''Żegnaj, królowo'' z Diane Kruger jako Marią Antoniną
Fot. HANDOUT Reuters
Na początek festiwalu w Berlinie film o rewolucji francuskiej, a jednocześnie o dzisiejszym kryzysie. Bo czyż my, konsumenci dóbr i popkultury, nie jesteśmy wersalskim dworem, który czeka zburzenie Bastylii?
14 lipca 1789 r. do Wersalu nie zdążyły przyjść wiadomości o zdobyciu Bastylii. Dopiero po kilku dniach do pałacu będącego jakby państwem w państwie wśród paniki dworzan zapełniających korytarze szeptano sobie straszne wieści. Któryś z panów pokazuje ze zgrozą rewolucyjny pamflet, listę żądań ludu - pierwszych 286 nazwisk arystokratów, których głowy powinny spaść dla uzdrowienia sytuacji kraju. "Ja sam jestem na tej liście piętnasty". Od tego momentu już wiadomo, że "lud żąda nie tylko chleba, ale władzy".
Film Benoit Jacquota, pokazany na otwarcie 62. Berlinale, ukazuje przełomowy moment w historii Europy od strony relacji najintymniejszych łączących dworską hierarchię. Ten duszny, klaustrofobiczny (choć daleko mu do drapieżności "Niebezpiecznych związków" Frearsa) film Benoit Jacquota "Żegnaj, królowo" umieszcza widza pośród dworskiego świata kobiet - hierarchicznego ula z królową w centrum.
Pierwsze wiadomości o rewolucji wraz ze świadomością, że to koniec epoki, zaczynają stopniowo docierać do sypialni Marii Antoniny (Diana Kruger). Ale na pierwszym planie jest to, co dzieje się między kobietami: królową, jej damami dworu i służącymi. Wszystko to filmowane jest subiektywną kamerą, oglądane jakby oczami krótkowidza, z punktu widzenia ulubionej służącej królowej Sidonii (Lea Seydoux), do której obowiązków należy poranna głośna lektura.
Inaczej niż to się dzieje najczęściej w filmach z epoki, w opisie dworskich obyczajów dominuje nie tyle etykieta, sztywny ceremoniał, z którym kojarzy się słowo "wersal", ile właśnie intymność relacji władzy i służby, głęboka więź, która sprawia, że to właśnie służące najbardziej boją się rewolucji. Wystawione na spojrzenie swoich pań, nauczone wychwytywać najlżejsze oznaki życzliwości lub niełaski, uczestniczące w nieustannej emocjonalnej grze, same również grające na uczuciach swoich władczyń, nie wyobrażają sobie życia poza dworem. Wolność nie należy do ideałów epoki, w której tkwią, jest wynalazkiem późniejszym. "Kiedyś byłam kimś, teraz jestem nikim" - wyznaje służąca królowej, kiedy znajdzie się poza złotą klatką Wersalu.
Dworski świat kobiet połączony jest więzami o charakterze niemal erotycznym. Dla Sidonii królowa jest ważniejsza niż młody, namiętny adorator. Wyróżniana przez królową wobec starszych, zazdrosnych dam dworu, podczas porannych zabaw w królewskiej sypialni traktowana jest jak najbliższa powiernica, którą się pieści. Królowa opowiada jej w takich chwilach o swoim miłosnym przywiązaniu do Gabrielli de Polignac. Czy te więzy mają charakter lesbijski? Chodzi raczej o sam fakt związania z drugim człowiekiem, bycia pod jego wpływem i posiadania nad nim władzy. Feudalna atmosfera, jak ją interpretuje Jacquot na podstawie głośnej powieści Chantal Thomas, polega właśnie na tego rodzaju więzach, jest niewolą uczuć opartych na przywiązaniu do swego pana czy pani.
Syty dworski świat, połączony niemal rodzinnymi więzami, ma rys tragiczny, przeczuwa swój koniec. Gdy przychodzą złe wieści z Paryża, mówią: Paryż nie jest Francją. Ale zachowują się tak, jakby już wcześniej mieli poczucie końca - więc to już?
Ożywiając przedrewolucyjną atmosferę, film Jacquota porusza współczesne kryzysowe niepokoje. Tak jakbyśmy to my, konsumenci dóbr i popkultury, byli tym Wersalem, obawiającym się nowej Bastylii. Analogie są nieuniknione - kino historyczne zawsze jest kinem współczesnym. Osiemdziesiąt lat temu, w czasach gdy rządził Front Ludowy, wielki Jean Renoir nakręcił "Marsyliankę", film o ostatnich dniach feudalnej Francji - tam również, jak tu, była scena pokazująca, jak Ludwik XIV opuszcza Wersal. Jednak film Renoira był przeniknięty XX-wiecznym optymizmem (jak miało się okazać, bezpodstawnym). W filmie z roku 2012 nie ma rewolucyjnego entuzjazmu - jest sugestywnie oddane poczucie końca jakiejś epoki.