http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Kultura

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Fale nienawiści

Rozmawiała Marta Strzelecka
2007-07-22, ostatnia aktualizacja 2007-07-22 00:00

rozmowa z prof. Andrzejem Szpocińskim*

ZOBACZ TAKŻE
Marta Strzelecka: Dlaczego dyskusje internetowe są coraz bardziej agresywne?

Prof. Andrzej Szpociński: Na początku z internetu korzystali ludzie o wysokim statusie majątkowym. To była rozrywka elitarna, więc nie wypadało zachowywać się niewłaściwie. Kiedy względy statusowe przestały odgrywać rolę, zmienił się skład tej społeczności. Teraz w dyskusjach biorą udział ludzie o określonych cechach psychicznych.

Są wśród nich ci, którzy mają potrzebę uczestniczenia w życiu politycznym. To życie jest frustrujące, więc próbują wyładować emocje. Choć można oczywiście uczestniczyć w życiu politycznym również poza internetem: iść na wiec, zapisać się do partii, działać w organizacji. Ale są ludzie, którym dyskusja wydaje się najlepszym sposobem. Miałem ciotkę, która w wieku 80 lat pisała kilka listów w tygodniu i wysyłała do różnych urzędników. Nie oczekiwała odzewu, robiła to z potrzeby obywatelskiej. Gdyby wtedy był internet, na pewno byłaby obecna na forach i czatach, choć prawdopodobnie zachowywałaby się kulturalnie.

Rozwojowi agresji winni są tylko uczestnicy dyskusji?

- Nie. Korzystają z portali, które redagowane są w sposób agresywny. Nie zawsze po to, żeby czytać informacje, ale na przykład po to, żeby sprawdzić pocztę. Trafiają na tytuły, których jedynym celem jest prowokować. Chodzi oczywiście o poszukiwanie odbiorcy za wszelką cenę. Większość portali wychowuje do tupetu i arogancji. Wydaje się, że to nie powinno być kupowane przez wszystkich, a jednak jeżeli wciąż widzi się informacje o Dodzie, to w końcu chce się sprawdzić, kto to jest Doda. Jednak oddzieliłbym dyskusje polityczne od obyczajowo-rozrywkowych.

W rozmowach o rozrywce jest mniej negatywnych emocji?

- Tam chodzi o znalezienie sobie przestrzeni społecznej, w której można się poczuć wśród swoich. Rozmawia się o osobach publicznych jak o znajomych, żeby poczuć, że część chwały spływa na mnie. W socjologii istnieje pojęcie "trzeciego układu kultury": nadawca wysyła treści do nieznanego mu odbiorcy i na tym koniec. Nie ma żadnej zwrotnej informacji. Odbiorca nie ma prawa głosu. Nadawca panuje nad całym procesem komunikowania. W internetowych rozmowach ten układ jest zachwiany. Powstają namiastki grup koleżeńskich, do których należą i licealiści, i znani aktorzy, i politycy. Każdy każdemu może zadać pytanie, nikt nikogo nie cenzuruje.

Czy publiczność nie jest zachęcana do cenzurowania, kiedy wywiad z postacią publiczną zapowiada się zdaniem: "Sprawdź, co on ma do powiedzenia"?

- Tu chodzi o to, by połechtać próżność odbiorcy, pokazać, że on jest równy największym. To jest nieumiejętność uszanowania czyjejś pozycji, która może zamienić się w chamstwo. Kupowanie klientów polega na tym, że daje im się możliwość dyskusji z kimś, kto mógłby się wydawać nieosiągalny.

Czy to nie jest zachwianie porządku społecznego?

- My już od dawna mamy zachwiany porządek społeczny. Tracimy autorytety. Chodziło o to, że w pewnych obszarach wiedzy ktoś jest ode mnie lepszy. Nie mogę się z nim bałwochwalczo zgadzać, ale powinienem uszanować jego pozycję. Takie relacje są teraz niszczone.

Jednak daleki jestem od myślenia, że proces ten został założony programowo. To nie jest intencjonalnie założony program szerzenia nienawiści. Taka sytuacja jest raczej konsekwencją indywidualizacji kultury europejskiej, która zaczęła się kilka wieków temu, wraz z renesansem. W pewnym momencie - pod koniec wieku XX - indywidualizm zaczyna się jednak przeradzać w swoje przeciwieństwo. Kiedyś polegał na uczciwym dochodzeniu do własnej opinii. Teraz chodzi głównie o demonstrowanie swojej odmienności, tego wymaga komercjalizacja i urynkowienie wszelkich sfer życia społecznego. Trzeba pokazać, że jestem inny niż wszyscy. To się sprzedaje. Zjawisko to nie ominęło też nauki. Gdyby się przyjrzeć współczesnym publikacjom, okaże się, że najbardziej popularni są autorzy, którzy wymyślają zaskakujące formuły i rewolucyjne hasla. Jeśli się przejrzy ich książki, może się okazać, że za każdym razem piszą coś innego. To jest odprysk indywidualizacji, która przeradza się w swoje przeciwieństwo i staje się błazenadą. Tymczasem potrzebujemy ekspertów. Współczesny świat - świat ryzyka, braku zaufania, niepewności - potrzebuje ekspertów. Mamy za dużo sprzecznych informacji, których nie jesteśmy w stanie uporządkować.

Jaki ma w tym udział internet?

- Do momentu pojawienia się internetu pozycja nadawcy była zdecydowanie silniejsza niż odbiorcy. Mogłem się nie zgadzać, buntować, ale nie byłem w stanie tego wyrazić, bo nie byłem dopuszczany do głosu. Internet dopuszcza do głosu wszystkich zbuntowanych. Oni oczywiście nie zawsze są przygotowani do udziału w dyskusji. Również stąd bierze się agresja i chamstwo. W XIX wieku mówiło się, że trzeba wychować do powszechnego prawa wyborczego. Można by było powiedzieć: trzeba ludzi wychować, żeby dać im internet. To jest oczywiście niemożliwe, nigdy by się ich nie wychowało, ale trzeba ich uczyć.

Jak?

- Pisać, mówić o zacietrzewieniu, chamstwie, głupocie w internecie. Wyśmiewać je, parodiować.

A gdyby się tego nie robiło?

- Brak kultury będzie się pogłębiał.

Tych bez kultury jest więcej?

- Oczywiście, że tak. Ale nie o to chodzi, żeby zjadaczy chleba zamienić w aniołów. To jest niemożliwe. Lepszy jest minimalny plan: żeby zachowała się garstka ludzi, którzy nie dadzą się wciągnąć w dyskusje pełne nienawiści i arogancji.

W internecie czasem zostaje się członkiem grupy, której się nie zna. Zakładając profil w MySpace, w ciągu tygodnia zdobywa pan co najmniej kilkudziesięciu znajomych. Nie ma pan wpływu na komentarze, które zostawiają na pana stronie. Z udziału w takiej dyskusji można zrezygnować tylko wypisując się z serwisu.

- Albo się godzę na udział w pewnej grze, albo rzeczywiście muszę się wypisać. Tradycyjne grupy oparte są na więziach bezpośrednich. Uczestniczy się w nich całą osobowością, nie w jednej roli - nauczyciela, sprzedawcy czy polityka. W tradycyjnych małych grupach znają mój charakter, upodobania, wady, rodzinę, przyjaciół nie tylko na podstawie tego, co im opowiem, ale z obserwacji. Nie mogę moich bliskich zawieść, oszukać. Bycie członkiem rodziny albo grupy wymaga wyrzeczeń. W internetowych społecznościach poczucie wspólnoty niewiele kosztuje. Dlatego jest atrakcyjne.

Mogę wszystko - udawać świętoszka i być rozpustnikiem albo odwrotnie. Muszę tylko pamiętać, że inni kreują swoje wizerunki, a oni muszą wiedzieć, że ja kreuję swój. Jeśli będę zbyt dużo oczekiwał od takich relacji, mogę się poczuć oszukany. Dlatego wspólnoty internetowe poddane testowi w realnym świecie często się rozpadają. Problem polega na tym, że ludzie nie zdają sobie sprawy ze sztuczności takich układów.

Czy to dobrze, że kampanie wyborcze kandydatów na prezydenta USA odbywają się właśnie w społecznościach internetowych?

- Demokracja ma to do siebie, że wymaga ryzyka. Jednak powinna uczyć, że wszystko zależy od tego, jak zachowują się przegrani. Jeżeli nie są w stanie znieść swojej sytuacji, to jest to właściwie koniec demokracji. Tu się rodzi najwięcej agresji - w przegranych. Uważam, że trzeba krytycznie mówić o poziomie dyskusji w internecie. Nie chodzi o cenzurowanie tych złych, ale o niedopuszczenie do sytuacji, w której ci rozważni zostaną wyparci z dyskursu publicznego.

Proszę spróbować powiedzieć w internecie coś złego o internautach. Narazi się im pan.

- Nie szkodzi. Mam prawo. Oni niestety mają prawo oblać mnie falą nienawiści.



Andrzej Szpociński - socjolog, profesor i kierownik specjalizacji kultura, media i komunikacja społeczna na kierunku socjologia w Collegium Civitas w Warszawie, docent Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk. Autor m.in. książki "Lokalny, narodowy, ponadnarodowy. Wymiary świata kreowanego przez media".

Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

W środę z ''Gazetą''
* Gazeta Dom
* Zdrowa środa: Urazy ortopedyczne