Mińsk. Przewodnik po Mieście Słońca
Artur Klinau
przeł. Małgorzata Buchalik
Czarne, Wołowiec
Stolica Białorusi Miastem Słońca? To chyba jakieś nieporozumienie - tak pomyślałem, gdy dowiedziałem się o tym niezwykłym przewodniku po Mińsku.
Stereotyp Mińska jako jednego z najbrzydszych miast w b. ZSRR był we mnie na tyle silny, że nigdy nie wpadłem na pomysł, by je bliżej poznać. Stolica Białorusi jawiła mi się jako warszawski MDM do entej potęgi. Tymczasem Klinau, który już jako dojrzały człowiek zafascynował się mińskim socrealizmem, bo - jego zdaniem - nie ma on sobie równych w b. ZSRR, porównuje architekturę centrum Mińska do budynków sakralnych, świeckiej realizacji estetycznej utopii komunizmu. Tytuł Miasto Słońca - zaiste paradne określenie dla burego przez większą część roku Mińska - Klinau zaczerpnął z traktatu Tomasza Campanelli o idealnej krainie wielkiej utopii. I takim tonem - używając pojęć do opisu utopii - Klinau pisze o Mińsku i o Białorusi.
Mamy więc krainę wielkiej szczęśliwości, mamy ludzi, którzy próbują uwierzyć w iluzję szczęścia, mamy nawet prezydenta - Wielkiego Metafizyka - który jest współczesnym realizatorem idei utopii. Klinau znalazł świeży i pomysłowy sposób na opowieść o Mińsku i o Białorusi w ogóle. Jest w niej szczypta ironii, ale także miłość, nawet zachwyt nad swoim miastem. Pokazuje inną twarz Białorusi, która niesłusznie kojarzy się w Polsce jedynie z postsowieckim kołchozem.
Bo spośród wszystkich państw graniczących z nami na wschodzie o Białorusi wiemy zdecydowanie najmniej.
Rosja to wiadomo: imperium, wielka kultura, ropa i gaz, prawosławie.
Ukraina po kilkunastu latach zdołała się jakoś przebić do polskiej świadomości. Coraz rzadziej patrzymy na Ukraińców przez pryzmat Galicji, polskości Lwowa, poplątanej historii. Szanujemy ich wysiłek odbudowywania tożsamości narodowej, podziwialiśmy zryw pomarańczowej rewolucji. Coraz częściej przebijają się w Polsce ukraińscy artyści.
Litwa, z którą jesteśmy w Unii Europejskiej, jest tak bliska, że prawie nie wydaje się egzotyczna.
A
Białoruś to wciąż terra incognita. Operujemy stereotypami: Łukaszenko, wielki kołchoz, ostatnia dyktatura nowoczesnej Europy, autorytaryzm, prześladowani Polacy. Dlatego książka Artura Klinaua wypełnia wielką lukę. I robi to w sposób absolutnie zaskakujący, a przy tym prawdziwy, bez fotomontażu, retuszu i picu. Nie jest to tylko przewodnik, ale metaforyczna opowieść o samej Białorusi, której tożsamość, gdy tylko kiełkowała, natychmiast wdeptywano w ziemię. Doskonale widać to w Mińsku, w którym materialne ślady dawnych kultur - wielonarodowego i wielowyznaniowego miasta I Rzeczypospolitej - praktycznie zniknęły. Zastąpiła je radziecka utopia. Klinau - o dziwo - nie traktuje jej z nienawiścią, ale oswaja ją. Próbuje zintegrować jej kształt z proeuropejską świadomością młodego Białorusina, patrioty, demokraty.
Napisał swą książkę dla niemieckiego wydawcy, który uznał, że warto wytłumaczyć Niemcom, czym jest Białoruś. Stąd może niektóre uproszczenia, bo przeciętny Polak wie mimo wszystko więcej o historii Europy Środkowo-Wschodniej niż Niemiec.
Ale wykład o historii to tylko jeden z poziomów tej książki. Można zachwycić się barwnym opisem miasta, fascynuje podróż Klinaua do krainy jego dzieciństwa, gdy bialoruska stolica była mniej jednowymiarowa niż dziś, choć przecież ZSRR rozkwitał. Dziś utopijne Miasto
Słońce można traktować jak zabytek. Być może kiedyś będzie się go zwiedzać, tak samo jak mur berliński czy inny pomnik socrealizmu - Nową Hutę.
Klinau żartuje, że napisał swą książkę dla pieniędzy, by uruchomić nowy projekt turystyczny. Coś w tym jest. Po lekturze jego książki miałem od razu ochotę ruszyć do Mińska. Warto odkryć Białoruś, o jakiej nie sposób przeczytać w gazetach.
Rozmowa z Arturem Klinauem* Marcin Wojciechowski: Mińsk to symbol paskudnej architektury socrealistycznej wzniesionej na ruinach kameralnego, wielokulturowego miasta. A pan mitologizuje jego architekturę, zachwyca się nią. Jak to możliwe? Artur Klinau: - Gdy byłem młody, też nie lubiłem Miasta Słońca. Wydawało mi się odpychające. Fascynowałem się architekturą Wilna, które przez lata było dla mnie wzorem idealnego miasta. Ale skoro otrzymaliśmy z kosmosu tę piramidę, która stoi dziś w centrum Mińska, to trzeba ją jakoś oswoić. Miasto Słońca nie ma nic wspólnego z kulturą sarmacką czy tradycją Wielkiego Księstwa Litewskiego. To podarunek utopii. Bardzo zresztą dziwny.
W Mińsku są jeszcze zakątki dawnego, wielokulturowego miasta. Jak się mają do Miasta Słońca? - Miasto Słońca to miasto w mieście, coś takiego jak Zakazane Miasto w Pekinie. To miasto o charakterze sakralnym. Ma ono wyraźnie wyznaczone granice: ze wschodu na zachód ciągnie się na 7-8 km pasem o szerokości 2-4 km. Jego unikalność polega na tym, że nigdzie w ZSRR nie udało się zbudować tak gigantycznego zespołu architektury socrealistycznej.
Związek Radziecki chciał zbudować krainę ogólnego szczęścia na ziemi. Była to w sumie bardzo miła koncepcja idealnego społeczeństwa. Tyle że nierealna. Tymczasem w architekturze się udało. Bo w rzeczywistości utopii nie da się zrealizować, a w architekturze czy sztuce można. W Mińsku zbudowano taką iluzję, perfekcyjną dekorację, scenografię wielkiej utopii. Wystarczyło w nią tylko uwierzyć i wielu ludzi wierzyło. Był to jakiś rodzaj snu, hipnozy, magii.
Nie wszyscy chcieli wierzyć w utopię. - Na początku sceptyków było nawet więcej niż entuzjastów. Ale zsyłano ich na Syberię albo rozstrzeliwano za miastem, aż wreszcie większość uwierzyła. Taka była logika tej iluzji, że niedowiarków należało usunąć, by nie przeszkadzali wierzyć innym. A dla pozostałych trzeba było stworzyć perfekcyjną dekorację. W Mińsku udało się to znakomicie.