http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Jarocin odpunkowany

Tomasz Janas, Jarocin
2008-07-21, ostatnia aktualizacja 2008-07-21 09:32

Wczoraj zakończył się festiwal Jarocin 2008. Kojarzony przede wszystkim z punkiem, teraz ma być ponadgatunkowym świętem muzyki

ZOBACZ TAKŻE
Legenda jarocińskiego festiwalu jest wciąż wyzwaniem dla jego organizatorów, którzy próbują nawiązać do najlepszych lat z historii, a zarazem nadać mu nową formułę. Powoli to się udaje. Objawem zmieniającej się konwencji jest liczniejszy niż przed laty udział gwiazd zagranicznych i coraz lepszy poziom artystyczny występujących w Jarocinie kapel rockowych.

W tym roku zaproszono pięcioro brytyjskich wykonawców, w tym trzy gwiazdy - Bretta Andersona, Petera Murphy'ego i Asian Dub Foundation. Anderson i Murphy wielką sławę zdobywali, stojąc przed laty na czele kultowych zespołów - pierwszy Suede, drugi - Bauhausu. Dziś artystyczny dorobek sprzed lat wciąż stanowi znaczącą część ich koncertowego repertuaru i - co chyba nie dziwi - jest zdecydowanie najlepiej witany przez publiczność.

Lepsze wrażenie zostawił po sobie Murphy. Skromny skład instrumentalny jego zespołu grał sugestywną, choć pozbawioną technicznych fajerwerków muzykę. Bauhaus uważany jest za prekursora rocka gotyckiego. Echa tego nurtu pojawiały się oczywiście podczas jarocińskiego koncertu. Gdy nad łąką festiwalową popłynęły słowa słynnego hitu "Bela Lugosi is dead" - na niebie pojawiły się błyskawice. I jak tu nie wierzyć w siłę muzyki Murphy'ego!

Anderson zagrał koncert dobry, choć nierówny. Dotkliwa była różnica między dawnym i nowym repertuarem. Melodyjny, jasny, śpiewny głos wokalisty nie wystarczał już przy słabszych, nowych piosenkach. Znacznie więcej emocji budziły stare hity Suede - nie tylko dlatego, że lepiej znane. "Beautiful Ones", "Can't Get Enough" czy "Everything Will Flow" nadal mają w sobie rockową moc. Niemniej liczba osób pod sceną Andersona z każdą chwilą malała - niewielu dotrwało do końca. Cała łąka pod festiwalową sceną zafalowała za to (choć było już po północy) następnego dnia, gdy estradą zawładnęli muzycy Asian Dub Foundation. Wybuchowa mieszanka, którą współtworzą elementy hip-hopu i bhangry z punkową niemal mocą i mocnym społecznym przekazem, została owacyjnie przyjęta przez słuchaczy. Mimo pozorów spontaniczności ADF to jednak doskonale zaplanowany mechanizm - co może być i pochwałą, i zarzutem.

Świetne koncerty dawali też polscy wykonawcy przyjmowani przez festiwalową publiczność równie gorąco jak brytyjskie gwiazdy rocka. Jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń festiwalu był koncert grupy Strachy na Lachy z numerami z nowego albumu "Zakazane piosenki". Zespół po raz kolejny sięga do cudzej twórczości, tym razem po bardziej i mniej znane niezależne piosenki lat 80. W samym projekcie i podczas koncertu wystąpili liczni goście, m.in.: Renata Przemyk, Tomasz Budzyński, Gutek z Indios Bravos czy Spięty z Lao Che. "Marmur" grupy Holy Toy zabrzmiał niemal w klimacie ska, podobnie jak "Idzie wariat" Rejestracji, a z kolei "Fabryka" Dezertera - prawie industrialno-elektronicznie. Świetna była "Wyspa syren" Lluisa Llacha zaśpiewana przez Tomasza Budzyńskiego. Co ciekawe, mimo obecności tego ostatniego, pamiętny song Siekiery "Idzie wojna" Grabaż powierzył Renacie Przemyk.

Dla wielu kontestatorów obecnej, niepunkowej formuły festiwalu jedną z najbardziej kontrowersyjnych gwiazd tegorocznej edycji miała być właśnie Przemyk. Tymczasem artystka, dając solowy koncert, została owacyjnie powitana przez publiczność. Więcej - dała jeden z lepszych koncertów całej imprezy.

W świetnej formie wokalnej była też Nosowska. Zaśpiewała kawałki z płyty "UniSexBlues". Na okładce płyty artystka nazywana jest Madame - i tak też prezentowała się na jarocińskiej scenie: włosy w kok, elegancka, błyskająca cekinami spódnica, buty na wysokim obcasie.

Festiwal w Jarocinie to nie tylko gwiazdy, ale też tradycyjny konkurs dla młodych zespołów. Nagrodę jury zdobył warszawski Reverox, który gra mocny rock w klimacie indie. Wyróżnienia otrzymały Chemical Garage (melodyjny kalifornijski punk), Labirytm (hip-hop w rytmie funk) i Rockaway, którzy sami określają swoją muzykę jako heavy-roll-big-beat, co sprowadza się do prostego, gitarowego rocka. Tę ostatnią grupę nagrodzili też słuchacze.

Skoro o publiczności mowa - okazało się, że Jarocin jest prawdziwie międzypokoleniowym festiwalem, i to zarówno na scenie, jak i pod nią. Najmłodszy z festiwalowiczów nie rozstał się jeszcze ze smoczkiem, a wśród najstarszych byli tacy, którzy do grona seniorów zaliczali się już w pierwszych latach jarocińskiej imprezy. I młodzi, i starsi bawili się doskonale zarówno przy rozkołysanym, pełnym jasnych barw graniu grupy Vavamuffin, jak i przy porywającym miejskim folk rocku grupy Lao Che. Inna sprawa, że organizatorzy życzyliby sobie pewnie liczniejszej rzeszy słuchaczy - w najlepszy pod względem frekwencji sobotni wieczór było nieco ponad osiem tysięcy osób. Przed organizatorami stoi więc trudne zadanie. Na zagęszczającej się mapie wakacyjnych imprez rockowych w Polsce coraz trudniej wyraźnie wyrysować własny, odrębny ślad.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':