Od wampirów przez bajkę do Kerouaca
06.06.2012
, aktualizacja: 06.06.2012 13:18
Kristen Stewart (Fot. BRIAN SNYDER REUTERS)
Dzięki sadze "Zmierzch" podpisuje kontrakty na 20 mln dolarów za rolę. 22-letnia Kristen Stewart to dziś nadzieja Hollywoodu
Mówi: - Nie ma dla mnie nic bardziej frustrującego niż udział w niezależnym filmie, który powstaje w zaledwie pięć tygodni. Nim dobrze zadomowię się w jego świecie, już pada ostatni klaps.
Choć występuje w filmach od dziecka, a jedną z pierwszych ról zagrała w thrillerze Davida Finchera u boku Jodie Foster ("Azyl"), jest kojarzona wyłącznie ze "Zmierzchem" - serią filmów o emowampirach. Jesienią tego roku premiera ostatniej części "Zmierzchu". Jak wtedy potoczy się jej kariera? Do kin weszła właśnie "Królewna Śnieżka i Łowca", gdzie zagrała tytułową rolę, a w Cannes odbyła się premiera "W drodze" Waltera Sallesa na podstawie powieści Jacka Kerouaca z jej udziałem.
Magdalena Lankosz: Z bajki "Zmierzch" przeskoczyła pani w bajkę "Królewna Śnieżka". Lubi pani bajki?
Kristen Stewart: Nie lubię. Moim jedynym dziecięcym kontaktem ze światem bajek były filmy Disneya. Ich zresztą też nie oglądałam zbyt wiele. "Śnieżka" to przecież klasyk animacji, a mnie trudno sobie przypomnieć, czy w ogóle ją widziałam. Moim faworytem była "Księga dżungli". Dorastałam z trzema braćmi i siłą rzeczy świat Mowgliego był mi dużo bliższy niż przebieranki za królewny i takie historie. Całe dnie ganiałam z chłopakami - obcięta na krótko i w spodniach. Dziś, kiedy znajomi patrzą na moje zdjęcia z dzieciństwa, pytają, czy to ja, czy mój brat.
Nie czytała pani bajek, czy w ogóle pani nie czytała?
- Pierwszą lekturą, która wzięła mnie tak, że zrozumiałam, jak wiele może dać człowiekowi czytanie, było "W drodze" Jacka Kerouaca.
Pani pokolenie czytuje jeszcze Kerouaca?
- Nie wiem, co robi moje pokolenie. Zostałam okrzyknięta głosem pokolenia, nie prosząc o to. Przez ostatnie kilka lat wielokrotnie pytano mnie, co mam do przekazania młodym kobietom albo co myśli moje pokolenie. A skąd ja mogę to wiedzieć? Wytworzyła się paradoksalna sytuacja - dostałam łatkę outsiderki, buntowniczki, która nie pasuje do tłumu, i równocześnie zrobiono ze mnie idolkę buntowniczek. Tymczasem jak się nie pasuje do tłumu, to się nie szuka idoli. Ruch społeczny nieprzystosowanych? Wspólnota outsiderów? To przecież oksymorony. Ludzie są uważani za nieprzystosowanych dlatego, że nie umieją podążyć za stadnymi odruchami.
OK, zapytam zatem inaczej: dlaczego 14-latka urodzona w 1990 r. sięga po Kerouaca? I co takiego daje jej ta książka, że sześć lat później walczy o rolę w jej ekranizacji?
- Choć to brzmi niewiarygodnie, to naprawdę książka, która przekonała mnie do czytania. Zawsze imponowały mi filmy Waltera Sallesa, ale w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że mogłabym z nim pracować. Podczas pierwszego spotkania okazało się, że widzimy książkę Kerouaca bardzo podobnie, że lektura prowokuje nas do takich samych refleksji.
Czy "W drodze" jest też dla pani próbą ucieczki od postaci Belli Swan?
- Nie. Przede mną jeszcze postprodukcja ostatniej części "Zmierzchu" i myśl o niej nie budzi moich oporów. Nie mam problemu z tym, że grałam ją tyle razy. Gdyby "Królewna Śnieżka" miała sequel, też chętnie zagrałabym ją znowu. Jako aktorka mam problem z odwrotną sytuacją - nie ma dla mnie nic bardziej frustrującego niż udział w niezależnym filmie, który powstaje w ciągu zaledwie pięciu tygodni. Nim dobrze zadomowię się w jego świecie, już pada ostatni klaps.
Przez rolę w "Zmierzchu" jako 18-latka straciła pani prywatność.
- Szaleni fani i prześladowcy to wymysł. Oczywiście kiedy idę czerwonym dywanem podczas premiery, ludzie ekscytują się moim widokiem, ale w codziennym życiu takie sytuacje się nie zdarzają.
I może pani po prostu pójść do centrum handlowego w Los Angeles?
- Nigdy nie chodziłam do centrów handlowych. Ale aktorzy zwykle uwielbiają to całe zamieszanie wokół nich. Specjalnie idą na zakupy do zatłoczonego sklepu, żeby obskoczyli ich fani i paparazzi. Znam kilku, dla których to rodzaj rozrywki. Jeśli chodzi o utratę prywatności, to owszem, w jakimś stopniu się ją traci, ale też wiele dostaje się w zamian. Dla mnie wybór: móc łazić po sklepach lub zrobić film z Walterem Sallesem jest oczywisty.
Od sukcesu pierwszego "Zmierzchu" ma pani opinię nieprzyjemnej dla mediów.
- Stresuję się, kiedy muszę publicznie opowiadać o moich filmach, i przykrość sprawia mi fakt, że jest to odbierane jako arogancja i fochy. Wszystkich, którzy nie znoszą mnie, bo widzą we mnie rozpuszczoną gwiazdę, chętnie spotkałabym osobiście i udowodniła, że to nieprawda.
Życie osoby rozpoznawalnej w Hollywood to rozdwojenie jaźni - zaczynasz istnieć ty dla siebie i ty dla ludzi. Czasem więc przebieram się za tę znaną Kristen Stewart i wychodzę na jakieś oficjalnie przyjęcie. W domu mam nawet dwie szafy - ja mam swoją i ona swoją.
Pochodzi pani z filmowej rodziny. Jaki to miało wpływ na pani karierę?
- Filmowa rodzina to brzmi, jakby moi rodzice byli właścicielami Universalu, tymczasem są filmową klasą pracującą. Zajmują się telewizją - tata jako menedżer sceny, a mama jako script girl. To wspaniali rodzice, niezbyt surowi, otwarci na to, jakie ich dzieci mają pomysły na życie.
Po co była pani kolejna bajkowa rola, jak Królewna Śnieżka?
- Gdyby to miał być film o uroczej księżniczce, nigdy bym się na niego nie zdecydowała. Ale nasza Śnieżka jest inna, zagranie jej było wyzwaniem - a skoro już mogę wybierać, to biorę role, które podnoszą mi adrenalinę. Pierwszy raz miałam okazję zagrać tak wymagającą fizycznie rolę. Wiele się o sobie dowiedziałam - po pierwsze, że nie jestem taka odważna, jak sądziłam, bo kiedy przyszło mi skoczyć ze skały z wysokości 4 m, długo dyskutowałam z technikami, czy to na pewno nie 14 m, bo z góry wyglądało mi zupełnie jak 14.
Czytałam, że solidnie się pani poobijała podczas zdjęć.
- Najpierw zraniłam się w nogę, potem wybiłam sobie kciuk. Tej pierwszej kontuzji nabawiłam się w scenie aż mi głupio o tym mówić w której miałam kopnąć karła grającego jednego z krasnoludków. Jeśli film jest dla aktora nauką, ze "Śnieżki" nauczyłam się jednego - nie bij karła, nawet jeżeli reżyser ci każe.
Choć występuje w filmach od dziecka, a jedną z pierwszych ról zagrała w thrillerze Davida Finchera u boku Jodie Foster ("Azyl"), jest kojarzona wyłącznie ze "Zmierzchem" - serią filmów o emowampirach. Jesienią tego roku premiera ostatniej części "Zmierzchu". Jak wtedy potoczy się jej kariera? Do kin weszła właśnie "Królewna Śnieżka i Łowca", gdzie zagrała tytułową rolę, a w Cannes odbyła się premiera "W drodze" Waltera Sallesa na podstawie powieści Jacka Kerouaca z jej udziałem.
Magdalena Lankosz: Z bajki "Zmierzch" przeskoczyła pani w bajkę "Królewna Śnieżka". Lubi pani bajki?
Kristen Stewart: Nie lubię. Moim jedynym dziecięcym kontaktem ze światem bajek były filmy Disneya. Ich zresztą też nie oglądałam zbyt wiele. "Śnieżka" to przecież klasyk animacji, a mnie trudno sobie przypomnieć, czy w ogóle ją widziałam. Moim faworytem była "Księga dżungli". Dorastałam z trzema braćmi i siłą rzeczy świat Mowgliego był mi dużo bliższy niż przebieranki za królewny i takie historie. Całe dnie ganiałam z chłopakami - obcięta na krótko i w spodniach. Dziś, kiedy znajomi patrzą na moje zdjęcia z dzieciństwa, pytają, czy to ja, czy mój brat.
Nie czytała pani bajek, czy w ogóle pani nie czytała?
- Pierwszą lekturą, która wzięła mnie tak, że zrozumiałam, jak wiele może dać człowiekowi czytanie, było "W drodze" Jacka Kerouaca.
Pani pokolenie czytuje jeszcze Kerouaca?
- Nie wiem, co robi moje pokolenie. Zostałam okrzyknięta głosem pokolenia, nie prosząc o to. Przez ostatnie kilka lat wielokrotnie pytano mnie, co mam do przekazania młodym kobietom albo co myśli moje pokolenie. A skąd ja mogę to wiedzieć? Wytworzyła się paradoksalna sytuacja - dostałam łatkę outsiderki, buntowniczki, która nie pasuje do tłumu, i równocześnie zrobiono ze mnie idolkę buntowniczek. Tymczasem jak się nie pasuje do tłumu, to się nie szuka idoli. Ruch społeczny nieprzystosowanych? Wspólnota outsiderów? To przecież oksymorony. Ludzie są uważani za nieprzystosowanych dlatego, że nie umieją podążyć za stadnymi odruchami.
OK, zapytam zatem inaczej: dlaczego 14-latka urodzona w 1990 r. sięga po Kerouaca? I co takiego daje jej ta książka, że sześć lat później walczy o rolę w jej ekranizacji?
- Choć to brzmi niewiarygodnie, to naprawdę książka, która przekonała mnie do czytania. Zawsze imponowały mi filmy Waltera Sallesa, ale w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że mogłabym z nim pracować. Podczas pierwszego spotkania okazało się, że widzimy książkę Kerouaca bardzo podobnie, że lektura prowokuje nas do takich samych refleksji.
Czy "W drodze" jest też dla pani próbą ucieczki od postaci Belli Swan?
- Nie. Przede mną jeszcze postprodukcja ostatniej części "Zmierzchu" i myśl o niej nie budzi moich oporów. Nie mam problemu z tym, że grałam ją tyle razy. Gdyby "Królewna Śnieżka" miała sequel, też chętnie zagrałabym ją znowu. Jako aktorka mam problem z odwrotną sytuacją - nie ma dla mnie nic bardziej frustrującego niż udział w niezależnym filmie, który powstaje w ciągu zaledwie pięciu tygodni. Nim dobrze zadomowię się w jego świecie, już pada ostatni klaps.
Przez rolę w "Zmierzchu" jako 18-latka straciła pani prywatność.
- Szaleni fani i prześladowcy to wymysł. Oczywiście kiedy idę czerwonym dywanem podczas premiery, ludzie ekscytują się moim widokiem, ale w codziennym życiu takie sytuacje się nie zdarzają.
I może pani po prostu pójść do centrum handlowego w Los Angeles?
- Nigdy nie chodziłam do centrów handlowych. Ale aktorzy zwykle uwielbiają to całe zamieszanie wokół nich. Specjalnie idą na zakupy do zatłoczonego sklepu, żeby obskoczyli ich fani i paparazzi. Znam kilku, dla których to rodzaj rozrywki. Jeśli chodzi o utratę prywatności, to owszem, w jakimś stopniu się ją traci, ale też wiele dostaje się w zamian. Dla mnie wybór: móc łazić po sklepach lub zrobić film z Walterem Sallesem jest oczywisty.
Od sukcesu pierwszego "Zmierzchu" ma pani opinię nieprzyjemnej dla mediów.
- Stresuję się, kiedy muszę publicznie opowiadać o moich filmach, i przykrość sprawia mi fakt, że jest to odbierane jako arogancja i fochy. Wszystkich, którzy nie znoszą mnie, bo widzą we mnie rozpuszczoną gwiazdę, chętnie spotkałabym osobiście i udowodniła, że to nieprawda.
Życie osoby rozpoznawalnej w Hollywood to rozdwojenie jaźni - zaczynasz istnieć ty dla siebie i ty dla ludzi. Czasem więc przebieram się za tę znaną Kristen Stewart i wychodzę na jakieś oficjalnie przyjęcie. W domu mam nawet dwie szafy - ja mam swoją i ona swoją.
Pochodzi pani z filmowej rodziny. Jaki to miało wpływ na pani karierę?
- Filmowa rodzina to brzmi, jakby moi rodzice byli właścicielami Universalu, tymczasem są filmową klasą pracującą. Zajmują się telewizją - tata jako menedżer sceny, a mama jako script girl. To wspaniali rodzice, niezbyt surowi, otwarci na to, jakie ich dzieci mają pomysły na życie.
Po co była pani kolejna bajkowa rola, jak Królewna Śnieżka?
- Gdyby to miał być film o uroczej księżniczce, nigdy bym się na niego nie zdecydowała. Ale nasza Śnieżka jest inna, zagranie jej było wyzwaniem - a skoro już mogę wybierać, to biorę role, które podnoszą mi adrenalinę. Pierwszy raz miałam okazję zagrać tak wymagającą fizycznie rolę. Wiele się o sobie dowiedziałam - po pierwsze, że nie jestem taka odważna, jak sądziłam, bo kiedy przyszło mi skoczyć ze skały z wysokości 4 m, długo dyskutowałam z technikami, czy to na pewno nie 14 m, bo z góry wyglądało mi zupełnie jak 14.
Czytałam, że solidnie się pani poobijała podczas zdjęć.
- Najpierw zraniłam się w nogę, potem wybiłam sobie kciuk. Tej pierwszej kontuzji nabawiłam się w scenie aż mi głupio o tym mówić w której miałam kopnąć karła grającego jednego z krasnoludków. Jeśli film jest dla aktora nauką, ze "Śnieżki" nauczyłam się jednego - nie bij karła, nawet jeżeli reżyser ci każe.
Skomentuj:
Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX
- Wszystko
- PŁATNE
Polecamy
Dodatki i kolekcje Gazety Wyborczej
Zamów na adres e-mail newslettera z najnowszymi wiadomościami kulturalnymi!
Przykładowy newsletter























