http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Kultura

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Zadie Smith: Pisać 15 słów dziennie

rozmawiała Marta Strzelecka
2008-12-23, ostatnia aktualizacja 2008-12-22 19:37

Jedyny dobry opis pracy pisarza, jaki znam, jest w "Sobocie" Iana McEwana, w rozdziale o operowaniu. Chirurg nad otwartym ciałem, przez kilka godzin maksymalnie skoncentrowany, odcięty od wydarzeń, jak we śnie. Ten fragment jest o mnie

rozmowa z Zadie Smith*

brytyjską pisarką



Marta Strzelecka: W Polsce ukaże się niedługo drugi zbiór opowiadań pod pani redakcją. W prasie coraz częściej pojawiają się eseje o literaturze. Przestała pani pisać powieści?

Zadie Smith: Odpoczywam od fikcji. Nie potrafię powiedzieć dlaczego. Pracuję teraz nad zbiorem akademickich rozważań. Po kilku latach pracy jako wykładowca poczułam się na siłach. Ale szybko zorientowałam się, że pisanie o sztuce pisania jest bardzo trudne.

O czym będzie ten zbiór esejów?

- O moralności powieści. Nawiązuję do cyklu wykładów Iris Murdoch. Wbrew pozorom mówienie o etyce w kontekście literatury jest łatwiejsze od analizowania zasad rzemiosła. Nie analizuję Biblii ani poradników o tym, jak żyć. Przyglądam się klasyce, tekstom Kafki, Forstera, Austin. Kiedy wymyślasz bohaterów, pozwalasz im żyć, dajesz im historię, nie mogą nie mieć problemów moralnych niezależnie od tego, czy masz to w planach. E.M. Forster na przykład tworzył zagubionych ludzi. Takich jak bohaterka "Pokoju z widokiem" panna Lavish. W sytuacjach dokonywania wyborów, poszukiwania szczęścia po prostu, nie miałaby szans w zderzeniu z bohaterkami Jane Austin. Wystarczy przeczytać tytuły Austin - "Duma i uprzedzenie", "Rozważna i romantyczna". Pisanie o moralności miała we krwi. Myślę, że błędem jest rozbieranie jej powieści na zestawy charakterów, dialogów, analizowanie konstrukcji.

Zgadzam się z Virginią Woolf, że z książek więcej uczymy się przez przeżywanie, niż przez analizowanie. Może powinniśmy zapomnieć o akademickim podejściu, zająć się czytaniem w fotelach.

Dlaczego postanowiła pani zostać krytykiem?

- Zawsze fascynował mnie świat akademicki. Od kiedy wiedziałam, że istnieje. Zawsze też miałam inne wyobrażenie o pisaniu o książkach od tego, co czytam w literackich dodatkach do dzienników. Przeważają eseje poświęcone technikom, najbardziej popularne jest cyniczne wyszukiwanie błędów. Jako autorka wiem, jak bardzo może zranić taki rodzaj recenzji. Bohater "O pięknie" Howard Belsey jest takim przedstawicielem świata akademickiego, który potrafi nazwać kilkadziesiąt trendów w naukach społecznych, ale nie umie ich opisać z emocjami. Krytycy, których lubię, piszą o tym, jak czują fikcję, jak ją przeżywają. Jest też rodzaj recenzji pisanych przez autorów powieści, którzy próbują przekazać swoją wiedzę o pisaniu.

Mnie interesuje perspektywa czytelnika. Opowiadam o świecie książki, o wyobrażonym przeze mnie świecie, o indywidualnym doświadczeniu z tekstem. Dla mnie mistrzem krytyki był Barthes. Rozumiał, że w pisaniu o literaturze nie chodzi o ocenianie.

Pisarzom wydaje się czasem, że potrafią powiedzieć coś ważnego na temat pisania, bo przecież sami wciąż to robią. Ja ciągle nie wiem, choć minęło dziesięć lat od mojego debiutu.

Nie potrafi pani opisać swojej pracy?

- Mogę powiedzieć: "Mam kilka dobrych zdań. Myślę, że to nowa książka". Po roku albo dwóch dzwonię, żeby poinformować: "Skończyłam". Tyle. Opowiadanie o reszcie nie ma sensu.

Jedyny dobry opis pracy pisarza, jaki znam, jest w "Sobocie" Iana McEwana, w rozdziale o operowaniu. Chirurg przez kilka godzin jest maksymalnie skoncentrowany, odcięty od wydarzeń jak we śnie. Ten fragment zawsze wydawał mi się tekstem o mojej pracy. Tymczasem rozmowy o pisarzach, nie tylko medialne, prywatne również, zazwyczaj kończą się na anegdotach o bankietach, spotkaniach z wydawcami, nagrodach, bo trudno powiedzieć, co się dzieje, kiedy siedzisz przy biurku. Jako studentka literatury dowiedziałam się, że McEwan pisze tylko 15 słów dziennie. Byłam pod wrażeniem. 15 słów dziennie? Pomyślałam, że tak trzeba, że może to jest tajemnica sukcesu.

Do dziś nie napisałaby pani "O pięknie" przy 15 słowach dziennie.

- W ogóle wydaje mi się, że to było zmyślone. Ale rzeczywiście McEwan jest przeciwieństwem mnie tak dalekim, jak to możliwe. Podobnie Kafka. Podoba mi się u nich konkret, prostota, wszystko, czego nie potrafię. McEwan jest uporządkowany, uważny, jego powieści zawsze są w sam raz długie, nie pisze zdań, co do których można byłoby mieć wątpliwość, czy są potrzebne, porządnie je redaguje. Ale dla mnie nie może być wzorem.

Ja rano biegam. Piszę od południa do wieczora, ale nigdy do późna. Pierwsze książki składałam z cytatów, kompozycji podejrzanych u innych.

Od kogo pani ściągała?

- W "Białych zębach" jest dużo telewizji, prasy. Pięć lat temu postanowiłam napisać wielką realistyczną powieść. Od dawna marzyłam, żeby stworzyć coś, co przypominałoby utwory edwardiańskie. Kiedy jako 20-latka zaczynałam "Białe zęby", nie byłam w stanie. Ale po dwóch powieściach już tak. Wpływ mieli na mnie Nabokow, Updike, Forster. Wtedy zresztą uczyłam o nich na Harvardzie.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne