"Dzienniki kołymskie"
Jacek Hugo-Bader
Czarne, Wołowiec
"Lotem gęsi"
Mariusz Wilk
Noir sur Blanc, Warszawa Czy Jacek Hugo-Bader i Mariusz Wilk jako autorzy książek o Rosji konkurują ze sobą o względy czytającej publiczności? Nie sądzę. Wypowiadają się przecież w zupełnie innych gatunkach i rejestrach. Hugo-Bader to dostarczyciel pierwszorzędnych opowieści z postsowieckiego świata, tak efektownych, że niekiedy podejrzewanych o efekciarstwo. Wilk zaś, coraz bardziej znudzony rolą etnografa i przewodnika po północnych krańcach Rosji, pragnie się przedstawić jako oryginalny eseista, a nawet samozwańczy myśliciel.
Autorów tych nie łączy także żywioł autokreacji. Wbrew zarzutom, jakie zdążyły się pojawić po ogłoszeniu
"Dzienników kołymskich", Hugo-Bader wcale nie jest przesadnie wpatrzony we własne - prywatne bądź reporterskie - ja. Tymczasem Wilk ani na sekundę nie traci samego siebie z oczu. Nawiasem mówiąc, z książki na książkę egocentryczne nastawienie Wilka staje się coraz bardziej wyraźne. Strach pomyśleć, co przyniosą kolejne tomy "Dziennika północnego". "Lotem gęsi" to trzecia - po "Domu nad Oniego" i "Tropami rena" - odsłona tego cyklu.
Rosja bez gułagu? To się nie da! W moim odczuciu wspólny mianownik jednak istnieje. Obaj autorzy źle się czują w użytkowych rolach, jakie narzucili im konsumpcyjnie nastawieni odbiorcy. Nie chcą być postrzegani jako znawcy niegościnnej, acz pięknej ziemi, którzy przemierzają bardzo rzadko odwiedzane przez turystów zakątki świata i z tych wędrówek zdają relacje. Hugo-Bader i Wilk - każdy na swój sposób - szukają formy bardziej pojemnej, wykraczającej poza schematy prozy podróżniczo-reportażowej i narracji etnograficznej (w której dominuje funkcja poznawcza). Kiedyś być może ją odnajdą, na razie składają swoje opowieści z różnorodnej materii, czynią przymiarki. I to wydaje mi się najciekawsze.
Zarówno najnowszy tom "Dziennika północnego", jak i "Dzienniki kołymskie" tylko po części są diariuszami. U Hugo-Badera zapiski dziennikowe wcinają się w reportaże, których bohaterami są mieszkańcy Kołymy, nosiciele arcyciekawych opowieści spotkani i wysłuchani na trasie podróży z Magadanu do Jakucka (2025 km przemierzonych przez reportera autostopem). Z kolei książka Wilka składa się z trzech części, z których tylko jedna została podana w formie dziennika. Dwie pozostałe to dygresyjna opowieść o historii i kulturze Pietrozawodska, stolicy Karelii, oraz relacja podróżnicza z wyprawy na kanadyjski północy wschód - półwysep Labrador.
Warto wydobyć twórcze niekonsekwencje obu pisarzy. W pierwszym dziennikowym zapisku Hugo-Badera czytamy: "U mnie nie będzie o Gułagu, więźniach, głodzie, śmierci, torturach". Okazuje się jednak, że nie być nie może, wszak reporter wyprawił się w miejsce naznaczone niewymownym cierpieniem. W latach 1932-56 na Kołymę wywieziono ponad dwa miliony ludzi, wielu z nich nigdy z nieludzkiej ziemi nie powróciło. Podobnie u Wilka. W kilku miejscach uwypukla różnicę między podróżowaniem i włóczęgą, piętnuje turystykę, ale wyprawia się na Labrador właśnie jako turysta. Sprzeniewierza się zatem naukom szkockiego pisarza i filozofa Kennetha White'a, którego w "Prologu" ogłosił swoim mistrzem. Owe niekonsekwencje przesądzają o smaku obu książek.
Tak się żyje na cmentarzu Oczywiście można "Dzienniki kołymskie" i "Lotem gęsi" czytać zupełnie inaczej - dla wiedzy, a zatem mniej więcej tak, jak się czyta magazyny typu "National Geographic" lub poczciwego Tony'ego Halika. Co wtedy otrzymamy?
Od Hugo-Badera opowieść o tym, jak na Kołymie jesienią 2010 r. pamięć o łagrach "uczestniczy" we współczesności bez mała totalnie. Na dobrą sprawę każda osoba, z którą autor rozmawia, bez względu na wiek, ma coś wspólnego z gułagiem, może być synem, córką bądź wnuczką zeka (więźnia politycznego), ewentualnie ma dalszych krewnych lub znajomych, którzy doświadczyli piekła Kołymy. Nadrzędnym celem reportera jest - jak sam wyznaje - "zobaczyć, jak się żyje w takim miejscu, na takim cmentarzu". To, co zobaczył, w gruncie rzeczy napawa optymizmem. Nie to, że spostrzegł ludzi szczęśliwych wedle naszych wyobrażeń na temat szczęścia. Odkrył i doskonale udokumentował banalną, ale piękną prawdę - życie jest silniejsze, nic go nie pokona, nawet najbardziej bezwzględna opresja.
Żeby móc się w pełni skomunikować z tą prawdą, trzeba przyjąć nastawienie Hugo-Badera, który mówi jednemu ze swoich rozmówców: "Dwadzieścia lat jeżdżę do Rosji i wierzę we wszystko". Czytelnicy "Dzienników kołymskich" mogą mieć z tą wiarą problem. Trudno im będzie na przykład pojąć, jak jedna z bohaterek, córka komisarza Jeżowa, zachowała radość życia i doczekała pogodniej starości, po tym co przeszła, zwłaszcza we wczesnym dzieciństwie.
Uroki późnego ojcostwa "Lotem gęsi" można czytać także ze względu na zyski poznawcze. Wilk zajmująco opowiada i oprowadza po Pietrozawodsku ("Lustro wody"), choć pewnie taka opinia nie byłaby mu w smak. Mówi przecież o tym rozdziale, że "jest rodzajem włóczęgi po mieście, a nie turystyczną wycieczką z przewodnikiem". Raport z kanadyjskiej wyprawy ("Mielone z karibu") również jest sporządzony po mistrzowsku. Natomiast część ostatnia ("Zazierkale") wymyka się konsumpcyjno-użytkowej logice. Mamy w niej do czynienia z zapiskami najbardziej prywatnymi, by nie rzec: intymnymi. Chodzi o radość wynikającą z późnego ojcostwa, o opis wielkiej zmiany, jaka zaszła nie tyle w życiu, ile w świadomości autora z chwilą narodzin Martuszki.
Bez względu na to, jak nowe książki Hugo-Badera i Wilka będziemy czytali, pewne jest jedno - to bardzo dobra literatura, warsztatowo nienaganna, zajmująca i, co dla mnie najważniejsze, usiłująca przekroczyć zastane miary i porządki. A więc jak najbardziej rozwojowa.