http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Niezwykłe przygody Roberta Robura, Nahacz, Mirosław

Dariusz Nowacki
2009-02-17, ostatnia aktualizacja 2009-02-17 08:43

Powiem najprościej, jak można: uważam, że opublikowanie wydobytej z papierów pośmiertnych ostatniej powieści Mirosława Nahacza (1984-2007) to zły pomysł. "Niezwykłe przygody Roberta Robura" są utworem pod każdym względem nieudanym.

Oczywiście rozumiem, co jest stawką w tej grze. Chodzi o zawiązanie - bo chyba nie o podtrzymanie - legendy biograficznej. Krótkie posłowie Kazimierza B. Malinowskiego zatytułowane "Skazany na legendę" nie pozostawia co do tego najmniejszych wątpliwości. Książka została obudowana aż sześcioma nekrologami (m.in. Doroty Masłowskiej i Andrzeja Stasiuka), posłowie również jest wspomnieniem pośmiertnym. Sęk w tym, że nikt z przyjaciół Nahacza nawet nie zająknął się na temat dzieła, do którego zostały dołączone owe nekrologi.

Trudno nie pomyśleć o moralnym szantażu. Samobójcza śmierć 23-latka jest zdarzeniem, obok którego niepodobna przejść obojętnie. Ale też nie widzę powodu, żeby nie mówić sobie prawdy. Otóż "Niezwykłe przygody Roberta Robura" zostały swego czasu odrzucone przez macierzystego wydawcę Nahacza. Po lekturze tej powieści nie sposób nie podzielić negatywnej opinii redaktorów Czarnego. A dlaczego inny wydawca zajął odmienne stanowisko? W nocie umieszczonej na końcu książki znalazło się wyjaśnienie: "Zaczęły przychodzić od czytelników e-maile z jednym pytaniem: czy to prawda, że mamy i kiedy zamierzamy wydać ostatnią powieść Mirka Nahacza?". Czytelnicy nie wiedzieli, czego się domagają. Teraz już wiedzą.

Ostatni utwór Nahacza jest powieścią fantastyczną, podpadającą pod antyutopię. Światem rządzi Urząd Energii, obywatele miasta (Zona) są permanentnie inwigilowani przez wszechobecne kamery i funkcjonariuszy zwanych susłami. Tak naprawdę władzę absolutną sprawuje korporacja Swobodna Pokrywa. W jej centrali zwanej Ebonitowym Sarkofagiem zasiada demoniczny Matheo DeZi, główny scenarzysta serialu telewizyjnego "Wściekłość i wrzask", kiczowatej opowieści, którą codziennie oglądają wszyscy obywatele. Ci ostatni dawno zatracili zdolność do samodzielnego życia, żyjąc wyłącznie tym, czym karmi ich telewizja.

Tytułowego bohatera poznajemy w chwili, gdy traci pracę scenarzysty (współtworzył inny serial) i rzuca go dziewczyna. Zgłasza się do niego równie demoniczna co DeZi Małgorzata von Ungier. Wysłanniczka korporacji zmusza Robura, by ten podjął pracę przy "Wściekłości i wrzasku". I tu intryga komplikuje się i rozgałęzia. Mamy serię tajemniczych morderstw i nieustraszonego detektywa Mirosława Kryzysa. Na scenę powieściową wkracza główny ideolog korporacji prof. Zimmerman, pomocnicą i kochanką Robura zostaje córka profesora Maja, która na końcu okaże się siostrą głównego bohatera.

Próba streszczenia "Niezwykłych przygód Roberta Robura" to przedsięwzięcie beznadziejne. Nahacz rozmnożył wątki ponad miarę, wrzucił do powieści bodaj wszystko, co zdarzyło mu się przeczytać (Pynchon, Goethe, Dante plus legion współczesnych fantastów), wszystko, co mu przyszło do głowy. Powieść ta jest przeto ciągiem wizji i kryptocytatów, neurotycznym zapisem no właśnie. Czego?

Nie odważyłbym się napisać: stanu świadomości. Chęć autobiograficznego odczytania tej powieści to łatwa pokusa, ale nie wolno dać się zwieść. Sądzę, że niewiele wynika z tego, iż finał powieści - po ucieczce Robura i Mai z Zony - rozgrywa się wśród Łemków, z których sam pisarz się wywodził. Ów finał rozgrywający się w wiejskich dekoracjach wskazuje przede wszystkim na eskalację wizyjności, jest nagromadzeniem nieprawdopodobieństwa (do bycia ojcem Robura przyznają się aż trzy różne osoby).

Na czym właściwie polega problem? Po pierwsze, na tym, że nie sposób nadążyć za rozgorączkowaną wyobraźnią pisarza. Na przykład nie można zrozumieć, jaki związek zachodzi między starą powieścią Juliusza Verne'a "Robur zdobywca" i rzeczą Nahacza. Wiemy tylko tyle, że ramotka Francuza była pierwszą książką, jaką przeczytał Robur w dzieciństwie spędzonym w łemkowskiej chacie. Po drugie, zupełnie nie wiadomo, co Nahacz chciał nam powiedzieć, dając tak kiepską antyutopijną fantastykę. Czyżby chciał nam obwieścić rewelację, iż nadmierne przywiązanie do telewizora może być szkodliwe?

"Niezwykłe przygody " są po prostu niedopracowane, irytuje chaos postaci i wątków. Ta pięćsetstronicowa powieść ma 300 stron za dużo; są to karty wypełnione zbędną, poplątaną gadaniną.

Powtórzę: niedobrze się stało, że ostatnia rzecz Nahacza została skierowana do druku. Jego debiutancka powieść "Osiem cztery" oraz dwie kolejne opublikowane za życia pozwalały mniemać, że był to pisarz utalentowany. "Niezwykłe przygody Roberta Robura" ów dobry obraz poniekąd zdewastowały. Szkoda.

Niezwykłe przygody Roberta Robura, Mirosław Nahacz, Prószyński i S-ka, Warszawa

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 17 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':