"Dwa dni w Nowym Jorku", o których opowiada pokazywana na Sundance poza konkursem fabuła Julie Delpy, nie wystarczą, żeby zrozumieć kulturowe różnice między Europejczykami a Amerykanami. Mimo to w swoim drugim fabularnym filmie francuska aktorka i reżyserka podjęła się tego karkołomnego zadania i... wyszła z niego z klasą.
Rodzina głównej bohaterki Marion (w tej roli Delpy) przyjeżdża do Stanów z Paryża, żeby poznać jej amerykańskiego chłopaka Mingusa (Chris Rock). Jej ojciec jest głośny, rubaszny i ciągle mówi o jedzeniu - biedak podczas rewizji na granicy stracił wszystkie sery i kiełbasy, które próbował przemycić do
USA! Siostra - trzydziestoparoletnia psycholog - chodzi po mieszkaniu półnaga, a wieczorami zakrada się z chłopakiem na dach palić trawkę.
Dwa dni obecności tych francuskich intruzów w domu Marion wystarczą, żeby jej chłopak zaczął śnić koszmary, w których Francuzi chcą go pożreć żywcem. Na jawie Mingus pozostaje jednak niewzruszony - jest niezdrowo wręcz miłym zięciem i chłopakiem. Może to stereotyp, że Europejczycy mają fantazję, Amerykanie zaś reguły, poza które nie wykraczają. W kinie, jak pokazał tegoroczny Sundance, stereotyp jednak się potwierdza.
Jak nie wpaść do otchłani Świetnie napisane, dowcipne, wnikliwe na poziomie konstrukcji psychologicznej postaci - takie filmy znalazły się w tym roku na największej amerykańskiej imprezie niezależnego kina. Ale były to też w większości obrazy boleśnie podporządkowane klasycznym schematom opowiadania, skonstruowane "zgodnie z regułami". Ciepłe kino o związkach, rozstaniach, romansach. W większości komediowe, co - jak skomentował dyrektor Sundance Film Festival John Cooper - "wynika pewnie z przyczyn komercyjnych". Bo jak mocno Robert Redford, dyrektor organizującego imprezę Sundance Film Institut, nie odcinałby się od jej marketingowego wymiaru ("Jesteśmy organizacją non profit, nie mamy wpływu na to, że nasz sukces ściągnął tu branże, która chce zarabiać na naszej marce" - mówił na konferencji w dniu otwarcia), Sundance to także gigantyczne targi. Życie artystyczne tętni w kinowych salach, biznesowe - w knajpkach na głównej ulicy Park City Main Street, gdzie branża organizuje bankiety i gdzie zapadają decyzje, które z nich wejdą w obieg, a które wpadną do dystrybucyjnej otchłani. A że statystyki zestawień box-office'u pokazują, że komedie sprzedają się lepiej niż dramaty, w statystykach festiwalu te pierwsze także przeważały.
O dystrybucję dla swoich filmów walczyli nawet twórcy uznani: Stephen Frears z "Lay the Favorite", komedią z Bruce'em Willisem i Rebeccą Hall, Spike Lee z "Red Hook Summer" - obyczajowym filmem, który jednocześnie usiłuje być gorącym społecznym komentarzem na temat warunków życia czarnoskórych w Stanach i patologii w Kościele amerykańskim. Oba filmy zresztą rozczarowały: Lee rozproszył uwagę na zbyt wiele tematów, w rezultacie żadnego nie zgłębiając, Frears natomiast za bardzo skoncentrował uwagę na górnych i dolnych partiach ciała grającej eksstriptizerkę Hall, reżyserując najgorszy bodaj obraz w jej karierze.
Lecz mimo trwającej także na Sundance nieustającej walki o dystrybutora, inwestorów, sławę i pieniądze, w pokazywanych tam filmach przekaz był zupełnie inny - pieniądze są motorem napędowym destrukcji i moralnego upadku. Najbardziej przenikliwie, w duchu kultowego "Wall Street", pokazał to we współprodukowanym przez podkrakowskie Alvernia Studios "Arbitrażu" Nicholas Jarecki. Inni młodzi amerykańscy reżyserzy też podważają kult
pracy, która pozwala rzekomo osiągnąć niezależność. Jaka jest naprawdę jej wartość? I czy warto płacić za nią cenę, a jeśli tak - jak wysoką?
Rodzina dobra na wszystko Prawie wszyscy bohaterowie pokazywanych w Sundance fabuł pracują, żeby żyć, ale nie żyją
pracą. Tylko ile ten idylliczny ekranowy świat ma wspólnego z prawdziwą Ameryką w kryzysie? Pokazywane na Sundance dokumenty prezentują inny obraz tego kraju: zdestabilizowanego, biedniejącego. Choćby "The Invisible War" - o paraliżu rządu USA w sprawie ścigania przestępstw w armii, czy "The Queen of Versailles" - o bankrutujących milionerach.
Niezależne amerykańskie fabuły pokazane w tym roku na Sundance to w większości raczej Alka-Seltzer na postkryzysowego kaca. Nie leczą, nie diagnozują, tylko chwilowo zagłuszają objawy, pozwalają zanurzyć się w przyjemnej bajce.
Niekiedy też nieśmiało podsuwając sugestie, jak żyć, żeby nie wylądować na bruku, z kredytem za mieszkanie, do którego nie ma się już klucza, bez rodziny.
No właśnie - rodzina. W filmach sundance'owych, robionych przecież głównie przez młodych ludzi, zdecydowanie uderzał familijny klimat. "The End of Love" Marka Webbera i "For Ellen" So Yong Kim to tylko wybrane tego przykłady. Bohater filmu Webbera, aktor, musi zrezygnować z kariery, żeby zająć się wychowaniem syna, bohater "For Ellen" zaprzepaścił z kolei szansę na relację z córką, goniąc za marzeniem o byciu liderem rockowego bandu. Wnioski są jednoznaczne: nic nie jest warte zrywania więzi z bliskimi, nic nie wypełni po nich pustki.
Ba, nawet skandalistka Lynn Shelton, która przed dwoma laty pokazała w Park City film o heteroseksualnych kumplach, którzy w ramach artystycznego happeningu postanawiają pójść ze sobą do łóżka ("Humpday"), wpisała się w tym roku w prorodzinny nurt festiwalu, choć złamała przy tym wszystkie możliwe stereotypy i schematy. Bohaterowie jej "Your Sister's Sister", siostry Iris (Emily Blunt) i Hannah (Rosemarie DeWitt) oraz ich znajomy Jack (Mark Duplass, kolejna wschodząca aktorska gwiazda amerykańskiego niezależnego kina), dają początek modelowi rodziny, który jest w awangardzie nawet wobec tego z "Wszystko w porządku" Lisy Cholodenko o matkach lesbijkach (pokazywanego na Sundance przed dwoma laty).
Shelton jest dziś zresztą spośród amerykańskich niezależnych na najlepszej drodze do powtórzenia sukcesu "urodzonych" i "wychowanych" na Sundance gwiazd amerykańskiego kina - Stevena Soderbergha czy Paula Thomasa Andersona. Z roku na rok kręci coraz lepiej.
Swoją pozycję na scenie niezależnego amerykańskiego kina utwierdził też Antonio Campos, którego "Simon Killer" to fenomenalna kontynuacja mrocznego, debiutanckiego "Afterschool". Intrygujące formalnie, pulsujące w rytm magnetyzującej ścieżki dźwiękowej kino akcji, ze świetną kreacją Brady'ego Corbeta jako socjopaty snującego się po nocnych ulicach Paryża niczym kiedyś Robert De Niro po Nowym Jorku w "Taksówkarzu".
Czas apokalipsy Ale prawdziwym objawieniem tegorocznego Sundance było dzieło artysty, który do dnia pierwszego pokazu "Beasts of The Southern Wild" pozostawał praktycznie nieznany. Benh Zeitlin znany był dotąd tylko z krótkometrażowego, dziejącego się w Nowym Orleanie "Glory at Sea", które w 2008 roku odbiło się szerokim echem na innym niezależnym festiwalu amerykańskim - South by Southwest w Teksasie.
"Beasts of The Southern Wild" to poruszający, magiczno-realistyczny obraz, który w odróżnieniu od innych pokazywanych na Sundance wychodzi daleko poza bezpieczne ramy gatunku, klasycznego opowiadania. Brawurą i kreacyjną siłą przedstawionego świata, idącą w parze z namacalnym wręcz odwołaniem do współczesnych realiów (między innymi huraganu "Katrina"), całkowicie zdystansował konkurencję i ostatecznie zasłużenie zgarnął najważniejszą nagrodę - Grand Jury Prize w kategorii fabuła. A przecież film Zeitlina nie ma w obsadzie żadnych gwiazd - ba, grają tu naturszczycy! Przecież magiczny ekranowy świat: Bathtub - kawałek lądu, który wkrótce, z powodu zmian klimatycznych, zatonie, pogrążając wraz ze sobą jego mieszkańców - został wykreowany niemal bez użycia komputerowych efektów specjalnych, kręcono po prostu w zmasakrowanej "Katriną" Luizjanie.
Głębi nie wprowadzają tu sztuczki czy 3D, a po prostu wielowymiarowość historii. Przypowieści o czarnoskórej dziewczynce Hushpuppy, która razem z ojcem i grupą przyjaciół, mimo zbliżającej się katastrofy, za wszelką cenę próbuje kontynuować życie w Bathtub, w harmonii z naturą, celebrując czas, który pozostał. I, jak się szybko okazuje, większe zagrożenie, niż budzące się z tysiącletniego snu w arktycznych lodowcach bestie, stanowią dla niej ludzie. Ci, którzy uznali, że wiedzą, jak zaprowadzić porządek w przededniu apokalipsy.
Niezwykły film. I odważna decyzja jury, a także Fox Searchlight Pictures, które jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu nabyło prawa do dystrybucji "Beasts of the Southern Wild". To znak dla branży, że można bardziej szalenie, z większą,fantazją, z rozmachem.
Energia, jaka towarzyszy temu odbywającemu się przecież w kompletnie niesprzyjających, iście apokaliptycznych (do obecnych mrozów w Polsce należy dodać tony śniegu i wilgoć), warunkach festiwalowi, jest przecież zupełnie niezwykła!
Sundance, zwłaszcza teraz, w kryzysie, gdy studiom brak pieniędzy na finansowanie filmów za setki milionów dolarów, ma szansę nie tyle zatrzymać zalew światowych kin przez mainstreamowe ogłupiacze z hollywoodzkiej taśmy produkcyjnej, co nieco ten potop ograniczyć. To niewiele i bardzo dużo zarazem. Potrzeba tylko kolejnych Benhów Zeitlinów i wiary, że kino nie musi mieć trzech wymiarów, musi za to poruszać.