadziłem z Tadeuszem Fredro-Bonieckim. Miałem już wtedy audycje w
radiu, ale byłem też molem książkowym. Napisałem nawet pracę magisterską o amerykańskiej literaturze science fiction. Pamiętam, że jednym z pierwszych programów, jaki prowadziłem, był też jednorazowy konkurs imitatorów dźwięku. Wygrał, o ile pamiętam, mężczyzna, który udawał toaletę w jadącym pociągu.
Razem z Grzegorzem Wasowskim prowadzi pan "Archiwizję" w TVP Kultura. Co pan myśli, kiedy przegląda po latach telewizyjne archiwa? - Tak jak cały świat poszliśmy w kierunku dyskotekowo-klipowo-szybkim. Kiedyś czołówka do programu trwała trzy minuty. To prawie tyle, ile teraz cały program, więc można się wkurzyć, ale z drugiej strony te stare rzeczy trzymają poziom. Ostatnio powtarzaliśmy programy Jerzego Gruzy i Jacka Fedorowicza "Runda". Przy wszystkich mankamentach czuje się tam fantastyczną, spontaniczną atmosferę. Teraz prowadzący są "czarujący", a koncepcja programu tragiczna, bo na jedną zapowiedź musi być 60 dowcipów, z czego 59 zwykle potwornych.
Widzi pan teraz w telewizji coś, co będzie można za 30 lat z sentymentem wyciągnąć i pokazać? - Cenię profesjonalizm realizacji niektórych bardzo dobrych czy dobrych seriali, np. "Rancza". Bo jest dużo śmiecia, gdzie do złych scenariuszy wygłupiają się marni aktorzy. W polskiej rozrywce podoba mi się "Mam talent", chociaż był zrobiony według formatu - co jest moim zdaniem przekleństwem. Jedna Niania udaje drugą Nianię, która zaczęła się jako inna Niania. Oryginalnych polskich programów prawie w ogóle już nie ma. No, do wyjątków należy archaiczna "Szansa na sukces", którą prowadzę. Poza tym dużo rzeczy oglądam na DVD. Lubię angielskie serie komediowe - "Biuro", "Statyści", "Black Books"
Wygląda na to, że PO raczej nie zbuduje polskiego BBC, a szkoda, bo produkty z humorem angielskim już mamy. "Za chwilę dalszy ciąg programu", który tworzył pan m.in. z Krzysztofem Materną, właśnie wyszedł na DVD. W przypadku programów TV to rzadkość. - Ten program to już historia. Robiliśmy go w amatorskich warunkach. Marzy mi się, żeby zrobić kiedyś program w warunkach, jakie mają gwiazdy na Zachodzie.
Jest dziś w telewizji miejsce na twórczość autorską? - To zależy od łańcuszka ludzi, którzy podejmują decyzje. Ja np. na pytanie, dlaczego nie ma zainteresowania programem o profilu muzycznym, dowiedziałem się, że "nasz dyrektor to się nie interesuje muzyką". To jeśli dyrektora nie interesuje
muzyka, to jak ja mam uważać, że on się interesuje publicznością?
No właśnie. Dyskotekowa dominacja w najbardziej oglądanym programie informacyjnym "Teleexpressie", w eliminacjach do Eurowizji, tzw. hity na czasie w "Dwójce". Mamy taki kiepski gust czy tylko tak nam wmawiają? - Masowy gust musi być bardziej kiepski niż ten wyrafinowany, ale z drugiej strony kiedyś, gdy trendy dyktowały radiowa "Trójka" czy "Dwójka", ludzie byli tak wyedukowani muzycznie, że przeciętnego Anglika zapędziliby w kozi róg. Młode pokolenie ma inny gust, ale to sprzężenie zwrotne.
Lepsze rzeczy są spychane do kanału tematycznego, dla promila widzów, poza tym telewizja publiczna nie robi nic. Jedyne miejsce, gdzie można czasem usłyszeć kawałek dobrej muzyki, choć nie w wersji oryginalnej, to program "Jaka to melodia". Ja miałem pomysł na rozmowy z ważnymi ludźmi nie tylko kultury, ale także z politykami, sportowcami - o ich ulubionej muzyce. Chętnie bym do tego pomysłu wrócił, tylko trudno zgadnąć, który dyrektor lubi muzykę.