Po raz ostatni było to w maju, podczas 2. Festiwalu Literackiego im. Czesława Miłosza. Czytała wiersze w szczelnie wypełnionym kościele Bożego Ciała na ul. Bożego Ciała w
Krakowie. Wszyscy pamiętali, jak dwa lata wcześniej podczas pierwszej edycji tego wydarzenia osobiście złapała za szpadel podczas sadzenia Dębu Miłosza w ogrodach wydawnictwa Znak.
Poza tym przy wielkim szczęściu spotkać ją można było, gdy czasem niepostrzeżenie wymykała się z należącej do państwa Turnau kawiarni Nowa Prowincja przy ul. Brackiej. Zwykle od razu odpalała papierosa, choć nie było tajemnicą, że Szymborskiej nawet
Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz pozwalali palić w ufundowanym przez siebie Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha" (właśnie tam jeszcze w marcu ubiegłego roku wzięła udział w 85. urodzinach polskiego laureata Oscara).
Wiadomość o tym, że przebyła operację, pojawiła się w listopadzie. Przyjaciele noblistki podali ją sami, by ograniczyć szerzące się plotki. Słowa Michała Rusinka, sekretarza Szymborskiej, brzmiały wtedy uspokajająco. Noblistka czuje się dobrze, nawet żartuje.
W grudniu
Wisława Szymborska trafiła znowu do szpitala, jej stan gwałtownie się pogorszył. Czuwali przy niej sekretarz i najbliżsi przyjaciele. Kiedy dzwoniło się do nich nieoficjalnie, mówili zwykle pełni zdumienia, że "jest taka silna, a paliła przecież 70 lat!". Tuż przed świętami Bożego Nagrodzenia wróciła do domu. Wydawało się, że sytuacja znów się uspokoiła.
W styczniu ponownie trafiła do szpitala, na kilka dni przed śmiercią wróciła do domu, gdzie przez całą dobę opiekowały się nią pielęgniarki, co kilka godzin zaglądał lekarz. Przez ostatnie dwa dni niemal wcale nie odzyskiwała przytomności. Zmarła we śnie.