"Paradygmat"
Jerzy Surdykowski
Austeria, Kraków Umberto Eco powiedział kiedyś, że mężczyzna koło pięćdziesiątki ma dwa wyjścia: uciec ze striptizerką albo napisać powieść. Pomijając kwestie metrykalne, powiedzenie to dosyć dobrze odpowiada na pytanie, dlaczego w erze dominacji sztuk wizualnych i dokumentu fabuły nie zaniknęły zupełnie. Zaspokajają potrzebę pozbierania okruchów wydarzeń i rekonstruowania z nich własnego świata, skoro ten otaczający nam nie odpowiada.
Jerzy Surdykowski pierwszą powieść wydał jeszcze przed trzydziestką, co było raczej dawno temu. Dopiero później został dziennikarzem, dosyć znanym - jednym z przywódców rewolty części tego środowiska w roku 1980, zaś w latach następnych jego oporu przeciwko recydywie PRL-u. Poza tym bywał marynarzem i inżynierem, instruktorem alpinizmu i
programistą komputerowym, konsulem w Nowym Jorku i ambasadorem w Azji Południowej. Tam też pomagał amerykańskiemu księdzu pracującemu wśród najbiedniejszych. Jednym słowem - ma o czym pisać.
Korzystając obficie z własnych doświadczeń, w prozie konstruuje z nich nie tyle powieści, ile przypowieści filozoficzne. Do tego gatunku zaliczyłbym wydaną parę lat temu "SOS", a także najnowszą: "Paradygmat". Już sam ten tytuł wskazuje, do jakiego przyznaje się pokrewieństwa. Przywodzi na myśl jeden z najlepszych filmów Zanussiego nakręcony w 1985 r. Wśród rekomendacji na ostatniej stronie okładki, obok głosów wybitnych naukowców - kosmologa ks. prof. Michała Hellera i astronoma prof. Pawła Wolszczana - znalazła się właśnie opinia reżysera.
Jeśli jednak można porównać problematykę tej książki z jakimś dziełem Zanussiego to raczej z „Iluminacją”. Fascynowała nas tak bardzo w latach 70., bo sygnalizowała wstrząs, jaki może wywołać refleksja nad postępami współczesnych nauk przyrodniczych. Powieściowy „Paradygmat” wchodzi na tę ścieżkę. Bohater znalazł się na pozycji poniekąd uprzywilejowanej. Jest naukowcem, który ma do czynienia z najbardziej awangardowymi dziedzinami badań szczegółowych i teoriami na ich temat. Jednocześnie jest everymanem, jednym z nas, którzy wynikających z nich wniosków nie pojmujemy. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu wykształcony człowiek rozumiał - albo mu się tak zdawało - mechanizm świata. Paradygmat - zbiór podstawowych pojęć i teorii obowiązujących w nauce danej epoki - był mu dostępny. Obok niego istniała oczywiście religia, ale te płaszczyzny od dawna się nie przecinały. Dziś większość z nas nie ma pojęcia o mechanizmach we wnętrzu laptopa, że nie wspomnę o teorii strun czy Wielkiego Wybuchu. Tymczasem ich filozoficzne implikacje prędzej czy później muszą zburzyć nasz obraz świata.
Jerzy Surdykowski sygnalizuje ten problem, nie zanudzając przy tym czytelnika. Nadał "Paradygmatowi" formę współczesnej powieści awanturniczej, chwilami przypominającej przygody Jamesa Bonda. Akcja toczy się wartko z niespodziewanymi zwrotami, bohaterowie naprawdę żyją i obracają się w fascynujących miejscach, znanych autorowi z autopsji. Jeśli rozmawiają o najtrudniejszych problemach - a dzieje się to często - robią to w sposób ciekawy i dla zwykłego czytelnika przystępny W przeciwieństwie jednak do rozmaitych "thrillerów naukowych" intryga nie znajduje łatwego rozwiązania. Powieść Surdykowskiego jest na to zbyt inteligentna. Jej autor wie, że dobrze postawione pytanie waży więcej od tysiąca banalnych odpowiedzi.