Od niedawna
TVN nadaje od poniedziałku do piątku popołudniówkę "BrzydUla", pierwszą w historii polską adaptację latynoskiej (w tym przypadku kolumbijskiej) telenoweli. Produkcja jest nieźle obsadzona i zrealizowana z rozmachem, a ogląda ją - wg AGB Nielsen Media Research - średnio 1 mln 800 tys. widzów (nie jest to oglądalność powalająca). Jednocześnie amerykańską adaptację tej samej telenoweli - zatytułowaną "Brzydula Betty" - nadaje raz w tygodniu (w niedziele) "Dwójka" i zbiera przed telewizorem tyle samo widzów. Czyżby w polskich stacji telewizyjnych rozpoczynała się moda na klasyczną telenowelę? Nieoficjalnie wiadomo, że TVN planuje kolejne adaptacje, a 18 października śląska telewizja regionalna Silesia wystartowała z brazylijską "Niewolnicą Isaurą" - pokazuje wersję oryginalną (emitowaną z wielkim sukcesem już w 1984 r.), ale tym razem z dubbingiem w gwarze śląskiej.
Donata Subbotko: Na czym polega fenomen kolumbijskiej "Brzyduli Betty", której amerykańską adaptację emituje teraz TVP 2, a polską - pt. "BrzydUla" - wyprodukował TVN? Paweł Nowicki: Gdybym wiedział, dlaczego "Yo soy Betty, la fea" odniosła taki sukces, byłbym jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Producenci szukają recept, co jakiś czas ogłaszają, że taką mają, ale po chwili okazuje się, że to nieprawda. Sam Fernando Gaitán, autor "Betty", też jej nie ma, choć to jeden z najwybitniejszych scenarzystów telenowel. Ale rzeczywiście międzynarodowy sukces tego formatu jest niezwykły. Został sprzedany do 92 krajów. W Polsce "Betty" w wersji oryginalnej, kolumbijskiej, nadawała kiedyś TVN, ale z najlepszym odbiorem się wtedy nie spotkała.
Może więc adaptacje sprawdzają się lepiej. Czym "Betty" podbija widzów? - To "Kopciuszek" połączony z "Brzydkim kaczątkiem". Gdyby nie było nadziei na przemianę w łabędzia, ludzie przełączyliby się na inny kanał. Brzydota bohaterki jest tylko maską, chwilowym przebraniem. Produkcja kolumbijska zawdzięczała to przebranie tytułowej bohaterce Anie Mar~i Orozco, która przyszła na casting z taką propozycją. Wiem, że nikt czegoś takiego nie oczekiwał, nikomu wtedy nie przyszło do głowy, że brzydotę bohaterki można wziąć w nawias - a gdyby nie było nawiasu, nie byłoby sukcesu. Brzydota bohaterki ułatwia kibicowanie jej. Bo jest pokrzywdzona, gorsza, "ukarana", a wcale sobie na to nie zasłużyła. Punkt wyjścia - gdzie umieścić brzydulę? Tam, gdzie nie będzie pasowała. W domu mody. Całość przedstawiona jest z humorem, który jest specjalnością kolumbijskich telenowel. A poza tym to wszystko jest napisane jasno. Wiadomo, kto jest kto, jaką gra rolę w opowiadaniu i czego chce. Warto może dodać, że tworząc tę telenowelę, w Kolumbii nie liczono na sukces. Miała to być produkcja tania, typu B, więc nikt się nie spinał i nie nadymał.
Czyli mimo humoru to ciągle klasyczna telenowela?
- Tak. Ten, którego Ona kocha, jest od początku jej wrogiem. Bohaterka walczy i wygrywa, pokonuje przeciwników nie podstępem, ale dzięki swoim przymiotom. Najważniejsze, że kobieta zwycięża, nie sprzeniewierzając się sobie. Opowieści, że "Betty" jest telenowelą rewolucyjną czy antytelenowelą, to bzdura.
"Niewolnica Isaura" to największy telewizyjny przebój PRL. Teraz będzie dubbingowa w regionalnej telewizji Silesia w śląskiej gwarze. - Dubbing niczego nie zmienia. W Ameryce Łacińskiej prawie wszystko się dubbinguje. Oczywiście śmiesznie brzmią Glenn Close czy Robert Redford mówiący po hiszpańsku z akcentem kubańskim czy argentyńskim, ale to kwestia przyzwyczajenia.
"BrzydUla" jest komediowa, a "Isaura" ze śląskim dubbingiem też chyba nie zabrzmi poważnie. Polacy nie są w stanie serio traktować tego gatunku? - Co innego humor w telenoweli, który jest dziś właściwie elementem obowiązującym, a co innego żartowanie z gatunku czy może bardziej z konwencji melodramatycznej. Historia telenoweli zaczyna się w latach 50., więc dość szybko zaczęto bawić się gatunkiem. "Muneca brava", która chodziła w Polsce pt. "Zbuntowany anioł", też była zrealizowana z przymrużeniem oka. A czy my nie potrafimy na serio traktować tego gatunku? Nie wiem, ale niewątpliwie mamy problemy z pewnymi rodzajami melodramatu.
Dlaczego każda telenowela jest o tym samym? - Tego od gatunku oczekuje publiczność. Telenowela zwykle opowiada o wielkiej, niemożliwej - to nie to samo co nieszczęśliwej - miłości. Tak jak opera mydlana opowiada o perypetiach rodzinnych lub grupy sąsiadów, drużyny, przyjaciół etc. Próby przekroczenia schematu kończą się zwykle klęską.
Bohaterką telenoweli musi być kobieta, a historia kończyć się szczęśliwie? - W większości przypadków tak. Dlatego, że telenowela jest gatunkiem przeznaczonym dla kobiet. Najważniejsza jest intryga, a nie akcja, która interesuje mężczyzn. Zdaję sobie sprawę, że odwołuję się do uproszczonego podziału na to, co żeńskie i męskie, ale w praktyce to się sprawdza.
Telenowela ma zawsze happy end, bo tego oczekują widzowie. Dwa znane mi eksperymenty z nieszczęśliwymi zakończeniami same się nieszczęśliwie zakończyły. W pierwszym stacja przez prawie rok walczyła o odbudowę oglądalności. W drugim argentyńskiego scenarzystę Alberto Migré oblano pomyjami i musiał publicznie tłumaczyć się ze swojego pomysłu.
Z czego widz czerpie satysfakcję, skoro jest w stanie przewidzieć, co się wydarzy? - Właśnie z tego. Ludzie wolą tańczyć przy muzyce, którą znają, oglądają te same filmy po kilka razy i - z przygotowanymi chusteczkami - płaczą za każdym razem. Satysfakcja z niespodzianki jest elitarna - dotyczy raczej "dzieł", nie "produktów". W przypadku "produktu" to konsument wie, jak ma smakować hamburger, a nie ten, który go przygotował. Podobnie z telenowelą - przewidywalność jest niezbędna. To nie same odcinki zapewniają sukces telenoweli, ale to, co się dzieje w tzw. międzyczasie - czyli dyskusje ciotek, plotki i prognozowanie, co się wydarzy. Jeżeli tego zabraknie, będzie klapa. Cabrujas, nieżyjący już wenezuelski scenarzysta, mówił, że nie jest ważne, co się wydarza, ale jak się wydarza. I to interesuje widownię. Poza tym najczęściej najwyższą oglądalność seriale osiągają wtedy, kiedy w odcinkach nic się nie dzieje.
W Polsce myli się pojęcia serialu, telenoweli i opery mydlanej. Czym się różnią? - W Polsce "telenowela" to inwektywa. Mówimy "telenowela" o czymś, co jest nudne, powtarzalne, głupie i nie ma końca, dlatego wolimy używać słowa "serial".
Kiedyś w ZAIKS-ie zapytano mnie: "To ile ten serial ma odcinków? Bo jeżeli więcej niż 30, to znaczy, że to telenowela". A telenowela jest gatunkiem, który ma koniec. Format dzisiaj to ok. 120 odcinków godzinnych lub 240 półgodzinnych. My w Polsce produkujemy coś zbliżonego do mydlanej opery, która ciągnie się w nieskończoność i nie ma zaplanowanego zakończenia - nazywamy to "serialem obyczajowym". Znaczy to mniej więcej tyle, że będzie o życiu.
Z drugiej strony nazywamy "serialem" wszystko, co składa się z odcinków. Ktoś kiedyś porównywał nawet oglądalność telewizyjnej wersji "Ogniem i mieczem" z "Klanem" i "Zbuntowanym aniołem" - a to tak, jak porównywać żubra z kotem i iguaną.
Telenowela jest chyba starsza niż telewizja? - Telenowela wpisuje się w tradycję ustną, nie literacką i nie dramatyczną. Jej babką była powieść w odcinkach, a matką radionowela. Uważa się, że źródeł trzeba szukać na Kubie: w fabrykach cygar zatrudniano lektorów, którzy czytali pracującym kobietom powieści i przerywali w najciekawszym momencie - w ten sposób właściciel zapewniał sobie obecność pracownic następnego dnia. Pierwszą radio-, a później telenowelą była "El Derecho de nacer" (1948) Féliksa Caigneta. Potem telenowela trafiła do innych krajów latynoskich i tam powstawały już wersje narodowe. W Argentynie mówi się o wpływie argentyńskiego cyrku i radioteatru, a w Kolumbii telenowela wyrosła z tutejszego teatru telewizji.
Telenowele są popularne tylko w krajach słabo rozwiniętych? - Tak, w krajach, gdzie kobiety nie mają tych samych praw co mężczyźni i w większym czy mniejszym stopniu są im podporządkowane. Telenowela ten stan rzeczy potwierdza.
***
Paweł Nowicki - reżyser teatralny. Pod koniec lat 80. wyjechał do Ameryki Łacińskiej. Zrealizował tam ponad 30 przedstawień teatralnych, wykładał w Meksyku i Kolumbii. Był dziekanem wydziału sztuk scenicznych w ASAB (Akademia Superior de Artes de Bogotá). W latach 90. realizował w Kolumbii telenowele, a od 2000 r. także w Polsce. Autor książki "Co to jest telenowela".