Wiedzą o tobie wszystko. Przysyłają życzenia urodzinowe i scenariusze romantycznych weekendów, kiedy zbliża się rocznica twojego ślubu. Polecają hotele w miejscach, w których spędzasz wakacje. Podają linki do klinik psychiatrycznych, jeśli zwierzałeś się komuś z załamania nerwowego. Kiedy umawiasz się na kawę, przysyłają adres sklepu z porcelaną. Jeśli przepraszasz za spóźnienie, proponują nowy zegarek. Stać cię na drogi? Nie dostaniesz oferty Seiko, napisze do ciebie Patek.
Obok swoich maili możesz znaleźć reklamy związane z treścią korespondencji. Jakbyś wrzucał do skrzynki pocztowej przezroczyste, niezaklejone koperty. Serwis
Gmail wie, jakie kupuję książki i płyty. Zaprasza do sklepu
Amazon, kiedy ukazuje się nowa powieść mojego ulubionego autora. Wie, ile płacę księgowej, która wysyła rachunki mailem, i jak nazywają się inni jej klienci. Każdemu podpowiada adres tańszego biura. "Sprawdź, czy do siebie pasujecie" - czytam przy mailu od przyjaciela. Kiedy piszemy, że z wyjazdu do Brazylii trzeba zrezygnować, bo za drogo, do listów przyklejony jest link: "Last minute. Podróże tanio. All inclusive".
Ktoś czyta moje listy! Australian Airlines przyznały się niedawno, że na podstawie informacji ze skrzynek pocztowych, serwisów społecznościowych i transakcji online kartami kredytowymi każdemu klientowi proponują w internecie inną cenę biletu. Przedstawiciel linii w rozmowie z "New York Timesem" powiedział, że takie rozwiązanie stosuje się powszechnie, choć nie wszyscy się do tego przyznają.
Kogo to interesuje? Zapytałam znajomych. "Piszę z Outlooka, żeby nie czytać reklam", "Ktoś zna treść moich maili. Nie godzę się, nawet jeśli to maszyna".
- Nie chcę, żeby marketing właził w skrzynkę pocztową - mówi prof. Hanna Palska, socjolog z Collegium Civitas. - Chcę czuć się przynajmniej w jakimś obszarze wolna w swojej prywatności, móc się zachowywać swobodnie przynajmniej pod jakimś adresem albo numerem telefonu. Żadne zdrowe społeczeństwo nie zgodzi się na utratę prawa do prywatności. Dowodem mogą być sytuacje polityczne w Polsce sprzed kilku miesięcy, kiedy straszyło się hakami i nagraniami z ukrytych kamer, mówiło się, że gdzieś coś jest zapisane, nie tylko w tych starych teczkach, ale też w teraźniejszości, bo bez przerwy komuś udostępniamy dane.
Wszyscy są w rękach wszystkich Młodzi mniej dbają o prywatność w internecie. Choćby dlatego, że są użytkownikami serwisów społecznościowych, w których otwartość jest najważniejszą zasadą gry. Kiedy kilka lat temu klienci Intela i Microsoftu protestowali, gdy dowiedzieli się, że można ich rozpoznać w internecie po numerach identyfikacyjnych, które wysyłają ich komputery. Zaproponowano oprogramowanie, które pozwala wyłączyć tę opcję. Jednak nie wszyscy korzystali, podobnie jak nie wszyscy włączają opcję prywatnego szukania, kiedy korzystają z Google. Przy rejestracji w sklepach online podajemy informacje o sobie, akceptując obietnicę, że firma nie będzie sprzedawać naszych danych. Jednak nikt nie obiecuje, że nie będzie ich kupować. Informacjami o nas mogą się dzielić nie tylko agencje reklamowe i marketingowe, mogą z nich korzystać również twórcy rządowych baz danych.
- Wszyscy są w rękach wszystkich - mówi Hanna Palska. - Gdzieś w wielkich serwerowniach świata zapisywana jest cała moja poczta. Banki danych będą się rozbudowywać. Pytanie, jaki to może mieć wpływ na pojedyncze historie. W przypadku trudnej sytuacji politycznej ktoś może wykorzystać zarejestrowaną wcześniej biografię.
Droga do utraty prywatności była stopniowa. Nabrała tempa kilkanaście lat temu, kiedy powszechni stali się telemarketerzy i systemy lojalnościowe w sklepach. Pionierem kart dla stałych klientów było angielskie Tesco. Dzięki kartom właściciele sklepów poznawali przyzwyczajenia klientów - wiedzieli, którego dnia najczęściej bywają w sklepie, na jakie reklamy i promocje reagują, czy do kurczaka wybierają drogie wino, czy tanie. Dziś podobnie działają serwisy z muzyką takie jak
Last.fm. Ich twórcy wiedzą oczywiście, jakiej słuchasz muzyki, ale poza tym: jakie kupujesz płyty, gdzie wyjeżdżasz na koncerty, jak dużo wydajesz na rozrywkę. Za każdym razem, kiedy kupujesz coś w
Amazonie, system w sekundzie sprawdza twoje dotychczasowe zakupy, wybory podobnych do ciebie użytkowników serwisu i proponuje ci kilka innych tytułów. Trudno się oprzeć.
Nie ma wstydu - Doszło do zachwiania balansu między sferą prywatną i publiczną - twierdzi prof. Palska - W Polsce wiąże się to z dwoma procesami. Po pierwsze, skończył się PRL, w którym bardzo wyraźnie była oddzielona sfera prywatna od publicznej. W sferze publicznej często działało się pozornie, ludzie zachowywali się fasadowo, żeby sprostać systemowi. A życie prywatne toczyło się w odgrodzonej sferze. Po pęknięciu reżimu nastąpiła wyraźna zmiana tego porządku. Po drugie, dotykają nas procesy nie tylko polskie - ekspansywność internetu, globalizacja. Przestaje istnieć pojęcie wstydu, który silnie regulował życie społeczne. Przeczytałam niedawno, że w Vondelpark w Amsterdamie zalegalizowano publiczne uprawianie seksu. Jedyne obostrzenia: daleko od dzieci, nie zostawiać po sobie prezerwatyw. Do sfery publicznej przedostają się zachowania intymne.
"Dzielimy się życiem" - to tytuł projektu dwójki włoskich artystów, Renato Pasopianiego i Tani Copechi, którzy udostępnili w sieci zawartości swoich komputerów. Na stronie projektu (znajdź w wyszukiwarce "Life Sharing") jest wszystko, do czego mają albo chcieliby mieć dostęp twórcy reklam, sklepów internetowych, właściciele największych serwerów na świecie. Można tam znaleźć oprogramowanie, teksty, muzykę, filmy, ulubione strony oraz maile - od banalnych do omawiających udział artystów w Biennale w Wenecji. "Im częściej używasz komputera, tym bardziej przypomina twój mózg" - twierdzi Pasopiani. "Nie mówimy o spektakularnym naruszaniu prywatności, jakim jest umieszczanie ukrytych kamer w czyimś domu. Chcemy pokazać, jak wiele informacji można zebrać w internecie o kimś, kogo nie znasz". Dla informatyka to nic trudnego. Wystarczy też po prostu poszperać w serwisach społecznościowych i wyszukiwarkach.
Wpisuję moje imię i nazwisko do Google. Na drugim miejscu link z hasem „Marta Strzelecka obnażona”. Ze strachem otwieram. Tekst agencji promującej „Second Life”. Kończy się informacją, że nie lubię SL, bo prowadzę życie, w którym „nie ma seksu, sklepów, klubów, jest tylko praca w » Wyborczej «”. Nie są to rozbierane zdjęcia, ale ktoś pisze o mojej prywatności. Nie mam nad nią kontroli. Choć gdybym chciała, mogę zbić link do tego tekstu na niższe miejsce. Trzeba skorzystać z firmy zajmującej się czyszczeniem reputacji.
Polskiej jeszcze nie ma, ale angielska
Tiger Two albo amerykańska
Reputation Defender może sprawić, że na pierwszych kilku stronach Google po wpisaniu mojego nazwiska pojawią się tylko pozytywne treści. Internetowe oczernianie - hating, trolling, flaming - polega na umieszczaniu kompromitujących komentarzy albo zdjęć w serwisach społecznościowych, na blogach i prywatnych stronach. Kiedy wpisujesz do wyszukiwarki hasło, na pierwszych miejscach znajdziesz linki do stron najczęściej linkowanych z innymi, a te zazwyczaj zawierają negatywne komentarze. Czyściciele reputacji zmieniają ten układ - mnożą linki do pozytywnych tekstów. Za 15 tys. zł miesięcznie Tiger Two pomoże ci kontrolować swój wizerunek w internecie.
Nie ma ucieczki Żeby pracować, prowadzić życie społeczne, głosować albo wypożyczać książki z biblioteki, czasem trzeba korzystać z internetu. Za dzielenie się informacjami o sobie dostajemy też wygodniejsze zakupy, większy dostęp do rozrywki, łatwiejsze planowanie podróży. Z jednej strony możesz próbować kształtować swój wizerunek i sprzedawać go szybciej niż w rzeczywistości, z drugiej - nie masz nad nim kontroli. Nad informacjami o sobie nie panują nawet ci, którzy prowadzą intensywne życie online. Należy się pogodzić z tym, że nie ma już prywatności takiej, jaka istniała przed powstaniem internetu. To jedna z największych społecznych zmian ostatnich kilkunastu lat. Cokolwiek zrobisz w sieci, zostają po tym ślady. Wytarcie ich jest najczęściej niemożliwe.
Przekonał się o tym Magnus Wallin, 26-latek ze Sztokholmu. Chciał wymazać informacje o sobie, które zostawił w
Facebooku. "Byłem zmęczony kolejnymi mailami od innych, którzy chcieli dodać mnie do list swoich przyjaciół. Czułem się osaczony. Niezależnie, czy ktoś to robił z prawdziwej sympatii albo zainteresowania, czy z powodów marketingowych. Pracuję w małym biurze. Kilka osób z pracy też zagląda do Facebooka. Postanowiłem zrezygnować, bo nie chcę, żeby znali moje prywatne życie". Ale po zlikwidowaniu profilu wciąż dostawał maile z reklamami firm, które poznały go dzięki serwisowi. "Zdałem sobie sprawę, że w swoich serwerach mają zapisane moje maile i numer karty kredytowej" - pisze na swojej stronie Wallin. Serwis podpisuje umowy z firmami marketingowymi, którym udostępnia informacje o swoich użytkownikach. Dyskusje na ten temat trwają w internecie od kilku miesięcy. Ktoś cytuje piosenkę "Welcome to The Hotel California: "Możesz się wymeldować, kiedy chcesz, ale nie możesz wyjść na zawsze".
David Brin, amerykański pisarz science fiction, w "Przeźroczystym społeczeństwie" pisze, że z ochrony prywatności będą korzystali w przyszłości bogaci i posiadający władzę. Pozostali przyzwyczają się do jej braku. Zdaniem Brina wszyscy powinni mieć taki sam dostęp do informacji. Według takich samych zasad jak przed powstaniem internetu moglibyśmy kontrolować swoje wizerunki. Żylibyśmy jak w szklanych domach, w których wszystkie ściany, podłoga i sufit są przezroczyste. Trudno sobie wyobrazić, że to jedyne rozwiązanie.
Prof. Hanna Palska siłę informacji o nas gromadzonych w wielkich bazach danych porównuje do mocy socjotechniki: - Kiedy socjologia rozwijała się w XIX wieku, miała pomóc w naprawianiu społeczeństwa. Dostarczała narzędzia szeroko rozumianej władzy, nie tylko politycznej, ale też Kościołowi, szkole, rodzinie. Inżynieria społeczna powstała, by ulepszać rzeczywistość. Okazało się, że w rękach totalitarystów doprowadziła do klęski. W ustach Hitlera, Stalina okazało się, jak bardzo to jest niebezpieczne. Nasze dane, gromadzone dla wygody albo pieniędzy, też mogą być niebezpieczne w rękach tyrana. Jesteśmy od tego bardzo daleko, a jednocześnie bardzo blisko. Prawdopodobnie nikt nie ma kontroli nad wszystkimi informacjami o ludziach - ani władza polityczna, ani wielki marketing. Ale jeśli ktoś zechce mieć, szybko wywoła katastrofę.