http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Poznajcie Skrillexa. Naprawdę warto

Robert Sankowski
2012-02-23, ostatnia aktualizacja 2012-02-23 16:13

Skrillex
Skrillex
Skrillex / fot. materiały prasowe

Muzyczny szarlatan, pozbawiony talentu tandeciarz czy może raczej objawienie sceny elektronicznej? Pewne jest jedno - nie ma innego muzyka, który ostatnio wzbudzałby tyle kontrowersji co on

ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
BRIT-y właśnie rozdane, a amerykańska branża muzyczna ciągle żyje nagrodami Grammy. Żywo komentowane jest wyróżnienie, jakie w prestiżowej kategorii najlepszy nowy artysta otrzymał indiefolkowy zespół Bon Iver (formacja zagra u nas na Open'erze). Lider grupy Justin Vernon doczekał się nawet swojej parodii w popularnym programie telewizyjnym "Saturday Night Live" - w jednym ze skeczy wcielił się tam w niego sam Justin Timberlake.

Jeśli jednak chodzi o zaskoczenia związane z Grammy, jest ktoś, kto bije Bon Iver na głowę. To 23-letni Kalifornijczyk Sonny John Moore ukrywający się pod pseudonimem Skrillex. Wprawdzie przegrał z grupą Vernona walkę o tytuł najlepszego nowego artysty, ale zdominował kategorie związane z muzyką elektroniczną. Miał w sumie pięć nominacji, a wyszedł z gali Grammy z trzema statuetkami: dla najlepszego nagrania tanecznego, najlepszego remiksu i najlepszej płyty tanecznej.

Podobnie jak Bon Iver dla masowego słuchacza Skrillex może być postacią dość enigmatyczną. Jednak nagrywa od pięciu lat. Występował pod różnymi nazwami, czasem sam, czasem dobierając sobie innych muzyków. Grał trasy koncertowe i sety didżejskie, nagrywał własne produkcje, remiksował cudze utwory, produkował płyty innych artystów. Za sprawą swoich wydawnictw - zwłaszcza minialbumu "Scary Monsters and Nice Sprites" sprzed półtora roku - stał się jedną z najważniejszych postaci na gwałtownie rozwijającej się amerykańskiej scenie dubstepowej.



Nic dziwnego, że gdy numetalowa formacja Korn postanowiła na nowej płycie poflirtować z tym świeżym stylem muzyki elektronicznej, zaprosiła do studia przede wszystkim właśnie Skrillexa. Efekty współpracy można usłyszeć na albumie "The Path Of Totality", za sprawą którego Skrillex awansował do producenckiej pierwszej ligi. Chwilę później BBC w swoim plebiscycie "Sound Of 2012" wytypowało go na jedną z gwiazd rozpoczynającego się roku. Trzy nagrody Grammy to tylko ukoronowanie tej świetnej passy. Skrillex został namaszczony na gwiazdę nowoczesnej elektroniki. A przy okazji wprowadził dubstep na salony.



Krótki kurs historii dubstepu

A może raczej należałoby powiedzieć brostep? "Klasyczny" dubstep narodził się na przełomie wieków w awangardowych klubach tanecznych południowego Londynu. Powstał z połączenia kilku stylów i gatunków: tanecznego i melodyjnego, ale charakteryzującego się mocno synkopowanymi rytmami 2-stepu, połamanego rytmiczne drum'n'bassu oraz wywodzącego się z reggae dubu - specyficznego stylu miksowania utworów, w którym narkotyczny trans i puls basu stają się ważniejsze niż utopione w pogłosach linie wokali czy gitar. Dubstepowi producenci odzierali taneczne utwory ze zbędnych ozdobników i coraz bardziej spowalniali ich rytm, aż uzyskali brzmienie zdominowane przez dudniące basy, wykręcone podziały rytmiczne, drażniącą, buczącą elektronikę i narkotyczny klimat, przy którym najbardziej mroczne nagrania triphopowe brzmią niczym piosenki dla przedszkolaków.

Ostatnio dubstep odkryli także Amerykanie. Zamiast jednak koncentrować się na jego nowatorskim charakterze, wzięli z niego to, co najbardziej oczywiste i trywialne - złamaną rytmikę i elektroniczny jazgot. Dubstepowi producenci zza Atlantyku bardziej niż kreowaniem szczególnego klimatu i nasycaniem utworów basowymi brzmieniami zainteresowali się potencjometrami, pokrętłami i modulatorami w swoich elektronicznych instrumentach, przy użyciu których generują atakujące uszy, rwane dźwięki. Tak narodził się dubstepowy odszczepieniec ochrzczony przez krytykę brostepem. Brytyjski dziennikarz Simon Reynolds nazwał nawet ten styl klubowym odpowiednikiem heavy metalu. Tam główną rolę odgrywał gitarowy riff, tu utwór dominuje wściekły atak modulowanych brzmień basu. Reynolds zwraca przy okazji uwagę, że nie przypadkiem brostep świetnie sprawdza się na masowych tanecznych imprezach, gdzie publiczność reaguje tak samo jak na rockowych koncertach.

Rozłamowiec w mainstreamie

I tutaj na scenę wkracza Skrillex. Sonny Moore jest świetnie przygotowany do roli muzyka łączącego elementy rockowej i klubowej estetyki. Jego najnowszy, wydany w Polsce kilka dni temu minialbum "Bangarang" (Skrillex w wywiadach zapewnia, że na dniach ukaże się jego debiutancka płyta długogrająca "Voltage", ale w zapowiedziach brak tego wydawnictwa) to przegląd różnych zapożyczeń. W numerze tytułowym Skrillex brzmi chwilami niczym breakbeatowe Chemical Brothers, czasem jak Daft Punk z okresu "Discovery". W "Kyoto" balansuje między elektronicznym banałem a brzmieniami rodem z filmu science fiction. W "Breakn' a Sweat" cytuje The Doors (numer powstał we współpracy z muzykami legendarnej grupy), w finałowym, nagranym z gościnnym udziałem Ellie Goulding "Summit" udowadnia, że nie jest mu obca popowa estetyka. Ale rzecz jasna na płytce dominuje na przemian świdrujący mózg lub walący obuchem w głowę jazgot rwanych, elektronicznych brzmień.



Dokonania Skrillexa dzielą publiczność, krytyków i muzyków. W mediach "Bangarang" zbiera skrajnie różne oceny. Dziennikarze albo zwracają uwagę na różnorodność inspiracji, albo zarzucają mu nieustanne powielanie tych samych producenckich patentów i zamienianie dubstepu we własną karykaturę.

- Nie jest dobrze, gdy sporo ludzi myśli, że dubstep równa się Skrillex - mówi Brytyjczyk Skream, jeden ze współtwórców sukcesów Magnetic Man. Z drugiej strony trzeba przyznać, że to między innymi dokonania Sonny'ego Moore'a sprawiły, że elementy dubstepu pojawiły się ostatnio w nagraniach takich wykonawców jak Rihanna, Snoop Dogg czy nawet Britney Spears.

Trzy nagrody Grammy udowadniają, że mainstream dostrzegł jego potencjał. Skrillex nie będzie muzycznym rewolucjonistą na miarę Buriala. Już raczej grozi mu droga Davida Guetty - francuskiego didżeja, który zaczynał w europejskich klubach, a dziś produkuje taneczną papkę, którą nagrywają największe gwiazdy amerykańskiej sceny muzycznej.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6
  • 2
  • 3
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':