Na przełomie 1994 i 95 roku Bristol był muzyczną stolicą świata. Krytycy muzyczni rozpisywali się o zjawisku zwanym Bristol soundem lub trip-hopem.
Mieli o czym pisać. Wywodzące się z Bristolu trio Massive Attack wydało właśnie drugi album "Protection", z serią światowych hitów, który wylądował w pierwszej dziesiątce listy "Najfajniejszych płyt wszech czasów" magazynu "Rolling Stone". Niedawny współpracownik Massive Attack, Tricky, pracował na własne konto pierwszymi, znakomicie przyjętymi przez prasę singlami i debiutanckim albumem "Maxinquaye".
No i był jeszcze Portishead ze swoim pierwszym albumem "Dummy". Najważniejszy chyba sprawca całego zamieszania.
O ile niezwykle klimatyczna, czasami trochę senna, czasami motoryczna, ale zawsze tonąca gdzieś w oparach narkotykowego dymu muzyka Massive Attack czy mroczne i zakręcone kompozycje Tricky'ego brzmiały niczym idealne pozycje na afterparty i przemawiały przede wszystkim do wielbicieli clubbingu, o tyle Portishead z neurotycznym, klaustrofobicznym klimatem swoich piosenek takich jak "Glory Box", "Sour Times" czy "Roads" trafił w oczekiwania o wiele szerszej publiczności.
Utwory oparte zarówno na rytmach zsamplowanych ze starych przebojów soulowych, jak i brzmieniach "pożyczonych" z filmów z lat 60., archaiczne, analogowe dźwięki instrumentów wykorzystywanych przez zespół i przede wszystkim niesamowity, rozwibrowany, pełen emocji głos wokalistki Beth Gibbons uczyniły z grupy prawdziwą gwiazdę.
Ale Portishead nigdy nie chciał być gwiazdą. Muzycy grupy zawsze unikali rozgłosu, ograniczając do minimum liczbę udzielanych wywiadów. Ta szczególna niezależność znajdowała też wyraz w aktywności artystycznej formacji. Po sukcesie "Dummy", druga płyta "Portishead" przyniosła muzykę jeszcze bardziej zimną, niepokojącą, a przede wszystkim niekomercyjną, jakby zespół chciał się odciąć od swojego sukcesu. Kojarzona z triphopową rewolucją i samplingiem grupa odwróciła się też od technologii, czego efektem była nagrana w bardzo tradycyjny sposób z towarzyszeniem orkiestry płyta "Roseland NYC Live", zawierająca koncertowe wersje ich wcześniejszych piosenek. Po jej wydaniu w 1998 Portishead zamilkł. Aż do teraz. I trzeba przyznać, że przerywa milczenie w bardzo spektakularny sposób. Po raz kolejny grupa udowadnia, że nie w głowie jej ani przestrzeganie zasad rządzących show-biznesem, ani schlebianie gustom fanów. Rozsądek nakazywałby powrót z muzyką, która od razu trafiłaby do stęsknionych za ich brzmieniem fanów. Portishead wybrał jednak dużo bardziej ryzykowną drogę - zamiast odcinać kupony od dawnej sławy, postawił na kreatywność i przypomina się płytą, którą równie dobrze mógłby nagrać pod zupełnie inną nazwą. Co na "Third" zostało z dawnego Portishead? Niezwykle sugestywny, neurotyczny klimat oraz przywiązanie do oldskulowych instrumentów. I tyle. Nawet głos Beth Gibbons - choć wokalistka wciąż śpiewa nieco lękliwie niczym mała, przestraszona dziewczynka - brzmi tu nieco inaczej - bardziej czysto, swobodniej, a mimo to jednocześnie jeszcze bardziej przytłaczająco. Przez to zresztą idealnie pasuje do nowych kompozycji Portishead. Pasuje klimatem, bo nie samym brzmieniem. Jest raczej kontrapunktem dla zimnych, czasem bardzo agresywnych dźwięków dominujących na "Third".
Nowe Portishead, podobnie jak na wcześniejszych płytach, sięga w przeszłość. Tyle że tym razem zagłębia się w zupełnie nowe, cokolwiek nieoczekiwane rejony. Pierwsze wrażenie - zespół znalazł nową inspirację na zimnofalowych i gotyckich płytach z przełomu lat 70. i 80. Ten nerwowy rytm z otwierającego album "Silence", te brzmienia bębnów i gitary w "We Carry On", zimny elektroniczny rytm i dźwięki instrumentów klawiszowych w singlowym "Machine Gun" - wszystko to słyszeliśmy już wcześniej gdzieś na najbardziej mrocznych fragmentach dawnych płyt Joy Division, Bauhausu czy The Cure. Portishead podaje te elementy na swój sposób zdekonstruowane i poukładane na nowo, ale mimo to zdaje się potwierdzać, że trip-hop był swoistą zimną falą pokolenia clubbingu.
Im dłużej jednak słuchamy "Third", tym bardziej te powierzchowne zimnofalowe skojarzenia blakną. Portishead tak naprawdę sięgnął jeszcze dalej. Niby "Plastic" brzmi jak wywrócony do góry nogami popowy przebój z lat 60., niby "Deep Water" zaskakuje akustycznymi, folkowymi brzmieniami, na tle których Gibbons wyśpiewuje melodię nieomal wyjętą żywcem z jakiegoś przeboju z lat 30. Nad większością utworów unosi się jednak duch wczesnej anglosaskiej psychodelii i - przede wszystkim - kraut-rocka. "Silence", "Nylon Smile", "The Rip" czy "Threads" mają zaskakująco sporo wspólnego z nagraniami Can, Neu! czy wczesnego Tangerine Dream. Niemożliwe? A jednak! Kompozycje Portishead pozostają przy tym wszystkim bardzo sugestywne, plastyczne, nieomal filmowe (kariera grupy rozpoczęła się przecież od realizacji inspirowanego dawnymi szpiegowskimi dramatami filmu "To Kill A Dead Man"). Tyle że teraz zamiast oldskulowych sensacji grupa mogłaby ilustrować raczej jakieś tanie włoskie czy hiszpańskie horrory z lat 60. (posłuchajmy chociażby "Small"!).
Takie Portishead to już nawet nie zaskoczenie. To szok. Ale nie warto trzymać się dawnych skojarzeń. "Third" trzeba dać szansę. Chociażby dla najpiękniejszego na całej płycie "Magic Doors", w którym Beth Gibbons skutecznie przypomina, dlaczego kilkanaście lat temu zaczarowała nas swoim głosem. Robi to trochę na przekór samej piosence, w której fantastyczną linię melodyczną rozbija co chwilę neurotyczny saksofon. Zupełnie jakby Portishead chciało świadomie zamordować piosenkę, która mogłaby się stać wielkim radiowym hitem. Do takich gestów zdolni są tylko geniusze albo szaleńcy. W przypadku Portishead stawiam na to pierwsze.
Źródło: Gazeta Wyborcza