"Artysta" Francuza Michela Hazanaviciusa to film czarno-biały i niemy, a mimo to dostał aż 10 nominacji do Oscara. Nakręcony w 3D "Hugo i jego wynalazek" Martina Scorsese zdobył o jedną więcej i też jest nostalgiczną wyprawą do starego kina. Oba od piątku na polskich ekranach
Mamy rok 1927. Gwiazdor kina niemego George Valentin (Francuz Jean Dujardin) jest u szczytu sławy - właśnie oglądamy premierę jego kolejnego filmu szpiegowsko-sensacyjnego, jest w nim torturowany prądem przez złych Rosjan. Na ekranie dostajemy równocześnie: film w filmie, publiczność go oglądającą i członków ekipy szykujących się za kulisami do spotkania po projekcji.
Jedną z fanek Valentina, wypchniętą przypadkowo przed tłum fotografów, okazuje się zgrabna statystka Peppy Miller (Argentynka Bérénice Bejo). Ona i Valentin wpadają sobie w oko. On pomaga jej w karierze. Jej nazwisko na afiszu stopniowo nabiera blasku, tak jak jego blednie, bo Valentin nie zgadza się na wprowadzenie do kina dźwięku, na co nalega jego producent filmowy Al Zimmer (John Goodman), z obowiązkowym cygarem w ustach. Valentin ma nawet upiorny sen przypominający film, w którym pojawia się dźwięk. Kino zaczyna więc mówić, a Valentin się stacza. Opiekuje się nim już tylko szofer jego limuzyny - Clifton (James Cromwell)...
Hazanavicius i Dujardin to starzy kumple - wcześniej nakręcili razem dwie części przygód Huberta Bonisseur de la Bath, czyli agenta OSS 117, będące parodią filmów o Bondzie i naśladujących je francuskich fabuł o OSS 117, powstałych w latach 60. Ten dyptyk odniósł spory sukces frekwencyjny - we Francji zebrał 4,5 mln widzów, ale dla mnie był tyleż głupi, co nieśmieszny. W "Artyście" panom H. i D. poszło zdecydowanie lepiej.
Bohater, grany przez Dujardina, nazywa się podobnie jak amant Rudolph Valentino, ale zrobiony jest raczej na zawadiackiego Douglasa Fairbanksa. Dujardin nadaje się nań idealnie: ten wąsik, ta staromodna męskość! Umie też znakomicie pokazać wchodzenie aktora w niemą rolę, polegającą na przesadnej mimice.
Bo też "Artysta" posługuje się środkami filmowymi charakterystycznymi dla czasów, o których opowiada. I którym składa hołd. Z rzadka pojawiają się w nim plansze z tekstami dialogowymi. Użyto też dawnego formatu kadru (stosunek długości boków 4:3), i takich planów, by ułatwiły aktorom granie całym ciałem. Na obiektyw nałożono specjalny filtr, chcąc czarno-białą taśmę uczynić bardziej matową i ziarnistą.
Znać, że autorzy naoglądali się dziesiątków filmów z lat 20. i czerpią z nich garściami. Możemy zgadywać, co tu jest z Chaplina, a co z Valentino, i gdzie już widzieliśmy takie ogromne schody, na których spotykają się w studiu George i Peppy.
Jakie jeszcze, poza napisami i intensywnym graniem ciałem, są konsekwencje braku dialogów w "Artyście"? Jest więcej muzyki, podkreślającej charakter poszczególnych scen. Jej kompozytor Ludovic Bource zdobył Złoty Glob i nominację do Oscara. Tego akurat nie do końca rozumiem, gdyż w najdramatyczniejszym momencie filmu rozbrzmiewa pożyczony przez Hazanaviciusa temat miłosny Bernarda Herrmanna z "Zawrotu głowy" Hitchcocka.
Poza tym świetnie wypada tu pies rasy terier Jack Russell (zwie się Uggie), należący do Valentina. Ludzie, milcząc, nie mogą go zagadać, a on jest wyrazistszy, bo szczeka. I niezwykle bystry: gdy obok rozgrywa się sytuacja romantyczna, chowa łeb pod łapą, żeby nie podglądać.
W konwencję bez słów wpisuje się również zaniedbywana żona Valentina Doris (Penelope Anne Miller). Skoro George nie zgadza się na rozmowę o ich małżeństwie (bo on także małżeństwo woli nieme), ona w niemym proteście dorysowuje na jego zdjęciach reklamowych rogi, sińce pod oczami i tym podobne.
"Artysta" jest przedsięwzięciem francuskim, ale z pomocą amerykańską. Stoi za nim Thomas Langmann, syn słynnego producenta Claude'a Berriego. Gdy Langmann odbierał Złoty Glob dla najlepszej komedii, powiedział, że jego ojciec, zdobywszy w 1965 r. Oscara za 15-minutowy film "Le poulet", nie miał dość pieniędzy na bilet do Hollywoodu. Tymczasem on "Artystę" tam właśnie zrealizował. Amerykańska strona tego filmu to potężni bracia Harvey i Bob Weinsteinowie, dawniej właściciele studia Miramax, które wylansowało m.in. Quentina Tarantino, a od 2005 r. szefowie The Weinstein Company.
Po tym udanym sojuszu, godnym udziału markiza La Fayette'a w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych, można mieć nadzieję, że "Artysta" zakończy wreszcie trwający od prawie 120 lat (i podtrzymywany dotąd głównie w Ameryce) spór o to, kto właściwie wynalazł kino - bracia Lumiere z Lyonu czy Amerykanin Thomas Edison, który starał się opatentować wszystkie ówczesne nowinki techniczne?
Czy wypada się dziwić Valentinowi, że nie znosił dźwięku w kinie? Skądże. Nie cierpiał go także sam Charlie Chaplin (uważał, że jest wyprany z artyzmu), który pierwszy film mówiony - "Dyktatora" - wypuścił dopiero w roku 1940. Jeszcze w 1931 r. oświadczał: "Daję filmom mówionym trzy lata - to wszystko".
Fabuły bez słów kręcono nawet wiele dekad później. Zgodnie z tytułem nie zawiera słów zwariowana komedia o producentach z branży filmowej "Nieme kino" (1976) Mela Brooksa, tyle że jest, w przeciwieństwie do "Artysty", kolorowa. Postacią jak z niemego kina był milkliwy pan Hulot, w prochowcu i z fajką, grany od 1953 r. przez Jacques'a Tatiego, i kochliwy milczek o zmieniających się nazwiskach, wymyślony przez asystenta Tatiego Pierre'a Etaixa.
O uroku kręcenia kina niemego na początku XX wieku traktuje "Milczenie jest złotem" (1947) René Claira, z dystyngowanym Mauricem'em Chevalierem, a o niezwykłości okresu wkraczania do filmu dźwięku - "Deszczowa piosenka" (1952) Stanleya Donena i Gene'a Kelly'ego, z drugim z nich w roli głównej.
"Artysta" lokuje się gdzieś pośrodku. Można zresztą spojrzeć nań paradoksalnie. Dujardin, nagrodzony już Złotym Globem i nominowany do Oscara (te będą wręczane 26 lutego), ma na karierę w Hollywoodzie mniej więcej takie same szanse jak jego bohater na zaistnienie w kinie dźwiękowym. Z powodu akcentu w angielszczyźnie będzie co najwyżej grywał Francuzów albo innych cudzoziemców. Nieśmiertelny Valentino miał łatwiej: mógł na ekranie milczeć.