http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Chcemy 40 milionów widzów w kinach

Rozmawiał Jacek Szczerba 
2009-02-23, ostatnia aktualizacja 2009-02-22 20:10

Rozmowa ze Sławomirem Salamonem, szefem firmy dystrybucyjnej Forum Film

Jacek Szczerba: Teraz jest w kinie czas sumowania roku ubiegłego: Złote Globy, Cezary, Oscary. A jaki jest najlepszy okres w roku z punktu widzenia dystrybutora filmowego? 

Sławomir Salamon: W Stanach najlepsze jest lato. Wielkie studia wypuszczają flagowe produkcje w okolicach Dnia Niepodległości - 4 lipca. Oni mają wtedy długi weekend. Ile taka firma jak Disney czy Warner może wypuścić latem dużych filmów? Góra trzy.

Wiadomo, że jak jednocześnie wejdą trzy duże filmy, to żaden z dystrybutorów na tym nie wygra. Widzowie w weekend mogą pójść do kina raz, może dwa. Dlatego konkurenci muszą się z premierami rozsunąć w czasie.

Jaki jest najlepszy okres dla dystrybucji w Polsce?

- Cały zeszły rok był dla kin bardzo dobry - przyszło ponad 34 mln widzów. Ale najlepszy był - jak co roku - pierwszy kwartał, gdy są ferie zimowe. W latach 90. najwięcej widzów przychodziło do kin we wrześniu, gdy dzieci wracały do szkół, ale nie miały jeszcze za dużo lekcji.

Teraz jest inaczej, we wrześniu trzeba wydać więcej na podręczniki. Poza tym ludzie są spłukani po wakacjach. Od kilku lat najlepszy dla kin jest luty. W walentynki wszyscy dystrybutorzy planują premiery swoich najlepszych filmów. Chociaż komedia "To nie tak jak myślisz, kotku", która weszła do kin w listopadzie, też miała dobry wynik - ponad 800 tys. 

Z czego wynika ten sukces?

- Z tego, że "Kotek" miał dobrą kampanię reklamową i nie miał konkurencji. Poza tym jest zabawny.

W Ameryce dużo ważnych filmów pojawia się w grudniu - ludzie mają tam nawyk chodzenia do kina w Boże Narodzenie, poza tym blisko jest do głosowań oscarowych, a nic tak nie zapada w pamięć głosujących jak nowości. W Polsce w grudniu nie ma wielu premier.

- Dlatego zaskakujący okazał się czwarty kwartał 2008 r. - do kin przyszło ponad 9 mln ludzi. Bardzo dobry był i listopad i grudzień. Weszło wtedy "Świadectwo", nowy "Bond" i animowany "Piorun". 

Jak pojawienie się multipleksów zmieniło dystrybucję filmów w Polsce?

- Multipleksy zabiły kina jednosalowe. Gdy istniały kina jednosalowe, na ekrany mogło wejść 150 tytułów rocznie. W zeszłym roku weszło ich 280. W erze multipleksów możliwe jest, że w tym samym tygodniu równocześnie sprzedają się dobrze trzy filmy. W kinach jednosalowych, gdy dobrze szedł jeden film, pozostałe padały.

Dobry film w multipleksie może być grany przez 12 tygodni. Decydujące jest pierwsze pięć tygodni, nawet jeśli film długo nie traci publiczności, czyli ma tzw. długie nogi. Jeśli nie zdobędziesz 200 tys. widzów na otwarciu - czyli w pierwszy weekend wyświetlania - to film na pewno nie będzie miał w Polsce miliona widzów.

Jednak z typowaniem hitów jest problem. Jak powiedział któryś z branżowych potentatów w Ameryce - w tym roku osiągnęliśmy taki a taki wynik, wybraliśmy do produkcji takie a takie filmy, odrzucając inne, ale gdybyśmy wybrali te odrzucone, to wynik pewnie byłby zbliżony. Dlaczego? Bo statystyka działa. Jeśli ludzie mają czas, to pójdą do kina bez względu na to, czy repertuar jest akurat bardziej, czy mniej ciekawy.

Na szczęście w multipleksach, w których granych jest równocześnie wiele tytułów, zawsze znajdzie się coś interesującego. Chodzi też o to, żeby były propozycje dla różnych grup wiekowych.

Wiadomo, że najwięcej zarabia się na filmach familijnych, bo dziecko idzie na nie w towarzystwie dorosłego. 

- W 2008 r. to się zmieniło. W polskim Top 10 jest "Mamma Mia!", "Lejdis", "Tylko mnie kochaj" - przecież dzieci na to nie poszły. Z filmów familijnych znalazły się tam "Kung Fu Panda", "Piorun" i "Opowieści z Narnii". A wcześniej w pierwszej dziesiątce było zawsze pięć filmów familijnych.

Wynik frekwencyjny jakiego filmu najbardziej zaskoczył branżę w 2008 r.? 

- Zaskakują porażki. "Mroczny rycerz" miał 500 tys. widzów, to nie jest zły wynik, ale spodziewano się więcej.

Filmy z superbohaterami sprzedają się w Polsce słabo. Po części winni są temu dziennikarze, którzy niechętnie zajmują się opisywaniem filmowych konwencji, bo uważają to zajęcie za mało ambitne. W tradycji amerykańskiej jest zastanawianie się, co bohater zrobił w tym odcinku, a jak przełamał się w następnym.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 15 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':