http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Kultura

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Kino-prawda w Teheranie

Tadeusz Sobolewski, Teheran
2008-10-30, ostatnia aktualizacja 2008-10-31 11:34

Film ?Persepolis? zachował plastyczną formułę komiksu, dzięki czemu jest odtrutką na dzisiejszą masową komputerową animację w stylu shrekopodobnym
Film ?Persepolis? zachował plastyczną formułę komiksu, dzięki czemu jest odtrutką na dzisiejszą masową komputerową animację w stylu shrekopodobnym
Fot. Marjane Satrapi et Vincent Paronnaud

Międzynarodowy festiwal dokumentu Cinema Verite w Teheranie zdominowali Polacy. Iran oglądał filmy Kieślowskiego, Łozińskiego, Drygasa, Dziworskiego, a jedną z głównych nagród dostał Marcin Koszałka za "Istnienie"

ZOBACZ TAKŻE
Filmy


Kiedy się jedzie do Iranu, dobrze obejrzeć "Persepolis" Marjane Satrapi. W tym filmowym komiksie jest historia Iranu, z całym szaleństwem - nagłe przejście od dyktatury szacha do rewolucji islamskiej, która niesie kolejną dyktaturę.

W filmie Satrapi historię oglądamy z domu teherańskich inteligentów, wolnomyślicieli. Dziś w Teheranie, w podobnych domach, na powitanie gościa stawia się alkohol własnej produkcji lub przemycaną z Turcji whisky, skarży się na wszechobecną cenzurę religijną, obyczajową, polityczną i opowiada dowcipy podobne do tych, jakie opowiadano u nas w stanie wojennym.

Po przekroczeniu granicy, odczuwa się szok podwójności: co innego w środku, co innego na zewnątrz; co innego w myśli, co innego w publicznej mowie; co innego w domu, co innego na ulicy. W tym kraju nic nie jest już naturalne



W tym samym czasie, gdy u nas rządził WRON, w Iranie rozprawiano się z kontrrewolucją. Analogie są oczywiście dalekie, tamta opresja jest nieporównywalna z naszą, chodzi o perspektywę czasu: rygory stanu wojennego - który dla nas jest zamierzchłą przeszłością - tam wciąż trwają, w złagodzonej formie, pomimo internetu i telewizji satelitarnej, której nielegalne anteny poukrywane są sprytnie na dachach.

Można o tych problemach porozmawiać po angielsku w modnej teherańskiej kawiarni, pod portretami Che Guevary i Hemingwaya, przed którą sprzedaje się pirackie kopie hollywoodzkich filmów. Powstaje złudne wrażenie, że nadchodzi odwilż, sama, bez obcej interwencji. Czy dowodem odwilży nie jest festiwal Cinema Verite oblegany przez studencką publiczność, uśmiechniętą, pomimo narzucanego przez religijne zakazy smutku?

Zwiastun filmu ''Persepolis''


70 proc. ludności tego kraju nie przekroczyła trzydziestki. "Jesteśmy po Meksyku najmłodszym społeczeństwem na świecie" - chwali się szef programowy Cinema Verite, reżyser Massoud Bakhshi. To on zaprosił naszych reżyserów - Macieja Drygasa i Marcela Łozińskiego. Artur Liebhart, szef Planete Doc Review, poprosił o przygotowanie wielkiej panoramy polskiego dokumentu. Wspólne warsztaty filmowe planuje Maciej Drygas. Studio Kalejdoskop i TVP Poznań przygotowują się do pierwszej polsko-irańskiej koprodukcji - fabularyzowanego dokumentu o uratowanych w Iranie polskich dzieciach, którym udało się przyjechać z ZSRR z armią Andersa.

Iran rozgląda się za Polską, ale i my mamy interes, żeby tam być, bo w Iranie koncentrują się sprzeczności współczesnego świata.

Same paradoksy

Irańczycy są w niewoli formy. Kiedy ktoś na bazarze fotografuje kobiety w hidżabach i matrony w czerni, nie wie, co go czeka: uśmiech w nagrodę czy ukamienowanie. Choć zarazem w XIV-w. arcydziele perskiej poezji - pieśniach miłosnych Hafiza, które umieją na pamięć bazarowi sprzedawcy - panuje duch ekumeniczny i tolerancyjny: "Każdy swojej miłości/ pragnie - pijany czy trzeźwy;/ i dom miłości jest wszędzie - / w meczecie i w synagodze" (tłum. Władysław Dulęba). W islamskim świecie nie ośmielono się zabronić Hafiza, czyta się go i śpiewa tylko w wyborze i w ortodoksyjnej interpretacji. Bo werset o synagodze nie może brzmieć dobrze w kraju, gdzie jakikolwiek kontakt z obywatelem izraelskim jest zabroniony. Zachodnie reżyserki na festiwalu zakładają chusty. Wbrew intencjom purytańskich prawodawców hidżab nie ukrywa urody, ale ją podkreśla. W Iranie chusta ma znaczenie polityczne. - Minister kultury i dziedzictwa islamskiego zatrzymał mi film, bo miałam zły hidżab - mówi mi z uśmiechem teherańska dokumentalistka.

Irańska przewodniczka na powitanie podaje rękę i od razu uprzedza, że tego robić nie wolno. Nie chodzi tylko o tradycyjny obyczaj, który wypada uszanować, ale o przepis, podlegający kontroli Strażników Rewolucji, dokładnie tak, jak to jest pokazane w "Persepolis". Ale przepisy są omijane.

Kiedy mężowie wypływają na połów, kobiety zamknięte w domu całymi dniami oglądają amerykańską telewizję. I paradoksalnie, to właśnie one, mimo uwięzienia, poznają zróżnicowanie świata. Ale nie są w stanie zmienić swojej sytuacji



Po przekroczeniu granicy, odczuwa się szok podwójności: co innego w środku, co innego na zewnątrz; co innego w myśli, co innego w publicznej mowie; co innego w domu, co innego na ulicy. W tym kraju nic nie jest już naturalne.

Iran jest ojczyzną ketmanu - zamaskowania, udawanej wiary. Jak wiemy z "Szachinszacha" Kapuścińskiego szyici, będący dziś u władzy, przez wieki byli prześladowaną islamską sektą. Rewolucja duchowa, którą zapoczątkowali w 1979 r., zastygła w zewnętrznych formach - tak to wygląda w oczach młodych, wykształconych teherańczyków. O tym opowiadają irańskie filmy.

Dziś gra polega nie na ketmanie, ale na stopniowym przesuwaniu dozwolonych granic. Do tego służy kino. A zwłaszcza dokument, który z natury ma w sobie coś obrazoburczego - pokazuje życie, jakie jest, niepodlegające obróbce ideologii ani propagandy.

Festiwal Cinema Verite, odbywający się w jednym z głównych kin Teheranu, przypominał swoją naelektryzowaną atmosferą nasze festiwale dokumentalne z lat 70. i 80. I podobnie jak one, ma oficjalną fasadę, która nie przeszkadza świętu kina - teherański festiwal odbywa się w trzydziestą rocznicę zwycięskiej rewolucji islamskiej.

Jednym z najbardziej oklaskiwanych filmów były "444 dni" Mohammada Shirvani. Po latach spotykają się w dobrej komitywie dawni zakładnicy z amerykańskiej ambasady w Teheranie i islamscy rewolucjoniści, którzy ich więzili. Odtwarzają tamte wydarzenia. Irańczyk zwraca się do Amerykanina: "Wyście byli naszymi zakładnikami, ale my też byliśmy zakładnikami swojej sytuacji, swoich czasów". Same paradoksy: jeden z terrorystów, zafascynowany Ameryką jako "nowym społeczeństwem, bez tradycyjnych korzeni", przeciwieństwem Iranu, zakochał się w amerykańskiej studentce, która została jego żoną i przeszła na islam.

W filmie Shirvaniego - ubrana w przepisowy strój - mówi: "warunki, w jakich wtedy przetrzymywano Amerykanów, to był pięciogwiazdkowy hotel w porównaniu z bazą w Guantanamo". Obowiązkowa antyamerykańskość jest w tym filmie podszyta sympatią, poczuciem względności. To obudziło czujność Strażników Rewolucji. Podczas projekcji festiwalowej ktoś na widowni zaczął głośno protestować. Był to - jak nam później wyjaśniono - "basidżi", czyli ormowiec. Publiczność zagłuszyła go.

Nos to wolność

Podeszli do nas studenci. Chcieli rozmawiać o wszystkim, co im leży na sercu. Podziwialiśmy ich świadomośći własnej sytuacji, ich normalność. Słuchając ich, myślałem o "Persepolis". Irańska babcia daje tam wnuczce, wyjeżdżającej na Zachód, mądrą radę: "Cały świat jest pełen paranoi. Spotkasz w życiu wielu kretynów. Nie reaguj, nie ma nic gorszego niż gorycz i zemsta. Zachowaj godność. Bądź szczera wobec siebie". Z tą szczerością chyba jest najtrudniej. Iran jest krajem równocześnie zamkniętym i otwartym. Młodzi Irańczycy żyją w rozdarciu między własną, bardzo zróżnicowaną tradycją i zlaicyzowaną, płaską popkulturą, którą bombardują ich zachodnie media. Kino jest dla nich ostoją normalności, rodzajem duchowej ojczyzny - Tarkowski, Kieślowski, Polański.

Nagrodzony w jednym z konkursów irański film Rezy Haeriego "Ostatnia przymiarka" - portret mistrza krawieckiego, który szyje suknie dla ajatollahów - zawiera charakterystyczną sekwencję: oglądamy mułłów w fantazyjnych szatach, uchwyconych na ulicy z ukrytej kamery. Pod te obrazy podłożono skoczną muzykę Nino Roty ze sceny rewii mody kościelnej z "Rzymu" Felliniego. W lekki, aluzyjny sposób, tak że nie można się do niczego przyczepić, irański reżyser dotknął fundamentalnego problemu formy: treści duchowe, gdy stają się ideologią polityczną, zamieniają się w pusty, zewnętrzny ornament.

Irańczycy są w niewoli formy. Kiedy ktoś na bazarze fotografuje kobiety w hidżabach i matrony w czerni, nie wie, co go czeka: uśmiech w nagrodę czy ukamienowanie



Na ulicach Teheranu widać mnóstwo młodych kobiet z plastrami na twarzy. Operacje plastyczne nosów są na porządku dziennym, podobno wykonuje się ich rocznie koło 10 tysięcy.

W dokumencie "Nos w stylu irańskim" z 2005 r. Mehrdad Oskouei analizuje ten fenomen. Widzi w nim bunt pokolenia siłą wepchniętego, jak mówią nasi studenci, "w średniowiecze". Twarz jest jedyną częścią kobiecego ciała, wystawioną na widok publiczny. Mogą z nią robić, co chcą. Władza mówi wciąż o duchu, wobec tego oni chcą zmieniać ciało. Operacje nosów to w zamierzeniu akt indywidualnej wolności, który jednak w rezultacie staje się oznaką zniewolenia, zamianą jednej formy na drugą. Szkoda, że nie czytali Gombrowicza.

Wojna była dobra

Festiwal Cinema Verite robią trzydziestoparolatki, którzy podczas rewolucji islamskiej byli dziećmi. W swoim życiu doświadczyli dziejowego relatywizmu. Nie przypadkiem tak ich ciągnie do kina polskiego, tego z czasów PRL. Zaznali podobnej traumy, jak pokolenie Wajdy, Konwickiego - na ich oczach też upadały wiary i ideologie.

Dla Mehrdada Ouskouei kluczowym przeżyciem młodości była absurdalna, wyniszczająca ośmioletnia wojna z Irakiem. W jego filmie irański duchowny gloryfikuje przed kamerą tamte czasy: "Wojna była dla nas błogosławieństwem" - mówi. Dlaczego? "Tam nie było miejsca na hipokryzję. Była śmierć, było męczeństwo. Ludzie , którzy cierpieli na ciele, mieli więcej ducha, byli bliżej Boga". Stąd już krok do ideologii szahidów - poświęcenia dla ojczyzny, równoznacznej z Bogiem. Inny duchowny przyznaje: "religia, którą dajemy młodzieży, jest dla nich czymś anachronicznym". Oskouei zderza te słowa z wypowiedziami młodych, modnych Teherańczyków. Filmuje ich w górach, na nartach, w scenerii przypominającej Szwajcarię: "W ciągu ostatnich 25 lat - mówią - zniszczono u nas wiele wartości. Wiele sądów opiera się na zewnętrznych pozorach".

Temat operacji nosów jest dla Oskouei pretekstem do pokazania społeczeństwa stojącego na rozdrożu, rozdartego między pochodami biczowników a telewizją typu "fashion & life". Symbolem tego rozdarcia jest film Oskouei "Po drugiej stronie burki", nagrodzony przed paru laty w Krakowie: na wyspie Queshm żyje patriarchalna społeczność rybacka, gdzie mężatki noszą na twarzach rodzaj skórzanych kagańców. Kobiety mówią o sobie do kamery z pełną świadomością własnej sytuacji. Skąd ta świadomość? Bardzo proste: kiedy mężowie wypływają na połów, one, zamknięte w domu, całymi dniami oglądają amerykańską telewizję. I paradoksalnie, to właśnie one, mimo uwięzienia, poznają zróżnicowanie świata. Ale nie są w stanie zmienić swojej sytuacji. Czy zmieni ją film?

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne