Ten film, zrealizowany w Argentynie, powstały we współpracy z Meksykiem i Polską, jest ciekawym połączeniem sprzecznych żywiołów: grozy historii i dziecięcego spojrzenia. Meksykańska reżyserka i scenarzystka ("Jezioro Tahoe") Paula Markovitch wraca - dosłownie i w przenośni - do miejsc zapamiętanych z dzieciństwa, z lat 70. Oglądając "Nagrodę", zostaję wrzucony w sam środek sytuacji, która uderza swoją dziwacznością: matka z siedmioletnią córeczką, bynajmniej niewyglądające na bezdomne włóczęgi, wegetują w jakimś zapadłym nadmorskim miasteczku, gnieżdżąc się w obskurnym pawilonie, gdzie są przechowywane po sezonie plażowe foteliki.
Wiatr od oceanu uderza w metalowe okiennice domku. W czasie sztormu woda wdziera się do środka. Patrzymy na to wszystko z punktu widzenia dziecka i wiemy tylko tyle, ile do niego dociera. W nieustannie wiejącym wietrze dziewczynka z psem biega po wydmach, bawi się beztrosko, jakby była na wakacjach. Tworzy wokół siebie własny świat. Jest małą artystką. Nie czuje opuszczenia ani brzydoty tego miejsca, nędzy, w jakiej żyje. Tylko kiedyś znienacka zapyta matkę: co znaczy "pesymista"? Jest to słowo, które wyczytała w telegramie.
W 1975 roku, w czasach wojskowej dyktatury w Argentynie, gdy ludzie masowo znikali bez wieści, mała Paula Markovitch wraz z matką ukrywały się w miejscowości, którą oglądamy na ekranie. Mieszkały w tej samej plażowej rupieciarni. Paula chodziła do tej samej odrapanej szkoły co mała Cecylia z filmu. Świat ten wygląda dziś niemal identycznie, choć klimat polityczny diametralnie się zmienił. Ale tematem "Nagrody" nie jest rozliczenie z historią ani opis prześladowań, tylko nieuchwytna, delikatna sfera, którą tworzy wokół siebie człowiek w sytuacji zagrożenia. Ma to coś wspólnego z kreacją artystyczną. Poczucie więzi ze światem, odruch ufności pozwala ludziom przetrwać pod dyktaturą, okupacją, w obozach i łagrach. Ile jednak trzeba do tego samozakłamania? Mała Cecylia wie, co ma mówić, gdy zapytają ją o ojca: "Tata w Buenos Aires sprzedaje zasłony, a mama zajmuje się domem". Wie, że w kraju dzieje się coś złego, że "wojsko zabija". Ale równocześnie nie zdaje sobie sprawy, że nie można o tym napisać w szkolnym wypracowaniu. Miejscowa
szkoła, do której ryzykownie zostaje posłana, staje się w oczach dziewczynki bezpiecznym, godnym zaufania środowiskiem, a nauczycielka - drugą matką. Wbrew okolicznościom, których nie ogarnia, na przekór lękom matki, mała Cecylia potrzebuje więzi ze światem, ma naturalne pragnienie bycia zaakceptowaną, docenioną, nagrodzoną. Ufa nauczycielce, która uczy dzieci patriotycznego wierszyka o fladze. Ufa koleżance, choć ta w pewnym momencie na nią doniesie. I w ostatecznym rozrachunku to zaufanie nie będzie zdradzone.
Cecylia ufa nawet żołnierzowi, który przychodzi do klasy, żeby ogłosić konkurs o naszej dzielnej, bohaterskiej armii. W pewnym momencie ta warstwa ochronna pęknie. Do Cecylii dotrze groza sytuacji, to, że jej tata wcale nie sprzedaje zasłon w Buenos Aires. Ale czy przejście progu dojrzałości i nagłe poszerzenie świadomości musi zniszczyć wiarę, zaufanie do życia?
W systemie argentyńskiej dyktatury musiały być luki, skoro żonie dysydenta udało się mieszkać bez meldunku i posyłać
dziecko do szkoły. Takie luki - mniejsze lub większe - istniały także w europejskich systemach totalitarnych, zdawałoby się szczelnie domkniętych. Także u nas w najgorszych czasach stalinowskich wiele zależało od cichej solidarności, spojrzenia w oczy bez słów i dwójmyślenia, które czasem było zbawienne, pozwalało przeżyć. Poczucie milczącej solidarności można znaleźć w węgierskich filmach Istvana Szabó ("Zaufanie"), w piosenkach Okudżawy (jak ta o błękitnym trolejbusie, do którego w momentach beznadziei dobrze jest wsiąść, wciskając się pomiędzy ludzi).
Paula Markovitch w "Nagrodzie" broni siebie. Przedstawia genezę swojego stosunku do świata - poczucia solidarności załamanego w dzieciństwie, ale do końca nie utraconego, wciąż na nowo zdobywanego w sztuce. Jej wspaniały scenariusz do filmu "Jezioro Tahoe" opowiadał o czymś podobnym. Pokazała jeden dzień z życia dorastającego chłopca, który w momencie śmierci ojca, jakby na przekór sytuacji, odkrywa jedność świata, przeżywa miłosną inicjację.
Zaproszenie do współpracy przy "Nagrodzie" znakomitego operatora dokumentalisty, globtrotera Wojciecha Staronia nie było gestem przypadkowym. Chodziło o nadanie filmowi charakteru dokumentalnego, oddanie atmosfery miejsca. Kameralny film zrealizowano na szerokim ekranie, kamerą z ręki. Wszystko to sprawia, że czuje się niemal temperaturę powietrza, powiew wiatru, morskiej bryzy. Pejzaż staje się bohaterem, jak w "Ostatnim dniu lata" na zdjęciach Jana Laskowskiego. Jest zawłaszczony i oswojony przez dziewczynkę, która w poczuciu bezpieczeństwa biegnie na wrotkach brzegiem wzburzonego oceanu, nie czując grozy.
Ale Staroń był potrzebny Pauli Markovitch do czegoś więcej. Myślę, że było w tym także pokrewieństwo idei. Chodziło o to, żeby znaleźć taki punkt widzenia, z którego rzeczywistość okazuje się jednością. W swoich filmach - takich jak "Lekcja syberyjska", "El Missionero" czy "Argentyńska lekcja" - Staroń w naturalny sposób wiąże obraz świata w jedną całość mimo obecnego w nim zła. Jego argentyński film zrealizowany w miasteczku polskich emigrantów ogląda się jak przedłużenie "Nagrody" (choć powstał wcześniej). Podobny jest obraz szkoły, można nawet rozpoznać te same twarze dzieci, które też noszą w klasie białe fartuchy i na apelu oddają "cześć fladze". To spojrzenie, proste i głębokie zarazem, Staroń przeniósł do filmu Markovitch niczym lekarstwo na traumę jej dzieciństwa.