http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Kowboj w kwaterze Hitlera

Adam Krzemiński, Polityka
2009-01-26, ostatnia aktualizacja 2009-01-27 14:55

Amerykański film o nieudanym zamachu na Hitlera miał poprawić "wizerunek niemieckiej historii" w oczach świata. Choć mundur pułkownika Wehrmachtu leży na Tomie Cruise nienagannie, Niemcy są rozczarowani

Hollywoodzka "Walkiria" kusiła i drażniła Niemców, na długo zanim powstała. Już jesienią 2007 r. koncern medialny "Burdy" przyznał odtwórcy głównej roli - Tomowi Cruise'owi - nagrodę "za odwagę". A Frank Schirrmacher - jeden z wydawców "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i główny ideolog nowego niemieckiego konserwatyzmu - w swej laudacji piał z zachwytu, że amerykański film o zamachu na Hitlera dokonanym 20 lipca 1944 r. przez pułkownika Stauffenberga, na dziesięciolecia ukształtuje obraz niemieckiego ruchu oporu i poprawi "wizerunek niemieckiej historii".

Przeciwnicy filmu oburzali się, że amerykański gwiazdor użyje niemieckiej narodowej legendy do sączenia ideologii sekty scjentologicznej, której jest członkiem. Chciano nawet zablokować amerykańskim filmowcom dostęp do kwatery głównej zamachowców przy berlińskiej Bendlerstrasse, gdzie w po załamaniu się puczu pospiesznie rozstrzelano Stauffenberga.

Po premierze amerykańskiej był remis. Film wprawdzie nie podbił publiczności, ale miał niezłe recenzje. "Walkiria" nie jest arcydziełem - pisano w korespondencjach z USA - ale po setkach hollywoodzkich filmów ze szczekliwymi robotami z SS i szarobrunatnym tłem dla bohaterstwa sierżanta Rayana czy parszywej dwunastki Amerykanie nareszcie zobaczyli dobrego Niemca, który w imię honoru próbuje zgładzić Hitlera, i niemal mu się to udaje.

Film jest zresztą lepszy, niż się obawiano. Stauffenberg nosi opaskę na właściwym - lewym - oku, czego nie dopilnowano przed laty w pierwszej niemieckiej ekranizacji zamachu. Jednak - jak pisała "Die Welt" - nie ma szans na Oscara, bo w USA Cruise jest ulubieńcem widowni, ale nie kolegów z branży.



Na niemiecką premierę "Walkirii" krytycy szli z biografią Stauffenberga pod pachą, aby wypunktować każdą fantazję scenariusza. Nieprawda - pisała "Die Welt" - że Stauffenberg musiał uzyskać od Hitlera podpis pod planem operacji "Walkiria", użycia wojsk zapasowych w kraju na wypadek rozruchów. Niepotrzebnie też - gderano - film rozciąga w czasie moment, w którym spiskowcy odzyskują przesyłkę z bombą, która miała wybuchnąć w samolocie Hitlera. Paczka z bombą leży na stole i wyciągają się po nią dwie ręce. Napięcia nie ma, bo z góry wiadomo, jak się zakończy nie tylko ta scena, ale i cały film.

Tak naprawdę w "Walkirii" ciekawe jest nie to, jak się ten film skończy, tylko jak się zacznie. I jak rozłoży akcenty. A zaczyna się ni z tego, ni z owego. W roku 1942 w czasie walki "Afrika Korps" z Anglikami w Tunezji pułkownik Stauffenberg, przystojny i energiczny niczym amerykański pilot z "Top gun", głośno namawia jakiegoś generała, aby ten wystąpił przeciwko Hitlerowi. Oto kowboj w mundurze Wehrmachtu, jeździec znikąd, który ma uratować Niemcy i świat. Ani słowa o tym, kim był i co robił przedtem. Stauffenberg Toma Cruise jakby spadł z księżyca. Żołnierze Wehrmachtu złożyli wprawdzie przysięgę wierności Hitlerowi, ale Stauffenberg jest oburzony na popełniane zbrodnie i postanawia działać.

I cały film to zapis tego działania. Kontakt z nieudolnymi grupkami spiskowców-cywilów, którzy gadają i kłócą się, ale nie bardzo wiedzą, czego chcą. Poszukiwanie - jak w "Siedmiu wspaniałych" - godnych zaufania wspólników-oficerów. Opracowanie sprytnego planu, który ma jeden słaby punkt - opiera się na jednej osobie, która ma w Kętrzynie zabić Hitlera, a w Berlinie kierować zamachem stanu. I wreszcie sam czyn, niestety, sfuszerowany Za to szlachetny i telegeniczny.

Mundur pułkownika Wehrmachtu leży na Tomie Cruisie nienagannie. Mina pod czapką jak trzeba. No i te okaleczenia - urwana dłoń jednej ręki i dwa palce u drugiej oraz szklane oko wkładane przed wizytą u Hitlera, a w toalecie wkładane do pudełeczka. Jest jeszcze okrzyk przed plutonem egzekucyjnym, dobrze słyszalny: "Niech żyją uświęcone Niemcy!".



"Film - pisze szwajcarska "Neue Zürcher Zeitung" - pomija całą dwuznaczność tego niezwykłego człowieka, który nie kochał Republiki Weimarskiej i początkowo był dość przychylnie nastawiony do narodowego socjalizmu, a w powojennych Niemczech bardzo późno stał się narodowym mitem, ponieważ nie tylko dawni naziści aż po lata 60. uważali go za zdrajcę. Po "Walkirii" nadal nie bardzo wiadomo, dlaczego czyn Stauffenberga ma być w dzisiejszych Niemczech fundamentem świadomości obywatelskiej".

Lewicowa berlińska "Tageszeitung" idzie jeszcze dalej. "Walkiria" to "adult western w nazistowskich mundurach", dreszczowiec, w którym liczy się akcja, a nie charakter bohatera. Kosztował 90 mln dol. (w tym kilka z niemieckiej kasy!), ale nie należy się w nim dopatrywać jakiejś aktualnej metafory "na okres przejściowy od Busha do Obamy", propagandy (lub obrazy) niemieckiego bohatera narodowego. Stauffenberg Cruise'a jest zawodowcem, któremu okaleczenie utrudnia działanie, ale mimo to jest najlepszy. Ma już za sobą połowę życia. Utracił ojczyznę i wiarę w zwycięstwo. Jednak mimo, że ogarnia go rozpacz, robi to, co do niego należy.

A jednak "Walkiria" oferuje pewien model polityczny - władza Hitlera to maszyneria, którą trzeba wyłączyć. A zrobić to może tylko ten, kto ją dobrze zna. I nie jest ważne, czy Stauffenberg był "dobrym" człowiekiem, jakie miał poglądy i wyobrażenia polityczne "na potem", czy chciał iść z Zachodem przeciwko Wschodowi. W tym filmie liczy się jedynie to, czy zamach się uda. Nie uda się. Zostanie sfuszerowany. Hitler zatriumfuje, a w pozostałych dziewięciu miesiącach wojny Niemcy poniosą straszliwe straty i zniszczenia. I w ten sposób - dochodzi do wniosku recenzent "Tageszeitung" - Cruise swym Stauffenbergiem niezamierzenie demaskuje niemiecki narodowy mit.

Również berliński "Tagesspiegel" nie jest z filmu zadowolony. Konstrukcja dreszczowca - pisali Peter Steinbach i Johannes Tuchel - narzuca zasadnicze zafałszowanie. W centrum uwagi znajduje się główny bohater - Cruise niemal nie schodzi z ekranu - który nie przechodzi żadnej wewnętrznej ewolucji. Wszyscy inni są jedynie statystami, nieudolnymi, nielojalnymi i tchórzliwymi.

W ten sposób umyka to, co było specyfiką oficerów Wehrmachtu spiskujących przeciwko Hitlerowi. Większość z nich nie tylko musiała przezwyciężyć swą początkową akceptację nazizmu, ale i przekonanie, że siła militarna to ultima ratio polityki. Zamachowcy 20 lipca 1944 r. nie planowali puczu wojskowego, lecz obalenie władzy nazistowskiej, którą zamierzali przekazać cywilom. Miarą jakości filmu o spiskowcach 20 lipca nie są nienagannie skrojone mundury i historyczne plenery, lecz pokazanie motywów, różnorodności i wewnętrznych sprzeczności niemieckiego ruchu oporu, a tego "Walkiria" nie pokazuje.

I na koniec recenzenci "Tagesspiegla" przyłożyli Schirrmacherowi z "FAZ" jako głównemu klakierowi Cruise'a: "Widz otrzymał profesjonalnie zrobiony film hollywoodzki pokazujący odwieczną walkę dobra ze złem, "bohaterów" i "drani". Kto jednak jedynie z tego filmu dowie się, że istniały "inne Niemcy", ten szybko zapomni o Stauffenbergu. Dlatego "Walkiria" ani zasadniczo nie zmieni obrazu Niemiec za granicą, ani nie ukształtuje na dziesięciolecia pamięci o ruchu oporu".

Tyle niemieckich sporów wokół "Walkirii". Na polskie przyjdzie czas w połowie lutego.



Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 19 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':