Ostatnio do apokalipsy nie doszło, gdy zaczynało się trzecie tysiąclecie. Nowy deadline dla świata to 21 grudnia 2012, ostatni dzień kalendarza Majów. Popkultura już nie może się doczekać
Hollywood tym razem trochę przegapiło sprawę. Dopiero w listopadzie na ekrany kin ma wejść superprodukcja mistrza ekranowego kataklizmu Rolanda Emmericha (autora m.in. "Dnia niepodległosci" i "Pojutrze"). Film nazywa się po prostu "2012" i pokazuje, jaką prawdę ukrywają przed nami nasze rządy.
One już zostały poinformowane przez naukowców, że w 2012 czeka nas seria trzęsień ziemi i erupcji wulkanów, która doprowadzi do zapadnięcia się całych kontynentów pod wodę. Nic na to nie można poradzić, więc ci, którzy znają sekret, nie dzielą się z nim z resztą ludzkości, żeby uniknąć paniki.
Amatorskich filmów straszących dokładnie tym samym można już znaleźć zatrzęsienie, choćby w serwisie YouTube. To dotyczy np. popularnego w internecie motywu planety Nibiru, która rzekomo już jest doskonale znana astronomom, ale rządy zmuszają ich do milczenia. Planetę tę wymyślił Zachariasz Sitchin - urodzony w Baku i mieszkający w Nowym Jorku szalenie obrotny wydawca publikacji paranaukowych. Internetowe materiały odsyłają zwykle do powiązanego z nim serwisu, gdzie za jedyne 40 dolarów (plus koszt wysyłki) można zamówić materiały o tej planecie.
Nie próżnują też żartownisie. Serwis Geddeongear.com przypisuje sobie status "oficjalnego sponsora apokalipsy 2012" i proponuje gadżety mające pomóc przetrwać koniec świata - np. akustyczny "telefon" z dwóch kubków i drutu.
Co wiedzieli Majowie
Datę zaczerpnięto z kalendarza Majów, a dokładniej - z jego odmiany, tzw. Długiej Rachuby, używanej w celach ceremonialnych. To dziwny kalendarz obejmujący wielki cykl liczący sobie milion osiemset siedemdziesiąt dwa tysiące dni. Gdy hiszpańscy konkwistadorzy dotarli na Jukatan, cywilizacja Majów od dawna tkwiła w głębokim kryzysie i dopiero w XIX w. badacze odkryli, że dziwne znaki na majańskich budowlach to rachuba czasu i zaczęli próbować je przeliczać na kalendarz gregoriański.
I tu się zaczyna problem. W zależności od tego, jakie źródła historyczne uznamy za materiał wyjściowy, wyjdą nam różne przeliczniki. Większość literatury przyjmuje tzw. korelację GMT (od nazwisk trzech badaczy), według której wielki cykl Majów zaczyna się 11 sierpnia 3131 r. p.n.e., ale może to być data późniejsza lub wcześniejsza o kilka stuleci.
Jeśli więc nawet rzeczywiście Majowie wiedzieli o końcu świata coś, czego my nie wiemy - to wcale nie oznacza, że chodzi akurat o 21 grudnia 2012. Datę wyliczono na podstawie zapisków Diego de Landy, biskupa, który opisywał kulturę Majów, jednocześnie zapamiętale ją niszcząc. Uznał ich za czcicieli kultu Szatana, spalił na stosie wszystkie ich pisma, jakie mu wpadły w ręce. Zwyczajem hiszpańskiej inkwizycji najchętniej skazywał ofiary na powieszenie za wykręcone do tyłu ręce - aby z bólu nie miały siły oddychać. Czy można takiemu człowiekowi ufać w sprawie wyznaczenia daty końca świata?
Inna sprawa, że w tej materii de Landa uważał sam siebie za eksperta. Wierzył, że data końca świata jest już wyznaczona. Miał nią być rok 1600. Uważał, że czyni Majom przysługę - konając w męczarniach, oczyszczają swoje dusze, by móc godnie stanąć przed powracającym Zbawicielem.
Luter: Jeszcze sto lat, jeśli Bóg pozwoli
Przepowiednie tego typu nazywa się millenaryzmem, bo najczęściej odwołują się one do mętnego fragmentu z Apokalipsy św. Jana: "A gdy się skończy tysiąc lat, z więzienia swego szatan zostanie zwolniony. I wyjdzie, by omamić narody z czterech narożników ziemi, Goga i Magoga, by ich zgromadzić na bój, a liczba ich jak piasek morski".
Wydawałoby się, że największą panikę millenaryzm powinien wywołać w średniowiecznej Europie ok. roku 1000 lub 1033, ale tak się nie stało. Jean Delumeau w książce "Strach w kulturze Zachodu" pisze, że sylwester 999/1000 przeszedł w ówczesnej Europie praktycznie niezauważony.
Jeśli chodzi o apokaliptyczne przepowiednie, najpłodniejszym okresem w dziejach Europy są według Delumeau okres między rokiem 1348 a 1666, spięty klamrą dwóch wielkich pandemii "czarnej śmierci".
Gdy dominikański mnich Girolamo Savonarola objął władzę we Florencji w roku 1494, wstrzymał w mieście wszystkie budowy i remonty, bo oficjalnie zapewnił mieszkańców, że za chwilę i tak wybuchnie koniec świata. Nieposłuszni narażali się na zarzut niedowiarstwa, a to za Savonaroli oznaczało stos. Rozczarowani brakiem apokalipsy florentyńczycy w końcu poddali mnicha torturom, zostawiając mu tylko sprawną prawą rękę, żeby mógł podpisać przyznanie się do winy - po czym spalili i jego.
Nie lepszy los spotkał cztery dekady później anabaptystów, którzy objęli władzę w Münster w 1534 r. również pod hasłem bliskiej apokalipsy. Gdy biskup Franz von Waldeck odbił miasto dwa lata później, zlecił katu wyrywanie organów fałszywym prorokom rozżarzonymi obcęgami, po czym zmaltretowane zwłoki wywiesił w klatkach na ścianie kościoła św. Wawrzyńca (klatki wiszą do dziś, kości usunięto z nich w XVIII w.).
Przepowiednie końca świata do tego stopnia paraliżowały życie ówczesnej Europy, że katolickim kaznodziejom zabronił ich formułowania V Sobór Laterański w 1516 r., swoim uczniom ten zakaz przekazał też Marcin Luter.
Zarówno uczestnicy soboru, jak i sam Luter byli jednak przekonani, że koniec świata jest bliski. W dokumencie spisanym przez uczniów Lutra jako "Rozmowy przy stole" ("Tischreden") reformator powiada: "Świat nie będzie trwał długo; może, jeśli Bóg pozwoli, setkę lat".
Logarytmy się przydają
Wyznaczaniem końca świata często zajmowali się ludzie światli, uważani skądinąd za prekursorów epoki Rozumu. John Napier przeszedł do historii matematyki jako odkrywca logarytmów - wynalazł je jednak właśnie po to, żeby ułatwić sobie wyliczenia daty końca świata (który przewidywał między rokiem 1688 a 1700).