http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

O krok dalej niż blisko - rozmowa o fotografii XXI wieku

Weronika Mliczewska
2009-01-03, ostatnia aktualizacja 2009-01-02 19:15

Nie jakość, ale treść wyznacza dzisiaj wartość zdjęcia. Nieważne, jakim aparatem fotografuję, ważne, aby temat mojego ujęcia był niepowtarzalny, abym był jednym z niewielu świadków wydarzenia - mówi brytyjski reporter Tim Hetherington, zwycięzca ostatniego konkursu World Press Photo

Tim Hetherington
Tim Hetherington

Fot. TIM HETHERINGTON AP
ZOBACZ TAKŻE
Weronika Mliczewska: Od dziesięciu lat należy pan do światowej czołówki fotografów wojennych. Był pan w Darfurze, Kenii, Liberii, a ostatnio zamieszkał w obozie żołnierzy amerykańskich, żeby przyjrzeć się ich codziennemu życiu w Afganistanie. Jak przez te lata zmieniała się specyfika pracy fotografa wojennego?

Tim Hetherington: Nie wiem. A o którym fotografie wojennym pani mówi?

O panu.

- Ja nie jestem fotografem wojennym.

Jak to? Robi pan zdjęcia w rejonach konfliktów... To z kim mam przyjemność?

- Przepraszam, dosyć agresywnie reaguję, gdy próbuje się mnie wrzucić do jakiegoś worka. Dzisiaj jestem fotografem wojennym, a jeżeli jutro będę robił dokument społeczny, zajmę się problemem sprawiedliwości, to będę fotografem sprawiedliwości? Czy takie etykiety mają sens?

Rzeczywiście, nie zajmuje się pan jedynie fotografią. Podobno na froncie w jednej ręce trzyma pan aparat, a w drugiej kamerę.

- Tak, jestem przede wszystkim dokumentalistą. Jestem świadkiem. A jednak dla jednych istnieję tylko jako fotograf, dla innych jako reżyser. Te dwa światy ciągle nie mogą się połączyć, a ja jestem dwoma różnymi osobami o tym samym nazwisku.

Dlaczego prowadzi pan równoległe kariery? Czy tego wymaga dziś rynek?

- I tak i nie. Jesteśmy w zawieszeniu, w okresie przejściowym. Cały czas przyzwyczajamy się do zmian, które wniosła rewolucja cyfrowa. Niektórzy zrezygnowali z pracy fotografa, niektórzy nadal narzekają. Tradycyjne pojęcie zawodu zanika.

Kiedy w 1997 r. zaczynałem robić krótkie animacje fotograficzne dla "The Independent", na jednej zarabiałem więcej, niż publikując tradycyjne zdjęcia przez miesiąc. Byłem wtedy jednym z pierwszych ludzi w Wielkiej Brytanii, którzy przenosili fotografię na komputer i łączyli ją z innymi mediami. To jest nie tylko inna forma, to inny sposób myślenia: opowiedzenie historii serią zdjęć. Gdy pokazywałem wtedy moim redaktorom swoje prace w komputerze, stukali się w głowę. Dzisiaj taka forma wyrazu to norma. Cyfrowy zapis nie wywołuje już lęku, ale nadal budzi opór.

Tak naprawdę to nie fotografia cyfrowa zmieniła rynek, ale sama forma zapisu, digitalizacja różnych sfer życia. To ona dokonała rewolucji w sektorze pracy, w liczbie zatrudnień, w wymogach efektywności. Jedna decyzja Ruperta Murdocha zmieniła całą brytyjską politykę prasy. Kiedy zwolnił połowę pracowników „The Times”, ludzie z innych redakcji zorientowali się, że dzięki cyfryzacji wszystko można robić szybciej, krócej i taniej. Cyfrowa forma zapisu najpierw wpłynęła na styl pisania, na dziennikarstwo, a dopiero potem na fotografię.

Nie oznacza to obniżenia jakości? Zalewu obrazem?

- A co to znaczy jakość? Jeżeli jakość to sprzęt, jakiego używamy, jeżeli jakość to mała liczba odbitek i mała liczba odbiorców, to tak, cyfryzacja powoduje obniżenie jakości. Jakość reprezentują fotografowie pracujący na aparatach analogowych. Z czasem to oni zyskają miano artystów. Ich prace trafiają do wąskiego grona, są poddawane debatom intelektualnym, wytyczają kanony i kosztują bardzo dużo przy niewielkiej produkcji.

W mediach jest przeciwnie. Dużo programów, dużo publikacji, duży nakład za niską cenę. Jeżeli jednak zajmuję się Afganistanem i chcę, aby moje przesłanie trafiło do ludzi, to którą drogę wybiorę? Fragmenty mojego filmu o drugiej stronie życia żołnierza w Afganistanie zobaczyły miliony ludzi, jeszcze zanim trafił on do kin. To w czym będę się bardziej spełniał?

Nie jakość, ale treść wyznacza teraz wartość zdjęcia. Nieważne, jakim aparatem fotografuję, nieważne, jaką kamerą, ważne, aby temat mojego ujęcia był niepowtarzalny, abym był jedną z niewielu osób, które dają świadectwo owego wydarzenia.

Konkurs World Press Photo jest wyznacznikiem tematów ważnych w danym roku, ale zwykle okazuje się, że to jakość zaważyła na wyborze jury. Czy dobra fotografia może być pozbawiona walorów estetycznych?

Do konkursu World Press Photo mam mieszane uczucia. Tak, wygrałem go. Jednak czy uważam, że moje zdjęcie jest najlepsze na świecie? Nie. Jest mnóstwo świetnych fotografów, a moje zdjęcie jest jedynie odbiciem pewnych trendów, ruchów społecznych, debat intelektualnych. A co do walorów estetycznych: dlaczego mają być ważne? W fotografii prasowej lepiej się skupić na czystym dokumencie.

Połączenie wszystkich wizualnych narzędzi - to będzie druga rewolucja. Już teraz w internecie gazety zamieszczają materiały filmowe. Za pięć lat fotografia będzie wycinkiem filmu. Redaktor działu fotograficznego w bardzo poważanej gazecie powiedział mi, że przygotowuje się do zmiany sprzętu: jego reporterzy będą używali kamer wideo z możliwością wycięcia pojedynczych klatek. Dziś działy fotografii i filmu mają odrębne budżety nawet w tej samej firmie. W przyszłości najważniejsza nie będzie forma, lecz temat. Wszystko połączy się w jeden dział audiowizualny.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 18 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':