http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Gazeta.pl > Gazeta Wyborcza >  Kultura >  Kultura

A A A Poleć znajomemu     Wydrukuj Gazeta Wyborcza - Kultura RSS

Niemcy zobaczyli film o polskim Sierpniu '80

Bartosz T. Wieliński, Berlin
2007-02-01, ostatnia aktualizacja 2007-02-01 00:00

?Strajk? - film Volkera Schlöndorffa o Annie Walentynowicz na pewno pomoże Niemcom lepiej zrozumieć historię Polski. Ale czy spodoba się w Polsce?

Film
fot. Dominik Sadowski / AG
Film "Strajk" będzie można oglądać w polskich kinach od 23 lutego.
Na planie
fot. Dominik Sadowski / AG
Na planie "Strajku", Gdynia 2005
O Annie Walentynowicz, legendarnej suwnicowej z gdańskiej Stoczni im. Lenina, jednej z przywódczyń strajku w 1980 r., Schlöndorff od dłuższego czasu wypowiada się w samych superlatywach. - Ona była kamieniem, który wykoleił rozpędzony pociąg historii - zachwalał w środę przed przedpremierowym, zamkniętym pokazem "Strajku" w kinie przy berlińskim Hackesche Markt. O filmie, który nakręcił na kanwie biografii legendarnej suwnicowej, mówił, że to "lekcja życia": - Pokazuje, jak wiele może osiągnąć człowiek wierny sobie i walczący o sprawiedliwy świat.

Widownia, wypełniona po brzegi, nagrodziła film owacją. Dwa tygodnie temu film dostał dwie Bawarskie Nagrody Filmowe. Jednak w 2006 r. po pokazie w Gdańsku Anna Walentynowicz wyszła z sali oburzona, zapowiadała nawet, że pozwie Schlöndorffa do sądu, choć Schlöndorff w "Strajku" wystawił jej pomnik za życia. Gloryfikując Walentynowicz, posunął się dalej niż nasi rodzimi artyści i historycy.

Nazwisko Walentynowicz nie pada w strajku ani razu. U Schlöndorffa legendarna suwnicowa nazywa się Agnieszka Kowalska, po mężu Walczak (w tej roli wschodnioniemiecka aktorka Katharina Thalbach). Nie pada też nazwisko Wałęsy (gra Andrzej Chyra) - w filmie funkcjonuje jako "Leszek".

Zresztą życiorys Walentynowicz na potrzeby filmu zmodyfikowano. Agnieszka wychodzi za mąż za pracownika huty Kazimierza Walczaka, który m.in. uczy ją czytać. Jej syn Krystian to owoc skrywanego w tajemnicy związku z szefem stoczniowych związków zawodowych Sobeckim, z którym później bohaterka wejdzie w ostry polityczny konflikt. W końcu syn Krystian w grudniu 1970 r. wstąpi do milicji, by w ten sposób dostać się na studia. Ten epizod szczególnie zezłościł Annę Walentynowicz, bo jej syna SB prześladowało.

W "Strajku" obserwujemy dojrzewanie głównej bohaterki. W pierwszej scenie - która dzieje się w 1961 r. - Agnieszka po raz kolejny zostaje bohaterką pracy socjalistycznej. Bohaterka, która na scenie odbiera od przedstawicieli stoczni czerwone goździki, dyplom i czarno-biały telewizor, jest po prostu karykaturą komunistycznej aktywistki: wymizerowana, źle ubrana, brzydka.

Ale bohaterce z każdą chwilą przybywa godności i determinacji, by przeciwstawić się systemowi, który przez lata przypinał na jej piersi ordery. Zresztą zniewolenie peerelowskich robotników Schlöndorff pokazał niezwykle sugestywnie. Robotnicy pracują ponad siły, by stocznia mogła wykonać plan, żyją w mieszkaniach przypominających nory, giną w wypadkach, a na dodatek premie, jakie mieli dostać za nadgodziny, przepadają bez śladu.

Walczak zaczyna ze stocznią walczyć. Gdy przed 1970 r. negocjuje ze związkami zawodowymi wydłużenie przerwy obiadowej - kpiarsko obrazuje przełożonym, że w ciągu 30 min stoczniowcy nie dojdą nawet do kantyny, co nie robi na nich wrażenia. Gdy w Sierpniu '80 podczas negocjacji z przedstawicielami rządu kamiennym głosem mówi: "Żądamy wolnych związków zawodowych! Nie odwiedziecie nas od tego nawet tysiącem czołgów!", bije z niej ogromna siła. Władza musi ustąpić.

Schlöndorff nadał bohaterce "Strajku" mistyczne cechy, tak jakby lata wcześniej opatrzność wyznaczyła jej rolę liderki opozycji, a jednocześnie jak Hioba wystawia na próby. Walczak nie jest w stanie złamać śmierć męża, aresztowanie w grudniu w 1970 r. czy służba syna w milicji. Na dodatek w niezrozumiały dla lekarzy sposób nowotwór, który zaatakował jej nerki, znika.

W Sierpniu 1980 r. spełnia się jej sen, że przyjedzie po nią czarna karoca. Komitet strajkowy wysyła po nią czarną, dyrektorską wołgę, która ma przywieźć ją do stoczni, by wsparła swoim autorytetem protestujących stoczniowców. Gdy wsiada do auta, jeden z wiwatujących sąsiadów podaje jej wielki długopis - ten sam, którym Wałęsa podpisał Porozumienia Sierpniowe.

Byłaby to wizja wiarygodna, gdyby nie to, że "Strajk" to film przepełniony patosem, miejscami sztuczny, a miejscami banalny. Ale być może dla widza z Zachodu tak musi być? Nie przekonują sceny, gdzie Agnieszka Walczak zamaszyście czyni znak krzyża albo pada na kolana przed telewizorem, w którym retransmitują msze Jana Pawła II na placu Zwycięstwa w Warszawie. Scena, w której komitet strajkowy dowiaduje się, że do protestu stoczni dołączają kolejne zakłady Trójmiasta (raz za razem następuje wybuch radości), przypomina bardziej końcówkę jakiegoś teleturnieju, gdzie gracz dowiaduje się, ile wygrał. Z filmu bije przekonanie, że to, o co walczy Walentynowicz/Walczak, jest słuszne i zostanie zrealizowane. O strachu, o zwątpieniu, o zdradzie nie ma słowa. Schlöndorff posiłkuje się schematami: przez sceny przewijają się wódka, całowanie kobiet w rękę, w końcu papież. Ta powierzchowność pojmowania Polski trochę irytuje.

Ale można na to przymknąć oko, bo "Strajk" powstał z myślą nie o Polakach, ale o Niemcach i Europejczykach, którzy w dużej mierze o Polsce wiedzą niewiele. Sam Schlöndorff mówi, że chciał pokazać Niemcom, że to strajk w gdańskiej stoczni doprowadził do obalenia muru - bo ta zależność jest w Niemczech nieznana. Prosta, miejscami banalna historia Agnieszki Walczak na pewno pomoże to zmienić - tym bardziej że film ma głęboką humanistyczną wymowę i nie zmusza, by zbytnio zagłębiać się w tajniki polskiej historii.

Pokazuje też Polaków inaczej. Nie jako złodziei, pijaków i nierobów, tylko jako ludzi, którzy potrafili postawić na szali swoje życie i zatrząść systemem, choć wydawałoby się, że nie mają na to szans. Taka legenda jest Polakom w Europie potrzebna - Schlöndorff stworzył grunt pod jej rozwój. Film zapewne wywoła w Polsce kontrowersje - bo stoczniowców pokazano jak kocmołuchów, a podczas spotkania opozycjonistów ostro pije się wódkę.

ŹRÓDŁO:


Źródło: Gazeta Wyborcza

Ocena:

słabe

nic specjalnego

dobre

bardzo dobre

znakomite

0

0 głosów

We wtorek z ''Gazetą''
* Mój biznes