http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Kultura

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj     Podyskutuj na forum Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Moja czaszka też się błyszczy

Rozmawiała Dorota Jarecka
2007-08-02, ostatnia aktualizacja 2007-08-02 17:37

"Fuss" to po angielsku "zamieszanie", ale wiele osób czyta to po niemiecku. Być może podświadomie odbierają mnie jako agresora - mówi artysta ukrywający się pod pseudonimem Peter Fuss.

Rozmowa z Peterem Fussem*

Dorota Jarecka: Zamalowuje pan cudze billboardy swoimi kompozycjami, głównie na tematy polityczne. Działa pan jako Peter Fuss. Nie ujawnia pan swojego nazwiska. Kim pan jest?

Peter Fuss: Najczęściej to, co robię, jest określane jako street art. Ja sam nie określam się w żaden sposób. Moim celem jest przekazać najlepiej jak potrafię to, co myślę na jakiś temat. Wychodzę z moimi pracami na ulicę, ale nie unikam wystawiania w galerii.

Często łączy się moje prace z tym, co robił gdański RAT, bo zdarzyło nam się poruszyć podobne tematy. Ale podobieństwa między nami są powierzchowne. Krytyka totalitaryzmu, rasizmu czy militaryzmu nie jest czymś wyjątkowym we współczesnej kulturze. Można ją spotkać i w sztuce, i w muzyce, i w literaturze.

Nie jest też tak, że nagle doznałem olśnienia, że mam być artystą ulicy, wziąłem farby, szablon i na billboardzie namalowałem swój pierwszy obraz. Zanim zacząłem robić billboardy, publikowałem np. w internecie cykl "Everyday I am", gdzie przez kilka miesięcy na zasadzie obrazkowego blogu komentowałem wydarzenia wokół mnie. To, co mnie dotykało bezpośrednio, jak choroba, zła pogoda, wyprzedaż w supermarkecie, i to, co docierało do mnie poprzez media - katastrofa w Indonezji, śmierć Arafata, zasztyletowanie reżysera Thea van Gogha czy zamachy bombowe w Iraku.

- Dlaczego nic o panu nie wiemy?

- To nie jest wykalkulowana strategia zbudowania wokół siebie tajemniczej legendy artysty, który nie pokazuje twarzy jak "Banksy" [pod tym pseudonimem ukrywa się młody Brytyjczyk, słynny autor graffiti]. Pseudonim wziął się z tego, że umieszczam swoje prace w przestrzeni miejskiej nielegalnie, i z mojego przekonania, że dla oceny dzieła sztuki nie powinno mieć znaczenia nazwisko autora. Młodzi artyści często bywają na wernisażach tylko po to, żeby porozmawiać z ważnym krytykiem. Pokazują swoje cv, wyliczają osiągnięcia, myślą, że to ich uwiarygodnia. Wielu sądzi, że jeśli dadzą się osobiście poznać kuratorom z CSW czy Fundacji Galerii Foksal, to drzwi do kariery stoją przed nimi otworem.

Ja uważam, że prace powinny się bronić same. Nieważne, czy artysta ma 16 lat czy 60. Nieważne, czy studiował w Düsseldorfie u Luepertza, czy w Warszawie u Modzelewskiego. Ważne, co ma do powiedzenia. Działając na ulicy, nie muszę nikogo pytać o pozwolenie. Nie muszę czekać pół roku na wystawę w galerii, mogę skomentować jakieś wydarzenie natychmiast, kiedy ludzie jeszcze je pamiętają. I nie trafiam w próżnię, zawsze jest jakiś oddźwięk.

Nie chcę powiedzieć, że wyjście na ulicę to jest lepsza metoda na zaistnienie niż wystawianie w galerii. Rozwiązaniem jest po prostu robienie dobrych rzeczy, które trafiają do ludzi. W mojej sytuacji odpada splendor, moja twarz nie pojawi się w telewizji ani na okładce kolorowych magazynów. Może to być problemem dla kogoś, kto ma osobowość megagwiazdy jak Andy Warhol. Ja nie mam.

- W czerwcu w Modelarni w Gdańsku, na początku lipca na targach Art Car Boot Fair w Londynie pokazał pan plastikową czaszkę wysadzaną szkiełkami zatytułowaną "For the laugh of God". To parodia pracy słynnego brytyjskiego artysty Damiena Hirsta "For the love of God", który wysadził platynową czaszkę brylantami. Dlaczego powstała?

- To mój komentarz, może nie tyle do samej pracy Hirsta, ile do zadęcia i hurraoptymizmu, z jakim została przyjęta. Rozumiem rangę Hirsta i szacunek do tego, co do tej pory zrobił, ale zabrakło mi zdrowego rozsądku w głosach krytyków.

O wartości dzieła sztuki nie powinna decydować wartość materiału użytego do jego zrobienia i kunszt jubilerski. To jest błyskotka, której wykonanie kosztowało 12 mln funtów. Moja czaszka też się błyszczy, a została wykonana za 250 funtów. Rzecz Hirsta została okrzyknięta pierwszym arcydziełem XXI wieku. Dlaczego nie superkiczem za ogromne pieniądze?

- Nie uważa pan, że to, co się dzieje wokół czaszki, to świadoma manipulacja Hirsta?

- Z pewnością w dużej mierze to jego gra z rynkiem sztuki, prowokacja, by zobaczyć, co jeszcze i za ile można sprzedać, podpisując się Hirst. Jednak to nie Hirst pisał bezrefleksyjne teksty. To krytykom i mediom zabrakło dystansu i trzeźwego spojrzenia. Moja czaszka została zauważona na świecie i bardzo dobrze przyjęta. Zainteresowały się mną galerie w Londynie i w Los Angeles, które chcą mnie reprezentować. Wyartykułowałem coś, o czym wielu myślało, tylko bało się głośno powiedzieć.

- Pan też wystawia swoją plastikową czaszkę na sprzedaż. Wchodzi pan w mechanizm rynkowy, który pan krytykuje.

- Moja czaszka została wykonana w pięciu egzemplarzach. Każda jest ręcznie zrobiona, numerowana i podpisana. Zanim jedna z nich trafiła na londyńskie targi, inne już miały nabywców. Dwie sprzedały się do Londynu, jedna do Belgii, jedna do Meksyku. Sprzedawałem je po 1 tys. funtów. Piąta czaszka zostanie sprzedana temu, kto zaoferuje najwyższą cenę. W tej chwili jest ośmiu chętnych. Cała ta akcja jest podszyta ironią. Hirst do tej pory nie sprzedał swojej czaszki, ja już sprzedałem cztery, bo są tańsze.

- Na bramie stoczni gdańskiej namalował pan billboard, na którym jest na górze biały, a na dole szary pas. Dla mnie to polska flaga, namalowana tak, jak na czarno-białej reprodukcji. Jest na niej napis "This picture is not for sale". Czego to dotyczy? Rynku sztuki?

- Nie sporządzam recept, w jaki sposób powinien być odczytany mój obraz. Jedni odbiorą go wprost, a inni jako protest przeciw zawłaszczaniu symboli. Ale nieprzypadkowo billboard pojawił się na bramie stoczni zaraz po wiecu, podczas którego Jarosław Kaczyński wygłosił słynne przemówienie, że wrogowie PIS stoją tam, gdzie kiedyś stało ZOMO.

- Co było pierwszym pana wyjściem w miasto?

- W Polsce było to zaraz po pielgrzymce Benedykta XVI, w maju zeszłego roku. W mediach trwał pielgrzymkowy maraton. Ci, którzy jeszcze niedawno śpiewali "Barkę", teraz skandowali "Wir lieben dich". Namalowałem sylwetki dwóch papieży na czarnym tle. Jedną podpisaną JP II, drugą - B XVI. Jan Paweł II jest przekreślony. Nie naigrywam się z religii. Zainteresował mnie mechanizm przeniesienia uwielbienia JP II na B XVI. Plakat spotkał się z żywiołowymi reakcjami, ktoś nawet posądził mnie o to, że jestem agentem Mossadu.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne