Od piątku w kinach "Róża" Wojciecha Smarzowskiego. To film wypełniony przemocą ponad normę polskiego kina. Zło nie ma tu munduru ani narodowości, czyha ze wszystkich stron
Jest taki wiersz Wiktora Woroszylskiego "Deszcze nad Mazurami", napisany w roku 1956 - jedno z pierwszych publicznych świadectw dramatu, jaki się na tych ziemiach rozegrał po wojnie. Przypomniałem go sobie, oglądając "Różę": "Starowina pod lasem/ podpiera się patykiem,/ w kancjonale opasłym/ składa słowa gotykiem./ Hoduje dwie "ozieczki",/ zbiera jagody, grzyby,/ z nikim nie szuka sprzeczki,/ a ktoś jej wybił szyby./ Pożyje jeszcze chwilkę,/ potem pójdzie do raju./ Lecz patrzą na nią wilkiem/ i Niemrą nazywają".
O dramacie Mazurów, zawieszonych między Niemcami i Polską, pisał w latach 30. Melchior Wańkowicz w słynnej reportażowej książce, relacji z wyprawy do ówczesnych Prus Wschodnich "Na tropach Smętka" - takie imię nosi diabeł w mazurskich bajkach.
Paradoks dziejowy sprawił, że w roku 1920 Mazurzy postawieni przed wyborem w plebiscycie w większości wybrali Niemcy, które dawały im wtedy większe poczucie bezpieczeństwa niż na nowo kształtująca się wtedy Polska. W okresie międzywojennym, pod naporem hitleryzmu, jakby ze świadomością zagrożenia, zaczęto żywiej kultywować polskość. Ale po wojnie Mazurzy byli traktowani przez radzieckie i polskie władze, a także przez polskich osadników jak Niemcy. Skończyło się masowymi wysiedleniami.
Tak wygląda tło historyczne "Róży" Wojciecha Smarzowskiego - podobno zbyt trudne do zrozumienia dla jurorów zeszłorocznego festiwalu w Gdyni. Może wystarczyłby napis na początku filmu? Ale widocznie reżyser nie chciał, żeby "Róża" była traktowana jak wykład historyczny. Widz zostaje znienacka wrzucony w sytuację, która stopniowo się przed nim odsłania.
Zło nie ma tu swojego munduru ani narodowości, czyha ze wszystkich stron. Historia Mazurów ma wymiar ogólniejszy: jest to dramat zgwałconej, nieuszanowanej tożsamości. Podobny dramat staje się udziałem Tadeusza, przybysza z Polski, i Róży z Mazur.
Polski inteligent, AK-owiec, uczestnik powstania, ocalały z egzekucji, wędruje na - jak nazywano je wówczas - Ziemie Odzyskane, na Mazury. Ma dosyć walki, chce zacząć nowe życie. Ale będzie musiał tę walkę podjąć, podobnie jak bohater klasycznego "easternu" Jerzego Hoffmana "Prawo i pięść" wg powieści Józefa Hena. W ówczesnych filmach, jak w balladzie Osieckiej i Komedy z tamtego filmu - do której nawiązuje w "Róży" wystukiwany motyw muzyczny Mikołaja Trzaski - szybko nadchodził upragniony pokój, "wstawał świt". Ale dla bohatera "Róży" wojna się nie kończy, tylko na nowo zaczyna. Pokocha "obcą" i będzie jej bronił na śmierć i życie, nie cofając się przed okrucieństwem, zaprzęgając zło w służbę dobra.
Spotkanie z Różą jest dla Tadeusza ostatnim ratunkiem. Nie przypadkiem trafił do domu mazurskiej autochtonki. Ich losy były podobne. On stracił żonę, którą Niemcy zgwałcili i zabili - ona straciła męża, żołnierza Wehrmachtu, zabitego przez Rosjan, a sama przeszła gehennę w czasie tragicznej ucieczki Mazurów, zimą 1944/45, gdy nadciągał front radziecki. Oboje są śledzeni przez UB, NKWD, prześladowani przez bandy. Ich osobny dom (na wsiach mazurskich domy stoją osobno, oddalone od siebie) staje się jak całe Mazury celem nieustannych ataków.
Z niespotykaną bezwzględnością ukazano bestialstwa radzieckich żołnierzy, używających sobie na "Giermańcach". Ale czym różnią się tu gwałty rosyjskie od gwałtów niemieckich? Czym różnią się piwnice polskiego UB od katowni gestapo? Towarzysz broni Tadeusza, z innej opcji politycznej, tak samo jak on walczący z Hitlerem, po wojnie staje się jego katem. Gwałt nie zna granic, przychodzi jak fala, pobudzony przez wojnę. Smarzowski wykracza jednak poza ramy polityki historycznej. "Róża" nie zaspokoi tych, którzy chcieliby zobaczyć w niej przede wszystkim film o polskich cierpieniach, ponieważ gwałt zadają również sami Polacy.
Ten pozornie prosty film, opowiedziany linearnie, ubogi w słowa, ma w sobie tajemnicę. Czy sprawia to reżyseria, czy powściągliwość gry Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy, czy sposób montażu, który pozostawia kolejne sceny jakby niedokończone, otwarte, ulotne? "Róża" dzieje się w dwóch planach. Pasmo krwawych, naturalistycznie ukazanych starć układa się w rodzaj ballady, bajki lub biblijnej przypowieści, w której zło, atakujące bohaterów, staje się jakąś niepojętą próbą.
"Żyjemy w niemym proteście. Uważamy, że kara, jaka nas spotyka, jest ponad miarę okrutna. Ale nie nam o tym sądzić". Oto ukryta puenta tej przypowieści wypowiedziana przez ewangelickiego pastora z Mazur (Edward Linde-Lubaszenko). Inna puenta pada mimochodem w rozmowie Tadeusza i Róży o mazurskich obyczajach żałobnych i szacunku dla duszy zmarłego. Stawia się jej stołek, aby mogła sobie usiąść, otwiera się okna, aby mogła polecieć, a na progu domu kładzie siekierę. "Po co siekiera?" - pyta Tadeusz. Róża uśmiecha się: "Nie wiem... żeby zło zabić?". To niemożliwe. Siekiera idzie w ruch, choć zło nie zostaje "zabite".
"Róża" z jednej strony wyraża niewymowne cierpienie, szaleństwo historii, odsłania niekończący się łańcuch zła i gwałtu, na którym wyrosło pokojowe życie wschodniej Europy. Przywołując tamten gwałt, Smarzowski przypomina: jest on wciąż obecny w naszej zbiorowej podświadomości. Ale towarzyszy temu inny element. Ten film kończy się - podobnie jak dwa poprzednie filmy Smarzowskiego - uniesieniem kamery w górę, spojrzeniem na świat z wysoka, jakby z pozycji tej "ulatującej duszy", która wymknęła się z morderczej bitwy narodów. W planie symbolicznym losy tej pary, ich spotkanie, cierpienie, miłość, niosą coś na kształt odkupienia.
Reżyserowi udał się wyczyn, który można porównać do połączenia w jedno "Nędznych psów" Peckinpaha i "Love Story". Film, wypełniony przemocą ponad normę polskiego kina, wymyka się gatunkowej klasyfikacji. Ocieka krwią, ale za obrazami gwałtu nie czai się resentyment, nie wywołują one w widzu poczucia poniżenia, nie ma w nich nienawiści. Wyjęte z kontekstu byłyby nie do zniesienia. Dlaczego możemy je oglądać? Może dlatego, że są elementem rozgrywki, która stoi u początków kina, którą znajdziemy zarówno w bajkach, jak w historiach biblijnych, pełnych okrucieństwa, ale przechodzących ponad nim.
Ile trzeba pokazać zła, śmierci, rozkładu, żeby móc jeszcze wzlecieć w górę? Ile gwałtu zniesie dobro? Zderzając ze sobą sprzeczne żywioły, Smarzowski usiłuje w karkołomny sposób, jak w barokowej sztuce operującej krańcowymi sprzecznościami, ocalić idealistyczną podszewkę. Jak w scenie przesłuchania na UB, tworzącej niezwykłą figurę montażową. Znajdujemy się tam na przemian w różnych rzeczywistościach. Katowany więzień w pewnym momencie zanosi się śmiechem razem ze swoim oprawcą, jakby byli dobrymi przyjaciółmi. Widzi w wyobraźni Różę jadącą na rowerze, który w filmie przechodzi z rąk do rąk: najpierw zabrali mu go Rosjanie, później rozpoznał go u ubeka. W malignie, pod wpływem bólu, zacierają się granice, łączą przeciwieństwa.
Zło, które nieustannie, jakby z zazdrością atakuje bohaterów opowieści, wydaje się puste. Dlatego można je znieść. Istota tego, co łączy Tadeusza i Różę, pozostaje nienaruszona, mimo gwałtu. Sąsiad Władek, osadnik z Wileńszczyzny, postać swojska, poczciwa, ale w gruncie rzeczy niezbyt sympatyczna i mądra, biadoli po ataku bandytów: "Zepsuli mi Amelkę, hańba na zawsze!". Tadeusz oburza się: "Hańbą jest tak sądzić".
Miłość ani przez chwilę nie nabiera w tym filmie melodramatycznego wyrazu. Zakochani nie wdzięczą się do siebie, przeciwnie, wyglądają jak obcy. Pod tym względem "Róża" w scenach kameralnych przypomina dawny film Kazimierza Kutza "Nikt nie woła". Na twarzach Marcina Dorocińskiego i Agaty Kuleszy nie malują się żadne uczucia. Są blisko siebie, ale nie okazują bliskości. Powstrzymują ich doświadczenia, przez które przeszli. Raz tylko, wobec nowych sąsiadów-repatriantów obejmują się, trochę na pokaz, "jak dwa gołąbki". Na co dzień ich bliskość wyraża się w czym innym, w niesieniu sobie pomocy, obmywaniu ran, robieniu zastrzyku, w pracach gospodarskich - sadzeniu kartofli, pompowaniu wody. Czy nie jest analogią sceny miłosnej delikatne i precyzyjne rozminowywanie pola? W podobny sposób traktowane jest ciało kobiety, poranione, obmywane, leczone. To, co widzieli i przeżyli, odebrało im formy czułości, ale nie odebrało zdolności kochania. Uczucia pozostają niewyrażone, ale to właśnie nadaje historii miłosnej ukrytą moc.
Dobry sezon polskiego kina wieńczą dwa filmy łączące cechy kina popularnego, a równocześnie rozmawiające z widzem w sposób głęboko angażujący i nieoczywisty. Pozwalają skonfrontować się z rodzimym złem. Ukazują historię poprzez wątki, które wypieramy. Mają w sobie wielkie stężenie okrucieństwa, a zarazem ukazują narodziny dobra. Wywierają terapeutyczne działanie. Myślę o "W ciemności" Agnieszki Holland i o "Róży" Wojciecha Smarzowskiego. Czy niedługo dołączy do nich "Pokłosie" Władysława Pasikowskiego?