Jaka będzie literatura przyszłości? Tekst na ekranie z odnośnikami, podlinkowany do innych tekstów, które odsyłają do kolejnych - księga bez dna. Hipertekst. Ale już teraz istnieją książki, których kolejne rozdziały można modyfikować, zmieniać ich kolejność i wpływać na losy bohaterów. Gdzie czytelnik jest współtwórcą. Popularyzatorami tej idei w Polsce są Katarzyna Bazarnik i Zenon Fajfer, pomysłodawcy serii liberatury w krakowskiej oficynie Ha!art.
To w niej ukazała się właśnie słynna "powieść w pudełku" Bryana Stanleya Johnsona "Nieszczęśni" z 1969 r. Johnson (1933-73) w pojedynkę chciał zrewolucjonizować literaturę, sięgając po coraz bardziej ekscentryczne formy. Podziwiał "Tristrama Shandy" Sterne'a i Joyce'a, którego nazywał "Einsteinem powieści". Jego zdaniem po Joysie funkcję opowiadania historii "po prostu" przejęło kino. Literatura ma inne zadanie. Zamiast na sekwencjach opisowych pisarze powinni skupiać się na przestrzennym wymiarze literatury. Skoro druk jest podstawowym jej nośnikiem, zwróćmy uwagę na książkę samą - materialną rzecz podkreślającą myśl autora. W powieści "Albert Angelo" Johnson manipulował czcionką i rozmiarami kolumn, a w dziejącej się w domu starców "House Mother Normal" odzwierciedlał za pomocą języka i typografii postępującą demencję bohaterów.
"Nieszczęsnych" zaprojektował w formie pudełka z 27 luźnymi arkusikami i kartkami. Dwie cząstki - Pierwsza i Ostatnia - dają ramy dla całej opowieści. Resztę powinno się czytać w dowolnej kolejności.
Oto londyński reporter wyjeżdża do małego miasteczka, aby opisać tamtejszy mecz piłki nożnej. Ale już od stacji kolejowej każdy napotkany detal wznieca w nim kołowrót wspomnień. W tym mieście zmarł na raka jego najlepszy przyjaciel Tony, a z Tonym łączy się pamięć o najlepszym okresie młodości, pierwszych miłościach, piciu piwa i podróżowaniu autostopem. Mimo pozornego chaosu każdy "rozdział" zawiera pewną strukturę wspomnień krążących wokół kilku spraw. Czy tak właśnie działa pamięć?
Po samobójczej śmierci Johnsona jego słabo sprzedające się książki poszły na przemiał (dziś osiągają astronomiczne ceny w antykwariatach). Od kilku lat ma miejsce skromny renesans jego twórczości, wznowiono niedostępne powieści, popularny pisarz Jonathan Coe wydał jego biografię. W Polsce pojawił się właśnie znakomity monograficzny numer "Literatury na Świecie" z fragmentami kilku powieści.
Johnson miał od kogo czerpać inspirację, bo angielska powieść awangardowa miała wielu reformatorów. Od Woolf przejął zdolność ukazywania poruszeń umysłu, od Joyce'a konwencję strumienia świadomości, od Becketta - swoisty minimalizm.
Bohaterem Johnsona jest dziennikarz - a więc ktoś, kto zawodowo zajmuje się układaniem "okrągłych zdań" i jest przez to bardziej niż inni podatny jest na samooszukiwanie się w języku. I jest to bodaj najciekawszy aspekt tej książki - Johnson działa tu jak podwójny agent, jednocześnie relacjonując tok jego myśli i się od niego dystansując.
Czy można Johnsona wpisać w poczet twórców postmodernizmu? Od późnych lat 50. John Barth, Donald Barthelme, Robert Coover, Thomas Pynchon czy Raymond Federman kwestionowali realizm XIX-wiecznej powieści i XX-wieczną tradycję modernizmu skupiającego się na procesach zachodzących w psychice bohaterów. Dla nich dzieła Joyce'a mimo swojej totalności (w "Finnegans Wake" próbował połączyć ponad 40 różnych języków) wciąż zachowują więź ze światem doświadczenia, a nie są zapisem wyobcowania z niego. Dlatego Johnson, mimo awangardowej formy swoich książek, należy do tradycji modernistycznej - wciąż używa sztafażu psychologicznego jako dźwigni fabuły, a "Nieszczęśni" funkcjonują jako powieść o śmierci, miłości, przyjaźni. Chodzi jednak o to, żeby opowiedzieć o nich inaczej i zaskakującą formą wpłynąć na odbiór.
Bo liberatura to "myślenie książką". Znosi podział na formę i treść, to forma jest nośnikiem treści. To też kontrola absolutna pisarza nad grafiką i typografią, która jednak pozostawia ogromny margines dla czytelnika.
W tym sensie dziełem par excellence liberackim jest "Tristram Shandy Lawrence'a Sterne'a - XVIII-wieczna powieść bez początku i końca, oparta na nieustannych dygresjach (polskie wydania nie uwzględniają jej oryginalnych rozwiązań, np. słynnej "czarnej stronicy"). Jest nim poemat symbolisty Stephane'a Mallarmégo "Rzut kośćmi" z "partyturą" języków poetyckich rozpisaną na różne czcionki.
Podobnie książki pisarzy francuskiego OuLiPo - zawiązanego w latach 40. Warsztatu Literatury Potencjalnej, z Raymondem Queneau i Georges'em Perekiem na czele. Pisali według niedostrzegalnych w lekturze metod muzycznych i matematycznych (np. r+7, czyli przepisywanie tekstów i zastępowanie słów innymi, znalezionymi o siedem pozycji dalej w słowniku). Pisali lipogramy, czyli utwory pozbawione konkretnej litery, jak napisane bez "e" Zniknięcie Pereca. Queneau zaś stworzył maszynę do produkcji sonetów - "Sto tysięcy miliardów wierszy", dziesięć sonetów z wersami pociętymi na paski, które można zestawiać w takiej właśnie ilości kombinacji (ukazały się właśnie w serii Ha!artu), a także "Ćwiczenia stylistyczne", 99 sposobów na opowiedzenie tej samej banalnej historyjki. Oba te utwory genialnie spolszczył Jan Gondowicz.
Za liberackie można uznać powstające od czasów starożytnych akrostychy, anagramy, kwadraty magiczne, wiersze permutacyjne, figuralne czy emblematyczne. Liberackie są kubistyczne, obrazkowe wiersze Apollinaire'a.
W Polsce także pojawiały się takie pomysły - od konceptualnych barokowych poematów, przez futuryzm i maszynizm Peipera i Jasieńskiego, aż po Stanisława Czycza, autora poematu "Arw" - polifonicznego scenariusza dla Andrzeja Wajdy (ukazał się w tym roku nakładem Ha!artu). "Arw" ma strukturę muzyczną - narracja rozdziela się na trzy słupki tekstu na jednej stronie, oddając jednoczesność dziania się rozmaitych przekazów. W latach 70. Czycz osiągał swoje cele za pomocą podkreśleń i kolorów na maszynie do pisania.
Gry z czytelnikiem miały też miejsce w książkach bez graficznych szaleństw. Vladimir Nabokov stosował liczne manipulacje narracyjne. Niemal każda jego książka gra ze swoją zawartością, posługuje się konceptem książki w książce, jak "Blady ogień" czy "Dar". W "Obronie Łużyna" narracja rozwija się jak rozgrywka szachowa. Zgodnie z ruchem konika szachowego polecał czytać swoje opus magnum Georges Perec - kolejne rozdziały jego książki "Życie. Instrukcji obsługi" odwzorowują układ mieszkań w paryskiej kamienicy. Julio Cortazar w "Grze w klasy" po prostu podał alternatywną kolejność czytania rozdziałów, która zmienia odczytanie powieści. Również Italo Calvino w "Jeśli zimową nocą podróżny" zwraca się bezpośrednio do czytelnika, dając mu złudzenie kształtowania fabuły na bieżąco.
Żadna jednak z tych książek nie pozwalała czytelnikowi na taką swobodę jak "Nieszczęśni". Pomysł Johnsona daje więcej możliwości kombinacji - jest ich 25! (silnia), a więc lektura przekracza możliwości jednego życia. To zresztą medytacja nad życiem i śmiercią, zaznacza pesymizm autora i nieuchronność końca - każdej książki i każdego życia. Nie można odtworzyć ani pamięci, ani "straconego czasu". Literatura nie jest odkupieniem jak u Prousta, bo jak coś odtwarzać, skoro nawet nigdy nie było jednej wersji wspomnień (książki)? Narrator nie jest w stanie opowiedzieć nam ani o sobie, ani o Tonym - opowieść trawi zrakowaciała tkanka, która sprawia, że książka dosłownie rozsypuje się w rękach, podobnie jak kruche życie Tony'ego.
Wedle herberta Marshalla McLuhana nasz odbiór informacji ma formę linearną, jest ciągiem przyczyn i skutków, bo taka jest natura języka. Tak samo przyzwyczailiśmy się postrzegać literaturę, choć dziś źródłem słowa pisanego staje się internet. Pomysł liberatury wynikający z ducha kontestacji lat 60. pasuje do czasów internetu, ale jest także aktem sprzeciwu wobec komercjalizacji literatury - bo kto podejmie się na szeroką skalę dystrybucji książki w butelce albo w pudełku?
Nieszczęśni, B.S. Johnson, przeł. Katarzyna Bazarnik, Ha!art, Kraków
Źródło: Gazeta Wyborcza