Małgorzata I. Niemczyńska, Jerzy Armata: Historia w "Rysie" jest wpisana w cztery pory roku. Razem ze spadkiem temperatury zmieniają się relacje między bohaterami.
Marcin Koszałka: Główny kod, jaki zaproponowałem reżyserowi, to zmiana barw. W miarę rozwijania się akcji stają się coraz chłodniejsze. W scenariuszu ujął mnie pomysł przedstawiania krakowskich Plant cały czas z jednego punktu widzenia. One mają swój rytm. Kamera regularnie pokazuje jedno miejsce, zmieniają się tylko pory roku. Dużo jest dłuższych, klasycznych ujęć - ktoś wchodzi, wychodzi z kadru, kadr zostaje na chwilę pusty.
Albo - jak w scenie z Jerzym Nowakiem - bohaterowie zostają sami w rogu ekranu, a przed nimi roztacza się niemal pusta przestrzeń.
- W tej scenie bohater za chwilę odda pod siebie mocz. Niby z powodu demencji starczej nic nie wie, ale jednak są w nim echa przeszłości. Być może nie ujawnia informacji, bo nie chce ich ujawnić. Nie wiemy tego i to właśnie jest ciekawe. W jednej chwili staje się samotny, jak dziecko przerażony, bo opiekująca się nim krewna zostawia go w pokoju samego z dociekliwym gościem. Ogarnia go pustka dziecka-starca. Dlatego ten kadr jest taki szeroki.
Ciemne wnętrza odzwierciedlają rozpacz bohaterów?
- My, operatorzy, lubimy ciemne wnętrza, które mają okna i wiele planów. To rzeczywistość głębinowa. Mieszkanie, w którym kręciliśmy zasadniczą część "Rysy", właśnie takie było. Z tą ciemnością był nawet trochę problem. Meble, ściany, zasłony wszystko było ciemne. Musieliśmy uważać, żeby nie zatopić filmu w totalnej czeluści. Ale to mieszkanie mnie zaskoczyło. Było prawie gotowcem. Ktoś żył w tym mieszkaniu i przez lata utrzymywał je w dawnym angielskim stylu. Idealne dla starzejącego się małżeństwa inteligentów. Scenograf przyniósł tylko parę rekwizytów.
W "Rysie" najbardziej wymowne wydają się właśnie sceny bez słów. To pole do popisu dla operatora.
- Kamera obserwuje relacje pomiędzy nimi niemal przez cały film chłodno. Pozostaje z boku, czasem nawet za szybą. W filmie znalazła się tylko jedna scena, w której kamera przyspiesza. To zresztą jedyna scena kręcona z ręki. Kiedy przyjeżdża córka bohaterów, grana przez Kingę Preis, kamera staje się nerwowa, jest uczestnikiem dramatu. Reżyser od razu kupił ten pomysł.
To chłodne oko obserwatora bierze się z twojego kina dokumentalnego?
- Chyba nie, wiele filmów tak się robi. Większość rzeczy robię intuicyjnie - ustawiam światło czy komponuję kadry. Nie analizuję ich. Często, gdy czytam recenzje z moich dokumentów, okazuje się, że krytyk zobaczył w mojej pracy coś, czego ja wcześniej w ogóle nie dostrzegłem.
Źródło: Gazeta Wyborcza