Część zdjęć do filmu powstała w
Łodzi: na podwórku między ul. Włókienniczą i Jaracza, na Księżym Młynie, na podwórzu przy ul. Nowomiejskiej, a przede wszystkim - w łódzkich kanałach. Niewielkie dofinansowanie z
Łódź Film Commision sprawiło, że miasto ma skromny udział w powstaniu znakomitego filmu, o którym głośno na świecie.
Rozmowa z Wojciechem Danowskim* Marzena Bomanowska: Trzymamy kciuki za Oscara dla "W ciemności", ale już nominacja to spore osiągnięcie. Wojciech Danowski: Nominacja to bardzo dużo, bo chodzi o najważniejszą nagrodę w świecie filmowym. Znaleźliśmy się w piątce nominowanych filmów nieangielskojęzycznych spośród 63 zgłoszonych. A nominacja do Oscara to wyróżnienie nie tylko dla Studia Filmowego "Zebra", lecz także dla całej polskiej kinematografii, i budowanie jej marki na Zachodzie.
Ta nominacja buduje również markę pana jako producenta filmu. Jest pan zasypywany scenariuszami, propozycjami współpracy? - Szefem
studia Zebra i producentem "W ciemności" jest Juliusz Machulski, a ja jestem producentem wykonawczym filmu. Dostaję zaproszenia na spotkania czy konferencje, by podzielić się wiedzą i doświadczeniem z tej koprodukcji. Ale pozytywny efekt nominacji to kwestia czasu.
Kiedy czytał pan pierwszą wersję scenariusza? I co sprawiło, że pan powiedział "tak"? - Ponad sześć lat temu scenariusz trafił do nas z Kanady, jego autorem jest David F. Shamoon. Odezwał się Eric Jordan, producent kanadyjski z Film Works, pojechałem na pierwsze spotkanie podczas Berlinale. Nie od początku była w tym projekcie Agnieszka Holland. Miał to być film angielskojęzyczny, z hollywoodzkimi aktorami, robiliśmy różne przymiarki do obsady. Po drodze były rozmaite peregrynacje zakończone decyzjami niezwykle korzystnymi dla filmu.
"W ciemności" to inny, niestereotypowy sposób przedstawienia dramatycznych sytuacji. W scenariuszu zafascynowało mnie pokazanie, że ludzie nie są czarno-biali, ale różni, kolorowi. I że się zmieniają pod wpływem krańcowych wydarzeń, co w wywiadach podkreśla Agnieszka Holland. Zmiana Sochy, człowieka bezwzględnego, korzystającego bez skrupułów z życia w bohatera ryzykującego życie swoje i swojej rodziny, a także pokazanie Żydów nie tylko jako ikony cierpienia, ale też kłócących się, kochających, nienawidzących, robiących sobie świństwa, wszystko to jest bardzo ludzkie. I stanowi ciekawą przeciwwagę dla typowo hollywoodzkich filmów.
To akcentują krytycy piszący, że "W ciemności" jest lepsze niż "Lista Schindlera" czy "Pianista". Aktorzy mówią po polsku i w innych językach ówczesnego Lwowa, a podkreśla się, że oprócz historycznego wydarzenia film prezentuje uniwersalną sytuację prześladowania, ukrywania się, walki o przeżycie i poświęcenia. - Niewątpliwie film ma charakter uniwersalny, można by taką konstrukcję przyłożyć na przykład do niedawnego krwawego konfliktu Tutsi i Hutu, tam też był człowiek, który ratował innych przed śmiercią.
Łódź ma swój mały udział w filmie. - Łódź jest szalenie fotogeniczna, można tu znaleźć szerokie spektrum scenograficzne dla scen z przełomu XIX i XX wieku. Nie do przecenienia jest rola Moniki Głowackiej i całego Łódź Film Commision.
W napisach końcowych pojawiają się też tajemnicze dla zachodniego widza skróty jak ZWiG czy ZDiT... - W ZWiK okazali nam dużą pomoc i życzliwość, ustaliliśmy, że znajdą się w napisach końcowych i nie mieliśmy wątpliwości, że w ten sposób powinni zostać docenieni za bardzo dobrą współpracę.
Plusem Łodzi jako miejsca na plan filmowy jest jej zacofanie i zaniedbanie? - Tak, bo łatwo można znaleźć miejsca, które z powodzeniem mogą udawać przedwojenne plenery. Architektura przemysłowa jest unikatowa w skali kraju. Dopiero jak zakochałem się w pewnej łodziance i zaprzyjaźniłem się z Łodzią, zacząłem chodzić z podniesioną głową, patrzeć na pałacyki, secesję, detale - czasem bez sensu zachlapane betonem. Cennych śladów przeszłości widziałem bardzo dużo. Materię architektoniczną Łodzi trzeba jak najszybciej ratować, bo to mogłaby być
Barcelona Europy Środkowej.
Skromny wkład Łodzi w film nominowany do Oscara to okazja do promocji miasta. Jak możemy lepiej wykorzystać atuty Łodzi? - Myślę, że do samorządowców i urzędników powinna trafić następująca prawda: złotówka zainwestowana przez miasto w film w postaci dotacji czy wkładu koproducenckiego zwraca się kilkakrotnie. Angażujemy na miejscu ludzi, wydajemy pieniądze na realizację filmu, a oprócz tego ekipa musi przecież jeść, spać, korzystać z transportu - to dobra inwestycja z czysto ekonomicznego punktu widzenia. Ważne, by komórka dysponująca funduszami na filmy mogła działać dynamicznie, czyli samodzielnie, bo w ramach większego organizmu jest bezwładna, a w tej dziedzinie potrzeba elastyczności i efektywności. Komisja powinna mieć większy
budżet, może także przez połączenie z budżetem wojewódzkim. Gdyby fundusz filmowy był wydzielony ze struktur urzędu, tak jak to funkcjonuje w innych miastach, mógłby wchodzić w przedsięwzięcia filmowe jako koproducent.
Rozmawiała Marzena Bomanowska
* Wojciech Danowski jest zastępcą dyrektora Studia Filmowego "Zebra" i producentem wykonawczym filmu Agnieszki Holland "W ciemności"
Monika Głowacka, szefowa Łódź Film Commision
W portfolio i ofertach branżowych będziemy się chwalić, że w Łodzi kręcono "W ciemności", bo to duży sukces. Pokazaliśmy Łódź jako miasto, gdzie można robić filmy. Fundusz filmowy dał 100 tysięcy złotych w gotówce i człowieka, który pomagał ekipie, załatwiał pozwolenia, uprzedzał mieszkańców o pojawieniu się filmowców. Teraz przygotowujemy szlak filmowy, w którym znajdą się także lokalizacje z "W ciemności".
Co o tym sądzisz? Napisz do nas na: listy@lodz.agora.pl