Tegoroczny festiwal - jeszcze większy, jeszcze bardziej rozbuchany niż poprzednie - miał wyjątkowo mocne otwarcie. "Cztery noce z Anną", znakomity, owiany sławą Cannes film Jerzego Skolimowskiego, zasadza się na paradoksie. Z matematyczną niemal precyzją opowiada historię szaleństwa i miłosnej obsesji.
Spektakl tragicznej miłości rozgrywa się tu między dwojgiem ludzi na pozór z romantyzmu odartych - Anny (Kinga Preis), pielęgniarki ani pięknej, ani nie eksponującej swojej kobiecości, oraz Leona (Artur Steranko), który w śmierdzącej piwnicy spala "odpady" (również ludzkie) ze szpitala. Sceną jest mazurskie wyludnione, mroczne miasteczko - sceną, po której wszyscy poruszają się tymi samymi wciąż ścieżkami. Leon chce poza ten codzienny teatr wyjść, zrobić w nim wyłom, ale reakcją na jego piękne, szaleńcze gesty jest tylko drwiący śmiech.
Skolimowski brawurowo
gra z przyzwyczajeniami widza - antypatyczny, nieco ociężały, lekceważony przez otoczenie bohater jest tak naprawdę najbardziej normalny ze wszystkich. Intryga, którą przeprowadza, nie jest intrygą dziwaka ani mordercy, ale człowieka, który chce się komuś bezinteresownie oddać.
Przewrotność "Czterech nocy z Anną" polega jednak i na tym, że film wobec tej miłości każe być widzowi podejrzliwym. Leon nie tyle kocha konkretną osobę, ile raczej jej obraz oglądany codziennie przez okno. Zamiast zbliżyć się do Anny, ze szlachetnych pobudek dokonuje na niej w pewnym sensie gwałtu. Być może najważniejszy jest tu właśnie wątek podglądania i okna. Bo "Cztery noce " to również prowokacyjny film o bliskości zapośredniczonej, iluzji kontaktu. O teatrze efektownych gestów, które często bezradnie próbują pokonać obcość świata. Czy nie na tym właśnie polega - sugeruje Skolimowski - kino?
Podczas pierwszego pokazu "Czterech nocy " Skolimowski nie szczędził żartów i komentował m.in. gorący temat polskiej prasy, czyli konflikt prezydenta z szefem
MSZ. Odpowiedzią dla Skolimowskiego okazał się drugi tytuł otwierający festiwal - "Boski" Paola Sorrentino. Zaczyna się jak parodia filmów gangsterskich - strzelaniny i wideoklipowo zmontowane obrazy trupów, a w tle energetyczne "Toop Toop" zespołu Cassius. Ale żart to na serio - bohaterem jest przecież Giulio Andreotti, włoski polityk i wieloletni premier, a fabuła na granicy szarży i kpiny odwołuje się do faktów.
Andreotti zachowuje się w filmie jak kukła. Postać nierealna. Prawi bon moty - "księża głosują, Bóg nie" - filozofuje, błyszczy na salonach, a jednocześnie prowadzi perfidną grę o władzę, dla której, jak sugerują twórcy, jest w stanie zorganizować porwanie, a nawet morderstwo. We Włoszech wszystkie postaci i intrygi odczytywane są w sposób dosłowny. Polski widz może się w meandrach włoskiej historii pogubić, ale uniwersalne przesłanie odczyta bez trudu: tak również może wyglądać polityka. Tak czasem wygląda. Chociaż na podobny w duchu, ostry, przerysowany, a jednocześnie uwodzicielski film o politykach znad Wisły raczej nie ma co liczyć.
W konkursie głównym najmocniejszym tytułem był jak dotąd "Jezus Chrystus Zbawiciel" - dokument Petera Geyera, który zmontował słynny monolog Klausa Kinskiego z roku 1971.
Na pustej scenie słynny aktor Herzoga (w dżinsach) wciela się w oskarżyciela Chrystusa, a jednocześnie sam chce być kimś w rodzaju Zbawiciela pouczającego zagubione dusze. Z sali padają na przemian brawa i okrzyki wściekłych widzów, ktoś wchodzi na scenę, ochroniarz usuwa go siłą. Kinski coraz bardziej wychodzi z roli, rzuca wyzwiska, ale do końca zostawia widza w niepewności. Może to wszystko jest zaplanowaną częścią happeningu? A może faktycznie chodzi o głos artysty, który chce przekroczyć ramy spektaklu i sprowokować do dyskusji o sprawach najważniejszych?
Podobny charakter miał skrajnie inny obraz, który stanie się zapewne symbolem tegorocznego festiwalu - "Mana Waka" z Nowej Zelandii. Film, którego nie ma w bazie imdb., a w sobotę wieczór przed niewielką salą kina Helios tłumy. Dlaczego ten maoryski dokument jest tak skrzętnie skrywaną tajemnicą (seans we Wrocławiu to pierwszy publiczny pokaz poza Nową Zelandią)?
Niezwykły był już początek. Himiona Grace, syn najsłynniejszej maoryskiej pisarki Patricii Grace, powitał widzów pozdrowieniem „Ki Ora!” i przez kilkanaście minut opowiadał po maorysku historię swojego narodu - od legendarnej wyprawy w siedmiu wielkich łodziach do brzegów Wyspy Północnej w VIII w. n.e., przez traktat z Waitangi w 1840 (Maorysi uznali wówczas władzę Brytyjczyków w zamian za prawo do swoich ziem), aż po lata 40. XX wieku. O XIX-wiecznych krwawych walkach z Anglią (opowiada o nich m.in. pokazywany na festiwalu obraz „River Queen” Vincenta Warda) mówił krótko: „wielu Maorysów straciło wówczas swoją » mana «”. A „mana” to godność, szacunek, prestiż.
Pod koniec lat 30. maoryska księżniczka Te Puea postanowiła zbudować siedem wielkich łodzi - waka taua: by upamiętnić stulecie traktatu z Waitangi, nawiązać do pamiętnej wyprawy sprzed wieków, ale też odzyskać dla swego ludu utraconą "mana". Budowę rejestrował przez trzy lata po raz pierwszy pracujący z kamerą fotograf R.G.H. Manley. Ale materiał zmontowany został dopiero w roku 1990 przez reżyserkę Meratę Mitę.
"Mana Waka" jest więc dla Maorysów czymś więcej niż filmem. To rodzaj narodowego skarbu, niemal relikwii. Formalnie dokument przypomina nowohoryzontowe "kino nudy" - bez akcji, najeżonej zaskoczeniami fabuły. Przez blisko półtorej godziny przyglądamy się mężczyznom, którzy tną drewno, żłobią w nim precyzyjne ornamenty, ogromne
łodzie przenoszą za pomocą maszyn i zwierząt. Sens jest jednak jasny - ciężka fizycznie, benedyktyńska praca (nie w pełni, z powodów finansowych, skończona) staje się niemal religijnym rytuałem.
Niedopieszczone, "kanciaste" obrazy każą podobną perspektywę przyjąć widzowi. "Mana Waka" - jak pieśń, którą zaintonował Himiona Grace przed pokazem - to zaproszenie do uczestnictwa w misterium, w którym chodzi o sprawy najważniejsze: przyszłość narodu i jego godność, poczucie wspólnoty i wierność przodkom. Trudno dziś o kino, które stać na podobny gest - stąd zapewne obawy maoryskiej społeczności, która niechętnie film pokazuje. A jednak pokazać czasem warto - we wrocławskim multipleksie, po serii mniej lub bardziej idiotycznych reklam, publiczność siedziała jak w transie.