Lekcja Putin-rocka
2007-12-07
, aktualizacja: 07.12.2007 18:40
W niedzielę w warszawskiej Sali Kongresowej zagra gwiazda rosyjskiego rocka Lube. Gwiazda? A co my właściwie wiemy o tamtejszej scenie rockowej?
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Wnimanie! Gra Leningrad (16-01-09, 00:00)
Po kilkunastu latach odreagowywania zapisanego konstytucyjnie braterstwa ze Związkiem Radzieckim zaczynamy powoli nadrabiać zaległości. W Polsce czyta się młodą rosyjską literaturę, w kinach można czasem obejrzeć jakiś nowy film wyprodukowany w Moskwie czy Petersburgu. Co innego muzyka rozrywkowa. Ta dociera wyjątkowo opornie. Gdyby nie internet, o muzyczne nowości z Rosji byłoby dziś w Polsce pewnie równie trudno, jak 20 lat temu o najnowsze płyty undergroundowych zespołów z Londynu czy Nowego Jorku.
To jednak można zrozumieć. W średnio wesołych czasach PRL-u nasza muzyka - od jazzu aż po rock'n'rolla - sprawiała, że z zazdrością patrzyły na nas praktycznie wszystkie pozostałe baraki socjalistycznego obozu. W rzeczywistości krajów demoludów petardą był już nasz bigbit - trudno się dziwić, skoro w jego ramach przydarzył nam się Czesław Niemen, a z lat 70. do dziś została legenda o tym, jak to grający trasę koncertową gdzieś w ZSRR zespół Test, który w repertuarze miał słynny utwór Deep Purple "Child In Time", był nieomal na kolanach błagany przez tamtejszych fanów o wykonanie "Riebionka wo wremieni" (na granie utworu zespół dostał podobno szlaban od jakichś lokalnych kacyków).
W kolejnej dekadzie polski boom rockowy do spółki z festiwalem w Jarocinie pozwalały z wyższością patrzeć już nie tylko na kraje po tej stronie żelaznej kurtyny, ale i większą część Europy Zachodniej. A szkoda, bo to właśnie wtedy za wschodnią granicą zaczęły dziać się rzeczy interesujące. I nie chodzi tu o eksportowe produkty radzieckiego rocka w postaci grupy Awtograf (dzisiejsi 40-latkowie pamiętają ją być może z występu na Live Aid, a potem z wizyty na festiwalu w Sopocie). W 1980 roku w Tbilisi odbył się pierwszy prawdziwy festiwal rockowy na terenach ZSRR. W pełni kontrolowany przez władze dał jednak okazję do zaprezentowania się szerokiej publiczności zespołom, które stały się symbolami rosyjskiego rocka - moskiewskiej Maszinie Wremieni i kierowanemu przez Borisa Grebienszczikowa leningradzkiemu Akwarium (oba zapatrzone w tradycyjny rock z lat 60. i 70.).
Sowiecka rzeczywistość była bezwzględna - popularność największych gwiazd uzależniona była od kaprysów władz. Zespoły bardziej radykalne musiały liczyć się z jeszcze gorszym losem. Założona przez Jegora Letowa w 1984 roku w Omsku Grażdanskaja Abarona - zespół uważany za prekursora rosyjskiego punk rocka - grywała co najwyżej w domach przyjaciół, a jej lider piszący teksty przeciwko wojnie w Afganistanie i totalitaryzmowi wzorem dysydentów sięgających po "poważniejsze" niż muzyka rockowa środki wyrazu wylądował na jakiś czas w psychuszce.
Przełom przyszedł razem z dojściem do władzy Michaiła Gorbaczowa. Jego polityka "jawności" pozwoliła także na swobodniejsze działanie zespołów rockowych. Nie przypadkiem to właśnie w drugiej połowie lat 80. eksplodowała popularność założonej już w 1981 roku leningradzkiej grupy Kino. Jej lider Wiktor Coj (był pół Rosjaninem, pół Koreańczykiem) jest do dziś legendą i ikoną rosyjskiego rocka. Jego zespół grający mieszankę popowej muzyki gitarowej i nowej fali, którą Coj ozdabiał tekstami pełnymi społecznych i politycznych obserwacji, stał się obiektem prawdziwej kinomanii. Gdy grupa w 1990 roku zagrała koncert na moskiewskich Łużnikach, słynny stadion wypełniło ponad 60 tysięcy widzów. Popularność Coja sięgnęła zresztą poza muzykę - lider Kino zaczął grywać w filmach, z których "Igłę" - opowieść o młodym chłopaku walczącym w Ałma Acie z gangiem handlarzy narkotykami - mogliśmy swego czasu oglądać także w polskiej telewizji. Niestety, świetnie rozwijającą się karierę przerwała śmierć - wokalista zginął w wypadku samochodowym w 1990 roku. Podobno w całym Związku Radzieckim po jego śmierci popełniło bądź próbowało popełnić samobójstwo kilkudziesięciu nastolatków.
Radziecka scena muzyczna była bardzo zróżnicowana geograficznie. Inną muzykę grało się w republikach nadbałtyckich, inną w kosmopolitycznym Leningradzie, inną na Syberii. Te podziały są widoczne i po rozpadzie Związku Radzieckiego. - Fantastyczny klub, u nas w Moskwie nie ma ani takich miejsc, ani takich zespołów - wykrzyknął kilka lat temu mój rosyjski kolega, gdy zabrałem go na koncert kapel psychobilly do mieszczącego się w podziemiu starej kamienicy warszawskiego klubu Punkt. Znajomy szybko wyjaśnił mi, że w stolicy Rosji dominują wystudiowane wnętrza, w których najlepiej czują się grupy grające muzykę elektroniczną - zarówno tę najbardziej nowoczesną, jak i tę stylizowana na disco czy electro. Nieotynkowane ściany, gitarowe wzmacniacze, alternatywna publiczność - coś takiego dużo lepiej sprawdza się w Petersburgu. Do warszawskiego Punktu dobrze pasowałby więc zapewne działający w mieście nad Newą zespół Leningrad - złożony z kilkunastu muzyków kolektyw grający ska. Choć jest to ska bardzo specyficzne, o mocno słowiańskim odcieniu - na tle brzmień i rytmów, które równie dobrze mogą kojarzyć się i z jamajską imprezą, i z rosyjską knajpą, i z cygańskim weselem - wokalista Leningradu Siergiej Sznurow zachrypniętym głosem rosyjskiego żulika wyśpiewuje zadziorne, pełne wulgaryzmów, ale i tak kapitalne teksty.
Lube na tym tle to formacja dość szczególna. Na scenie w rytm piosenek, w których równie łatwo co rocka doszukać się można wpływu tradycyjnych rosyjskich ballad i muzyki ludowej, kilku napakowanych facetów śpiewa teksty o wojnie w Czeczenii, słynnych moskiewskich kryminalistach i historii Rosji. Ale nie ma w nich ani politycznego krytycyzmu dawnej Grażdanskiej Oborony, ani bystrych obserwacji Coja. Wywodząca się z podmoskiewskiej miejscowości Lubierce grupa śpiewa swoje piosenki na poważnie, bezkonfliktowo łącząc w tekstach opowieści o carskich czasach z nawiązaniami do historii ZSRR i komunizmu. Lube mówi o sobie, że gra "historycznego rocka", czym - jak się wydaje - idealnie trafia w panujące ostatnio w Rosji nastroje. Wśród jego fanów są przedstawiciele wielu pokoleń, sporą ich grupę stanowią weterani wojenni z Czeczenii. Muzyką zespołu interesuje się też prezydent Władimir Putin - swego czasu pofatygował się nawet na jeden z jego koncertów.
Wizyta Lube to więc dość specyficzna lekcja wschodniego rocka. Osobiście wolałbym, żeby korepetycji z rosyjskiej popkultury muzycznej zamiast zespołu marzącego o mocarstwowej Rosji udzielił nam łobuzerski Leningrad. Byłoby sympatyczniej.
To jednak można zrozumieć. W średnio wesołych czasach PRL-u nasza muzyka - od jazzu aż po rock'n'rolla - sprawiała, że z zazdrością patrzyły na nas praktycznie wszystkie pozostałe baraki socjalistycznego obozu. W rzeczywistości krajów demoludów petardą był już nasz bigbit - trudno się dziwić, skoro w jego ramach przydarzył nam się Czesław Niemen, a z lat 70. do dziś została legenda o tym, jak to grający trasę koncertową gdzieś w ZSRR zespół Test, który w repertuarze miał słynny utwór Deep Purple "Child In Time", był nieomal na kolanach błagany przez tamtejszych fanów o wykonanie "Riebionka wo wremieni" (na granie utworu zespół dostał podobno szlaban od jakichś lokalnych kacyków).
W kolejnej dekadzie polski boom rockowy do spółki z festiwalem w Jarocinie pozwalały z wyższością patrzeć już nie tylko na kraje po tej stronie żelaznej kurtyny, ale i większą część Europy Zachodniej. A szkoda, bo to właśnie wtedy za wschodnią granicą zaczęły dziać się rzeczy interesujące. I nie chodzi tu o eksportowe produkty radzieckiego rocka w postaci grupy Awtograf (dzisiejsi 40-latkowie pamiętają ją być może z występu na Live Aid, a potem z wizyty na festiwalu w Sopocie). W 1980 roku w Tbilisi odbył się pierwszy prawdziwy festiwal rockowy na terenach ZSRR. W pełni kontrolowany przez władze dał jednak okazję do zaprezentowania się szerokiej publiczności zespołom, które stały się symbolami rosyjskiego rocka - moskiewskiej Maszinie Wremieni i kierowanemu przez Borisa Grebienszczikowa leningradzkiemu Akwarium (oba zapatrzone w tradycyjny rock z lat 60. i 70.).
Sowiecka rzeczywistość była bezwzględna - popularność największych gwiazd uzależniona była od kaprysów władz. Zespoły bardziej radykalne musiały liczyć się z jeszcze gorszym losem. Założona przez Jegora Letowa w 1984 roku w Omsku Grażdanskaja Abarona - zespół uważany za prekursora rosyjskiego punk rocka - grywała co najwyżej w domach przyjaciół, a jej lider piszący teksty przeciwko wojnie w Afganistanie i totalitaryzmowi wzorem dysydentów sięgających po "poważniejsze" niż muzyka rockowa środki wyrazu wylądował na jakiś czas w psychuszce.
Przełom przyszedł razem z dojściem do władzy Michaiła Gorbaczowa. Jego polityka "jawności" pozwoliła także na swobodniejsze działanie zespołów rockowych. Nie przypadkiem to właśnie w drugiej połowie lat 80. eksplodowała popularność założonej już w 1981 roku leningradzkiej grupy Kino. Jej lider Wiktor Coj (był pół Rosjaninem, pół Koreańczykiem) jest do dziś legendą i ikoną rosyjskiego rocka. Jego zespół grający mieszankę popowej muzyki gitarowej i nowej fali, którą Coj ozdabiał tekstami pełnymi społecznych i politycznych obserwacji, stał się obiektem prawdziwej kinomanii. Gdy grupa w 1990 roku zagrała koncert na moskiewskich Łużnikach, słynny stadion wypełniło ponad 60 tysięcy widzów. Popularność Coja sięgnęła zresztą poza muzykę - lider Kino zaczął grywać w filmach, z których "Igłę" - opowieść o młodym chłopaku walczącym w Ałma Acie z gangiem handlarzy narkotykami - mogliśmy swego czasu oglądać także w polskiej telewizji. Niestety, świetnie rozwijającą się karierę przerwała śmierć - wokalista zginął w wypadku samochodowym w 1990 roku. Podobno w całym Związku Radzieckim po jego śmierci popełniło bądź próbowało popełnić samobójstwo kilkudziesięciu nastolatków.
Radziecka scena muzyczna była bardzo zróżnicowana geograficznie. Inną muzykę grało się w republikach nadbałtyckich, inną w kosmopolitycznym Leningradzie, inną na Syberii. Te podziały są widoczne i po rozpadzie Związku Radzieckiego. - Fantastyczny klub, u nas w Moskwie nie ma ani takich miejsc, ani takich zespołów - wykrzyknął kilka lat temu mój rosyjski kolega, gdy zabrałem go na koncert kapel psychobilly do mieszczącego się w podziemiu starej kamienicy warszawskiego klubu Punkt. Znajomy szybko wyjaśnił mi, że w stolicy Rosji dominują wystudiowane wnętrza, w których najlepiej czują się grupy grające muzykę elektroniczną - zarówno tę najbardziej nowoczesną, jak i tę stylizowana na disco czy electro. Nieotynkowane ściany, gitarowe wzmacniacze, alternatywna publiczność - coś takiego dużo lepiej sprawdza się w Petersburgu. Do warszawskiego Punktu dobrze pasowałby więc zapewne działający w mieście nad Newą zespół Leningrad - złożony z kilkunastu muzyków kolektyw grający ska. Choć jest to ska bardzo specyficzne, o mocno słowiańskim odcieniu - na tle brzmień i rytmów, które równie dobrze mogą kojarzyć się i z jamajską imprezą, i z rosyjską knajpą, i z cygańskim weselem - wokalista Leningradu Siergiej Sznurow zachrypniętym głosem rosyjskiego żulika wyśpiewuje zadziorne, pełne wulgaryzmów, ale i tak kapitalne teksty.
Lube na tym tle to formacja dość szczególna. Na scenie w rytm piosenek, w których równie łatwo co rocka doszukać się można wpływu tradycyjnych rosyjskich ballad i muzyki ludowej, kilku napakowanych facetów śpiewa teksty o wojnie w Czeczenii, słynnych moskiewskich kryminalistach i historii Rosji. Ale nie ma w nich ani politycznego krytycyzmu dawnej Grażdanskiej Oborony, ani bystrych obserwacji Coja. Wywodząca się z podmoskiewskiej miejscowości Lubierce grupa śpiewa swoje piosenki na poważnie, bezkonfliktowo łącząc w tekstach opowieści o carskich czasach z nawiązaniami do historii ZSRR i komunizmu. Lube mówi o sobie, że gra "historycznego rocka", czym - jak się wydaje - idealnie trafia w panujące ostatnio w Rosji nastroje. Wśród jego fanów są przedstawiciele wielu pokoleń, sporą ich grupę stanowią weterani wojenni z Czeczenii. Muzyką zespołu interesuje się też prezydent Władimir Putin - swego czasu pofatygował się nawet na jeden z jego koncertów.
Wizyta Lube to więc dość specyficzna lekcja wschodniego rocka. Osobiście wolałbym, żeby korepetycji z rosyjskiej popkultury muzycznej zamiast zespołu marzącego o mocarstwowej Rosji udzielił nam łobuzerski Leningrad. Byłoby sympatyczniej.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
- 1.
Poseł PiS do dzieci w Sejmie: żeby siostrzyczka czy braciszek urodzili się z in vitro, kilkoro z nich musi umrzeć
- 2.
Dlaczego odcięta twarz dotarła do szpitala tak późno?
- 3.
Poseł Suski na widok Trójkowego orła: jego zapach doprowadził mnie do kaszlu, łzawienia i torsji
- 4.
Morderstwo w Londynie nasiliło antyimigranckie nastroje
- 5.
Zapalenie płuc: 16 tys., rak - 150 tys. Cennik NFZ
- 1.
Polecamy
Dodatki i kolekcje Gazety Wyborczej
Zamów na adres e-mail newslettera z najnowszymi wiadomościami kulturalnymi!
Przykładowy newsletter


















