Film "Z daleka widok jest piękny" Anki i Wilhelma Sasnalów pokazuje kilka dni z życia wioski zamieszkanej przez ludzi bezwzględnych i bezmyślnych, za to otoczonych cudownym sielskim pejzażem. Jak w "Powiększeniu" - z daleka krajobraz jest piękny, z bliska kryje piekło.
Jednak nie dzieje się to, co powinno się dziać, by ciąg obrazów stał się kinem. Nie ma przeobrażenia, nie następuje magiczne "bęc".
Trudno oglądać ten film po prostu jak film. Cały czas pamięta się o kontekście - producentem jest nowojorska galeria Anton Kern, a współreżyserem sławny polski malarz.
Dlaczego się o tym pamięta? Gdy oglądam filmy Konwickiego, czy myślę o tym, że nie jest zawodowym reżyserem, tylko pisarzem? Jednak to trochę inna historia. Przejście od książki przez scenariusz na plan filmowy można sobie wyobrazić, nie wydaje się trudne. Warsztat współczesnego malarza jest na przeciwnym biegunie niż medium tak dyskursywne, tak kochające narrację jak kino.
Nic się nie dzieje
Film "Z daleka widok jest piękny" powstał co prawda we współpracy z żoną Anką Sasnal, która nie jest malarką, ale zarówno temat, nastrój, jak i sposób komponowania kadru są tak blisko związane z malarstwem Sasnala, tak głęboko w nim zanurzone, że oderwanie tego filmu od jego obrazów wydaje się niemożliwe. Bo choć Sasnal to malarz "realista", nigdy nie malował anegdotycznie. Wyjąwszy młodzieńczy komiks "Życie codzienne w Polsce w latach 1999-2001", nie opowiedział tak naprawdę ani jednej porządnej historii. Jego malarstwo zawsze było bardziej dokumentalne niż fabularne: fabryka stoi, neon świeci, dziewczyna pali papierosa, mężczyzna trzyma siatkę z zakupami.
Taki jest też ten film. To długie trwanie scen, monotonia obrazów, powtarzalność gestów, bukoliczny pejzaż, który ma w sobie coś jałowego, te wszystkie zapowiadające nudę i zmęczenie świty i zmierzchy, ten pomysł, że można sfilmować pejzaż przez brudną szybę samochodu - wszystko to byłoby niemożliwe bez tego, co Wilhelm Sasnal dotąd namalował. Do tego film, choć jest długometrażowy i na siłę dałoby się go nawet zaliczyć do gatunku fabuły, tak naprawdę fabuły ma jak na lekarstwo, a dialogów tyle, że wystarczyłoby na podpisy pod kilkoma obrazami. Jeśli patrzeć na film wyłącznie formalnie, jak na "ćwiczenie warsztatowe", byłby on po prostu poszerzeniem pola malarstwa, pójściem tylko o krok dalej niż krótkie, niejednokrotnie piękne filmy wideo, które artysta robi od około dziesięciu lat i które można było zobaczyć na jego niedawnej wystawie w galerii Whitechapel w Londynie. Pokazane były razem z malarstwem i tak je odczytałam - jako rodzaj malarstwa.
Jednak to byłoby zbyt łatwe. Zbyt wielu artystów sięga dzisiaj po kamerę i profesjonalne środki filmowe, by zbyć to krótkim: "Ach, to tylko malarstwo". Gdyby Sasnalowie chcieli namalować obraz, choćby tak wielki jak ekran filmowy, zapewne by to zrobili. A jednak zmontowali film.
Tego lekceważyć nie można. To jest film, my siedzimy w kinie, kino ma swoje prawa. I jeśli miałabym na to spojrzeć jak na film, nawet eksperymentalny, powiedziałabym, że jest to eksperyment nieudany. Jest w nim jakieś pęknięcie, nieusuwalna wada, jak mówią mechanicy samochodowi, "coś stuka". Po prostu nie dzieje się to, co powinno się dziać, by ciąg obrazów stał się kinem. Nie było przeobrażenia, nie nastąpiło magiczne "bęc". Dlaczego? Czy za dużo chciałam? Myślę, że problem jest raczej estetyczny, strukturalny i polega na próbie zmieszania dwóch poetyk, roboczo nazwę je poetyką Grossa i poetyką Gombrowicza.
To jest historia znana
Film pokazuje kilka dni z życia wioski zamieszkanej przez ludzi bezwzględnych i bezmyślnych, za to otoczonych cudownym sielskim pejzażem. Jak w "Powiększeniu" Antonioniego - z daleka krajobraz jest piękny, z bliska kryje piekło. Ludzie ci pogrążają się sami z powodu swoistego defektu - jest między nimi wyłącznie stosunek przemocy, władzy i wykorzystania. We wsi jest domek, najuboższy i najpodlejszy z domków, mieszka w nim i pracuje Paweł. Z kolegami tnie zużyte samochody i przerabia na złom. To akurat piękna metafora - w zdewastowanym pejzażu oni prowadzą proces dewastacji dalej, głębiej, tak jakby umieli tylko rozwalać, żyją jak roztocza - na cudzym brudzie. Paweł ma dziewczynę i matkę. Matkę oddaje do domu starców, dziewczynę opuszcza. Już po kilku dniach sąsiedzi plądrują mu dom i palą resztki dobytku w wielkim ogniu, złoty blask oświetla ich twarze. Jeśli pamiętamy obraz Sasnala według komiksu "Maus", gdzie Polak został przedstawiony jako świnia, wiemy już, że ta wioska leży gdzieś między Jedwabnem a Kielcami i zamieszkują ją jacyś mili sąsiedzi.
I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że w ten klarowny, narodowo-krytyczny wątek wkradł się podstępny Gombrowicz.
Gdybym miała szukać własnego tytułu dla tego filmu, nazwałabym go "Pornografia". Już przy "Świniopasie" - pierwszym długometrażowym filmie nakręconym kilka lat temu przez artystę - miałam wrażenie, że znam historię, którą opowiada mi się na ekranie. Tam też była wieś, też zamieszkana przez prymitywów, i też była zbrodnia, do tego w tle toczyła się wojna, i w zbrodni tej, pozornie absurdalnej, niepojętej, krystalizował się i materializował absurd świata. Tu jest podobnie. Paweł ginie, ale kara jest nieproporcjonalna do jego winy. Morderczyni wykonuje na nim wyrok niejako zewnętrzny, poruczony przez autora, nie ma własnego motywu. Jak w "Pornografii" - zabili nie dlatego, że bardzo tego pragnęli, tylko dlatego, że tak nimi pokierowano, dla hecy, tak zostały napisane ich role.
A jednak dzieje się tak, że te dwie konwencje - krytyczna i parodystyczna - jakoś się ze sobą nie łączą. Krytycyzm Grossa osłabia humor Gombrowicza, absurdalne morderstwo w stylu "Pornografii" nadwątla moralitet według "Sąsiadów". Nie twierdzę, że takie połączenie nie może się udać albo że nie było warto próbować, po prostu - tym razem zgrzyta.