Ostatnio swoją sztukę zamieniał w otwarty dla publiczności efektowny spektakl, urządzając od 1980 r. tzw. Teatry Rysowania. Grał w tych spektaklach główną rolę - wielkiego artysty, maga i twórcy, kontynuatora podniosłych humanistycznych tradycji baroku i renesansu.
Był ostatnim albo jednym z ostatnich malarzy, którzy wierzyli jeszcze w głęboki sens tego teatru - on za sztalugami, przed nim pozująca naga modelka lub modelki. Takiego teatru i takiego artysty, który wierzyłby w powołanie artysty, w świętość i wyjątkowość jego każdego gestu, już nie ma - i pewnie nie będzie. Sam siebie tak rozumiał i taką miał w ostatnich latach wizję świata - jako upadającego estetycznie, z trudem przechowującego dawne, niszczone przez współczesność wartości.
Powtarzał, że świat, w którym się wychował, rozpadł się dla niego w czasie wojny, a ostatecznie pogrążył się w 1945 r. "Wzeszło martwe, szare słońce socjalizmu" - mówił w zakończeniu "Opowieści o końcu świata" - wspomnieniach o swoim życiu do 1945 r., które spisała 15 lat temu Krystyna Uniechowska.
Jednak trzeba odróżnić prawdziwego Franciszka Starowieyskiego od legendy, którą tworzył i która z pewnością była mu potrzebna jako powrót do krainy dzieciństwa i młodości, do tradycji polskiego ziemiaństwa i dawnego nazwiska Biberstein, którym się szczycił.
Urodził się w 1930 r., po wojnie zapisał się na studia artystyczne. Najpierw malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (jeszcze u Wojciecha Weissa), a potem w Warszawie.
Studia w Warszawie ukończył w 1955 r. i jeszcze w tym samym roku wystawił obraz "Starość" na Ogólnopolskiej Wystawie Młodej Plastyki zorganizowanej pod hasłem "Przeciw wojnie, przeciw faszyzmowi" w warszawskim Arsenale. Wystawa ta była symbolicznym końcem socrealizmu.
Jak wspominał, już w 1953 r. oddał legitymację ZMP. Po 1955 r. wziął udział - jak wielu artystów i artystek z jego pokolenia - w odwilżowym nurcie odnowy kultury i życia artystycznego. W 1956 r. namalował jeden ze swoich najsławniejszych plakatów w ogóle i jeden ze swoich rzadkich plakatów politycznych - gołąbka pokoju roniącego łzę. Był to hołd dla ofiar powstania węgierskiego.
W latach 60. zasłynął jako twórca znakomitych plakatów, głównie teatralnych i operowych. Obok Henryka Tomaszewskiego, Romana Cieślewicza, Waldemara Świerzego, Jana Lenicy został jednym z najbardziej znanych twórców plakatu, tworząc wraz z nimi znaną na świecie Szkołę Polskiego Plakatu.
Był twórcą, dzięki któremu zyskała ona cechy wybitnie malarskie. Jego plakaty są niezwykle charakterystyczne - pojawia się tam często wzięta jakby z Boscha albo Goi postać kobiety-ptaka, demonicznej, fantazyjnej, surrealistycznej.
Do jego najwybitniejszych prac należą plakaty do "Lulu" Albana Berga czy "Tańca Śmierci" Strindberga. W 1974 r. zdobył Grand Prix za plakat filmowy na festiwalu w Cannes.
Tworzył też scenografie, m.in. w 1994 r. do "Króla Ubu" Krzysztofa Pendereckiego w Teatrze Wielkim w Łodzi.
Jego pasją było też kolekcjonerstwo, był wybitnym znawcą sztuki użytkowej i dekoracyjnej.
W 1998 r. wywołał skandal. W budynku polskiego przedstawicielstwa w Brukseli wystawiono jego obraz przedstawiający byka, czyli Europę, porywającego kobietę o barokowych kształtach, czyli Polskę.
Źródło: Gazeta Wyborcza